facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 08 maja, 2019
- 6 komentarzy
Leśne Opowiadania Wojciecha. Część 6. Diabeł Rokita.

DIABEŁ ROKITA

Po dłuższej przerwie, udało się oszlifować i zakończyć następną część „Leśnych Opowiadań Wojciecha”, którego autorem jest Wojciech Dziewierski – zapalony wędkarz i grzybiarz oraz serdeczny rozmówca, który tym razem, miał bardzo nietypowe, ale i pouczające spotkanie. Jest to zupełnie inna część, w porównaniu do pięciu poprzednich. Każdy może mieć różne opinie i interpretację tej opowieści, ale to, co Rokita powiedział Staremu Wojciechowi, dotyczy mniej lub bardziej każdego z nas. Tego nie można zlekceważyć… 

Był listopadowy poranek, mocno pochmurny, ale ciepły jak to ostatnio, coraz częściej u nas bywa. Jednocześnie był to ostatni dzień mojego pobytu na naszych Kresach Wschodnich. Pobytu związanego ze Świętem Zmarłych. Zmagałem się sam ze sobą, czy wyskoczyć jeszcze nad pobliską rzekę i porzucać spinningiem przed powrotem do domu, czy dać sobie spokój i przeznaczyć króciutki dzień na wizytę u znajomych. Oczywiście zwyciężyła żyłka wędkarska.

W końcu znajomych można odwiedzić późnym popołudniem. Tak więc pokrowiec z wędkami na ramię, torbę z zapasowym sprzętem i drugim śniadaniem na drugie ramię i marsz nad rzekę. Z naszego domu nie było to daleko, około 20 minut marszu. Co prędzej rozkładam sprzęt, rzucam raz, drugi i po raz kolejny bez rezultatu. Mówię pod nosem nic to. Idę sobie powoli w górę rzeki, obrzucając co ciekawsze miejsca i oczywiście dalej nic. Doszedłem do miejsca zwanego przez miejscowych Szymbor.

Skąd się ta nazwa wzięła? Nie mam pojęcia. Tak jest i już. Rzeka zwęża tutaj swoje koryto i w związku z tym robi się głęboko. Wiedziałem, że trzeba tutaj bardzo uważać. Brzeg był urwistą burtą i łatwo było o przymusową kąpiel w lodowatej wodzie. Dla odmiany, w lecie służył nam jako trampolina do skoków do wody. Na chwilę wróciły wspomnienia właśnie letnich wypraw na Szymbor lub Czarny Ląd – ta nazwa wzięła się właśnie od wysokich burt brzegowych z czarnoziemu.

Łąka doskonale służyła jako plaża, wyschnięte gałęzie łoziny i olchy jako materiał na ognisko, ech stare dobre czasy. Kolejny rzut, tym razem szarpnięcie przywołało mnie do rzeczywistości. Wziął niewielki szczupak zwany tutaj kozielcem. Zwróciłem mu wolność. Spojrzałem na zegarek – już południe. Postanowiłem ominąć szerokie, płytkie rozlewisko rzeki przy moście w miejscowości Nowodworce. Porzucać trochę w okolicach samego mostu i pora będzie wracać na obiad.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Szedłem dość szybkim marszem, żeby jak najszybciej ominąć nieciekawe, płytkie rozlewisko. Doszedłem do miejsca już blisko wsi, jednak ono zawsze budziło we mnie zainteresowanie. Otóż prostopadle do rzeki rósł sobie szpaler wierzb. Jeśli ktoś by się uważnie przyglądał, można było dostrzec jeszcze ślad jakby drogi. Dobrze, tylko po co komu droga do…. rzeki. Jeśli chodzi, o powiedzmy – pojenie zwierząt, to dostęp był wszędzie w okolicy, brzeg był przy wiosce płaski a i płycizn nie brakowało.

Starzy ludzie mówili, że kiedyś był w tym miejscu bród i przeprawa przez rzekę a do samej rzeki trzeba było dostać się groblą przez bagnisko i, że te wierzby, wyrosły właśnie na grobli. A i powiadali, że w tych wierzbach mieszkał diabeł Rokita i biada było takiemu, co zapuścił się nocą w te bagniska. Często ginął taki bez śladu albo cudem wyrwawszy się z trzęsawiska, utraciwszy wóz i konie, długo dochodził do siebie. Ile tam było w tym prawdy, a ile ludzkiego bajania, któż to wie? Co do trzęsawisk, one istniały naprawdę, dopóki ktoś nie wpadł na znakomity pomysł zmeliorowania ich.

Jeszcze za czasów dzieciństwa, przedzieraliśmy się przez te bagniska do lasu na kurki. Ale żeby aż grobla. Może kiedyś te bagniska były rzeczywiście bardziej rozległe i nie istniał wspomniany powyżej most, jak również wygodna, szutrowa droga łącząca Nowodworce ze światem.  A wracając do tematu melioracji. Bagniska osuszono, że to niby trzeba chłopom dać ziemię, będą tutaj urodzajne łąki etc. Tak, sprawdziłem na własnej skórze, te „urodzajne łąki” kiedy musiałem przedzierać się przez osty i jakieś inne zielsko rosnące powyżej pasa. Klnąc na czy świat stoi, musiałem po prostu dojść do rzeki żeby przejść ją i wrócić do domu.

No ale troszkę odbiegłem od tematu. Ale do dzisiaj nie wiem, czy to co stało się później, zdarzyło się naprawdę. Mijałem już szpaler wierzb, kiedy na kamieniu zobaczyłem siedzącego chłopa. Przysiągłbym, że przed chwilą nie było tutaj nikogo. Powiedziałem: „wszelki duch Pana Boga chwali”. Na to nieznajomy zerwał się z miejsca i wręcz wysyczał:

– Nie strasz mnie tutaj Świętymi bo ci zaraz… Nie dokończył.

– No bo co? – odpowiedziałem zaczepnie.

Nieznajomy zerwał się z kamienia, zrobił krok w moją stronę, zatrzymał się i usiadł znowu.

– Człowiecze! Nie wiesz z kim rozmawiasz, myślisz że jestem jednym z tych chłopków roztropków co to zaczepki szukają. To się bardzo mylisz.

Przyjrzałem się uważniej nieznajomemu. Rzeczywiście wyglądał dość dziwnie. Ubrany w chłopską sutannę, ale taką, którą znałem raczej z muzeum etnograficznego, na nogach trepy nie używane również od wielu lat. Pomyślałem, że to może jakiś kolekcjoner dawnej sztuki ludowej. W różną stronę dzisiaj ludziom odbija, albo ktoś niespełna rozumu. Żeby przeciąć te domysły zapytałem, nie bez sarkazmu w głosie, wprost:

– Z kim wobec tego mam honor?

Na to nieznajomy wstał, wydawał się teraz jakby potężniejszy i majestatyczny. Powiedział wprost:

– Jestem Diabeł Rokita, pan tych bagien i moczarów.

Tutaj usiadł znowu, smutno zwiesiwszