facebooktwitteryoutube
Aktualności - 30 Sty, 2018
- 8 komentarzy
Moje spojrzenie na bukowiński cmentarz.

Długo zastanawiałem się od czerwca zeszłego roku, kiedy to w cyklu Pereł Dendroflory Wzgórz Twardogórskich napisałem o „Cmentarnym” dębie szypułkowym, emocjonalnie wspominając o niesamowitej aurze roztaczającej się nad bukowińskim cmentarzem z podziałem na jego „żywą” część górną i „martwą”, popadającą w coraz większe zapomnienie część dolną.

Zastanawiałem się, jak i o czym napisać? Szukając źródeł dostępnych i Internecie, za wiele informacji nie znalazłem. Owszem, coś tam jest, ale bardzo skrótowo, ogólnikowo i jakoś tak nijako. Nie o to mi chodzi. Nie tego szukałem. Chciałem dowiedzieć się coś z życia dawnych mieszkańców Bukowiny. Kim byli, jak żyli w małej wiosce otoczonej lasami z przecudnym klonem srebrzystym na stacji kolejowej. Odpowiedzi na te pytania także nie znalazłem. Przez pewien czas myślałem aby całą sprawę poruszyć u bukowińskiego księdza, ale z tego co wiem – jest on młody stażem w bukowińskiej parafii i raczej nie rozwieje moich gdybań o wymarłych mieszkańcach Bukowiny.

Dużą wiedzę o życiu Bukowiny lat minionych ma Pan Stefan Andrzejczak – najstarszy mieszkaniec Bukowiny (obecnie Królewskiej Woli) – brat zmarłego w 1998 roku Bronisława Andrzejczaka, którego znałem osobiście i u którego kupowałem jeden z najsmaczniejszych miodów, w którym moje lekko wybredne kubki smakowe mogły taplać się jak w cudownym eliksirze boskiego napoju. Jedyne zdjęcie nieistniejącej już pasieki z boskim miodem mam zrobione podczas pamiętnej wycieczki w Sylwestra 2005 roku, kiedy Pan Bronisław już nie żył od 7. lat. Obecnie po pasiece pozostały jedynie wspomnienia.

U Pana Stefana byłem w lipcu zeszłego roku i pragnę zawitać do niego ponownie i to jak najszybciej. Na pewno jeszcze przed rozpoczęciem Tour De Las & Grzyb 2018 roku. Jest to niesamowita osobowość. Wielki i wspaniały człowiek trzeba dodać. Pragnę przeprowadzić z nim wywiad, chociaż będzie to raczej opowieść o wyjątkowym, sędziwym Panu niż typowy wywiad „pytanie-odpowiedź”.

Ok. Wracając do bukowińskiego cmentarza. W ostatnim czasie naszły mnie pewne myśli, które mogę przelać na zdania pisane mniej więcej tak: Paweł, skoro tyle czasu nic nie znalazłeś o bukowińskim cmentarzu, co byś mógł przelać na bloga, co by cię zainspirowało, zaintrygowało i o czym chciałbyś opowiedzieć to opowiedz o tym, czym był i jest dla ciebie samego niesamowity cmentarz przy lesie.

Pomysł co najmniej dobry ponieważ nikt nie zna tych historii, nawet miejscowi, wszak oni – zajęci swoimi obowiązkami życia codziennego, raczej nie widywali mnie na cmentarzu i nawet nie wiedzieli, że jakiś gość z Wrocławia tam się kręci i próbuje nawiązań kontakt z duszami umarłych. Centralnym miejscem na cmentarzu jest kaplica (grobowiec) rodziny von Weger z około 1890 roku – założycieli Bukowiny, Węgrowej i Królewskiej Woli. Wspina się po niej bluszcz. W środku niewielki ołtarzyk, pająki, pajęczyny i duch upływu czasu panoszący się jak Faraon w starożytnym Egipcie.

Drzwi lekko skrzypiące, trochę obdarte, choć jak na swój wiek w całkiem dobrej kondycji. Bluszcz widziany od środka jest bardziej ciarkorodny niż z drugiej strony. Charakterystyczny zapach stęchlizny, pomieszanej z ziemią, pleśnią i zgnilizną, intensyfikującą się podczas bardziej wilgotnych warunków. Klimat odpowiedni dla starego cmentarza. Cała ta aura jest dziwnie wciągająca i może nawet lekko uzależniająca. Nie powiem, żebym się przed tym bronił. Ma to swój mroczny urok.

Kaplica ta kilkakrotnie w życiu uratowała mi skórę przed zmoknięciem. Czasami podczas burzy, innym razem podczas zwykłej ulewy o sporym natężeniu. Generalnie, jak wiedziałem, że nie zdążę dojść przed deszczem na stację, wparowywałem na cmentarz i przeczekałem największe opady w kaplicy. Podczas burzy, przy przecinających niebo piorunach, klimat w kaplicy jest śmiertelnie piękny. Chyba coś jest ze mną nie do końca w porządku na tle układnego ludu współczesnego bo… kręci mnie taki klimat. Dlaczego? Nie o wszystkim muszę pisać. Tajemnica Lenarta i już.

Rynny zwisają z kaplicy jak niechlujna broda u Mikołaja po ostrej imprezie, oczywiście zielsko i bluszcz zarasta ten wynalazek, tworząc coś na kształt „dżungli” dachówkowatej. Klimat jest. To najważniejsze. Nie wyobrażam sobie bukowińskiej kaplicy odrestaurowanej, wypieszczonej z czystym wnętrzem i sterylną aura. W tym miejscu kaplica musi być „be” bo tylko w takiej formie można wczuć się w atmosferę XIX-wiecznej Bukowiny i jej mieszkańców. To niezwykle ważna sprawa.

Ołtarzyk także zapomniany, ale ktoś sztuczne kwiatki przynosi. Są też znicze. Generalnie jak na prawie 120 lat to wnętrze kapliczki jest w porządnym stanie, zważywszy na fakt, że raczej nic nie robiono w niej od dziesiątek lat. W kącie stała „czarcia” miotła. Jeszcze w maju, splątana pajęczynami, nadawała piwniczny, złowieszczy i duszny klimat podziemia bukowińskiej kapliczce. Niestety, ktoś ją zarąbał. W listopadzie już jej nie było. Wielka szkoda. Ta miotła była zegarem kaplicy, który odmierzał czas ilością warstw zakurzonej pajęczyny. Pojawiły się za to dwie puszki po piwie. „Lumpenproletariat” nawet w takim miejscu umoczy gęby w trunku za dwa zeta. 

Niemiecka, dolna część cmentarza pośród drzew, wśród których dominuje Cmentarny dąb szypułkowy tworzy nostalgiczno-mroczną i wciągającą całość. To miejsce mnie hipnotyzuje. Czasami robię „wizualizację” i próbuję odtworzyć to, co działo się w tym miejscu w XIX wieku. Wymaga to bardzo dużego skupienia i dlatego ceremonię kontaktu z minionymi czasami przeprowadzam tylko wtedy, kiedy nikogo nie ma aby mnie nie rozpraszano.

Po wielu latach odwiedzania bukowińskiego cmentarza, zdałem sobie sprawę, jak wszystkie elementy, składające się na całość jego głębokiej i przenikliwej atmosfery mroku są ważne. Zapomnienie, drzewa, bliskość lasu, grobowiec (kaplica), obniżenie terenu, płot, zarastające i „tonące” w ziemi nagrobki – to wszystko jest szalenie istotne i brak któregokolwiek z tych puzzli, spowoduje ucieczkę ducha lat minionych, tak wyjątkowego i ulotnego.

Jedyne czego pragnę dla bukowińskiego cmentarza to spokoju. Świętego spokoju. Hieny cmentarne niech nie odrapują go z resztek godności. I tak wiele tablic już skradziono, a część grobów zdewastowano. Na szczęście nie skradli ducha tego miejsca. Ducha, wibrującego niesamowitą energią, ale skrytą dla tych, którzy nie traktują go z należytym szacunkiem i pokorą.

Żeby poczuć tą energię, trzeba – podobnie jak z energią w lesie – pobyć tam trochę. Podczas wiosny, w lecie, na jesieni i w zimie. Z rana i wieczorem. Nie wystarczą coroczne odwiedziny na 1. listopada. Tak jak las, tak i stary bukowiński cmentarz skrywa swoje liczne oblicza i subtelnie je eksponuje na różnych płaszczyznach i wymiarach.

Zatem czym jest dla mnie bukowiński cmentarz? Symbolem przemijania. Takiego spokojnego, krok po kroku w zadumie, nostalgii, pokorze i wierze. Wierze, która zawsze się tli, chociaż tak naprawdę nigdy do końca nie wiadomo, gdzie trafimy będąc już po drugiej stronie. Byty astralne kręcące się po zakątkach cmentarza mogą coś uzmysłowić, uwrażliwić, ale nie odkryją wszystkich swoich tajemnic żywym.

Żeby rozpocząć dalszą wędrówkę, trzeba przejść na drugą stronę. Za życia nigdy do końca nie zgłębimy tajemnicy przeznaczenia naszych dusz i boskich planów w stosunku do niej. Wyjątkowość bukowińskiego cmentarza na zawsze pozostanie w mojej pamięci, bez względu na przyszłe wydarzenia i los tej unikatowej nekropolii. Czy przetrwa ta niesamowita aura i duch starej Bukowiny? To zależy przede wszystkim od ludzi i gospodarza terenu. Ale gdyby kiedyś z jakichś przyczyn, zmieniono jego oblicze, zawsze pozostaną zdjęcia i filmiki, które nakręciłem w zeszłym roku.

Filmiki bez podkładu muzycznego, chociaż nie do końca ponieważ nakręciłem je w dniu 13 maja, czyli w miesiącu najintensywniejszych, ptasich koncertów. Pierwszy filmik pokazuje niezwykłego „Cmentarnego” dęba szypułkowego – perłę dendroflory Wzgórz Twardogórskich. Najdostojniejszy świadek historii bukowińskiego cmentarza z dendrologicznego towarzystwa.

Drugi filmik to spojrzenie na starą część cmentarza – najbardziej niesamowitą i klimatyczną. Niech taka pozostanie. Trzeci filmik to kaplica. Ponoć kryje w sobie wielką tajemnicę, ale o niej napiszę tylko wtedy, gdy sprawdzę wiarygodne źródła, co nie będzie łatwym zadaniem. LINK do filmików:

https://drive.google.com/drive/folders/1fKTosjRSijafa4D2N24wygI4cI7iEnYd

Na koniec kilka złotych myśli o śmierci, umieraniu i cmentarzach.

Cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych.

Aby osiągnąć zbawienie trzeba przejść przez śmierć.

Brak życia po śmierci najlepiej widać na cmentarzu.

Cmentarz; miejsce gdzie martwi chowają się przed żywymi.

Czas i śmierć nigdy się uprosić nie dadzą.

Człowiek przyzwyczaiłby się nawet do śmierci, gdyby umierał kilka razy.

Gdyby nie było śmierci, życie nie wydawałoby się nam takie piękne.

Jedynie śmierć wyróżnia sprawiedliwie. Każdemu daje po krzyżu.

Lepiej odchodzić z bólem i zostawić niedosyt, niż w bólach, kiedy wszyscy mają dosyć.

Ludzką próżność szczególnie widać na cmentarzach.

Marsza żałobnego nie gra się na zwłokę.

Nic się nie da zmienić: statystycznie wypada jedna śmierć na jednego człowieka.

Nie strach umrzeć, ale strach umierać.

Niektórzy odnajdują miejsce na ziemi dopiero po własnym pogrzebie.

O zmarłym nie należy mówić: dusza człowiek.

Pogrzeb – zabawa w chowanego.

Śmierć jest straszna dlatego, że myślisz o niej w pełni życia.

Śmierć jest tym samym co narodziny, misterium natury.

Śmierć młodych jest zatonięciem, śmierć starych jest przybyciem do brzegu.

Śmierć nie jest pojęciem martwym.

Wszyscy będziemy równi – w naszych grobach.

Z lotu ptaka cmentarz wygląd jak krzyżówka.

Żebyśmy nie byli zbyt pewni siebie, idźmy od czasu do czasu na cmentarz.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • wojek //01 Lut 2018

    Witaj Paweł:)
    Pozwól, że komentarz zaczę troszkę nietypowo od wiersza Adama Asnyka.
    Adam Asnyk
    Daremne żale

    Bezsilne złorzeczenia!
    Przeżytych kształtów żaden cud
    Nie wróci do istnienia.
    Świat wam nie odda, idąc wstecz,
    Zniknionych mar szeregu:
    Nie zdoła ogień ani miecz
    Powstrzymać myśli w biegu.
    Trzeba z Żywymi naprzód iść,
    Po życie sięgać nowe:
    A nie w uwiędłych laurów liść
    Z uporem stroić głowę!
    Wy nie cofniecie życia fal!
    Nic skargi nie pomogą!
    Bezsilne gniewy, próżny żal!
    Świat pójdzie swoją drogą.

    Co do samego cmentarza w Bukowinie. Na ten temat pisałem już kilkukrotnie, w tym o działalności (bez ubliżania zwierzętom) hien cmentarnych i chyba nie ma sensu powtarzać się. Tylko ileż jest naszych polskich cmentarzy równie zaniedbanych i zapuszczonych za naszą wschodnią granicą. Tylko nasze władze coś próbują w tym temacie robić. Jeżdżą ochotnicy i przynajmniej część tych cmentarzy doprowadzili do porządku. Zastanawia mnie dlaczego tym tematem nie zajmą się Niemcy. Kraj w końcu bogaty a nasze władze na pewno nie miałyby nic przeciwko temu.iat pójdzie swoją drogą.
    Paweł jak zwykle musze podzielić komentarz na dwie części.

    • Paweł Lenart //05 Lut 2018

      Trafne ujęcie i piękny, chociaż głęboki i skłaniający do refleksji wiersz.
      Też się zastanawiam, dlaczego Niemcy jakby zupełnie zapomnieli o swoich przodkach na starych cmentarzach?

  • wojek //01 Lut 2018

    Pytasz czym ci ludzie się zajmowali, jak żyli.
    No to zobacz. Jest koniec lipca roku 1870 wczesny poranek. Dziedzic wyjeżdża z najemnikami w pole. Najwyższy czas zaczynać żniwa. Zboże pięknie dojrzało. Inna grupa idzie z leśniczym do lasu. Pora przeciąć młodnik a i drzewo przeschnie przed zimą.
    Tam znowu kilka osób udaje się do sadu. Porzeczki, agrest i wczesne jabłka dojrzały. Czas je zbierać.
    A cóż to za dym nad Bukowiną. Pożar? Na szczęście nie. To kowal rozpala piec w kuźni i klnie jak…. szewc bo ma jakiś kłopot zatkany komin albo co. Trzeba posłać po zduna.
    Tutaj znowu słychać stukot krosien, to tkaczki zaczynają codzienną pracę.
    A cóż mamy tutaj za rzemieślnika. Tak to kołodziej. Spieszy się z pracą, musi dorobić nowe koła w powozie dziedzica a jeszcze kowal musi wykonać obręcze.

    • Paweł Lenart //05 Lut 2018

      Bardzo prawdopodobne, że tak właśnie było. 😉

  • wojek //01 Lut 2018

    A dlaczego w tym obejściu wszyscy robią generalne porządki, to proste. W najbliższą sobotę będzie weselisko.
    A tam co znowu, płacz? Niestety stała się tragedia. Dziecko zachorowało na zapalenie płuc, zanim posłano po lekarza, zanim zdążył dojechać było za późno…

    Czy tak było? Z dużym prawdopodobieństwem tak, może ktoś tam pracował we Wrocławiu. Ktoś wyjechał na studia np. do Berlina itd. Oczywiście całkiem inaczej wyglądał ten świat niż dzisiejszy. Na pewno nie było takiego wariackiego tempa, a i nie było Internetu fejsgłupków, czatromów, 257 kanałów na TV etc. A ludzie jakoś żyli
    A na koniec jeszcze jedna myśl do Twoich
    Umrzeć wcale nie jest trudno, jakoś wszyscy to potrafili.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    • Paweł Lenart //05 Lut 2018

      Kiedyś umierało się na zapalenie płuc, teraz na „współczesną cywilizację”. „Fejsgłupek” można też określić jako „Fejs-zbuk”, czyli jajeczne klimaty. I coś w tym jest. Nigdy nie wiadomo co w danym dniu się tam wykluje 😉

      „Umrzeć wcale nie jest trudno, jakoś wszyscy to potrafili” – dobre. Szkoda, że nie mogą do nas wpaść na przeszkolenie i jakiś ewentualny trening. 😉
      Pozdrawiam. 😉

  • krzysiek z lasu //08 Lut 2018

    Witaj Paweł!
    Dzięki że opisałeś i pokazałeś ten niesamowity cmentarz.
    I to ze wszystkimi jego aspektami.
    Ale kto miałby to zrobić, jeśli nie Ty…???
    Pozdrawiam 😉

    • Paweł Lenart //09 Lut 2018

      Dzięki Krzysiek! W Bukowinie wszystko jest niesamowite! 😉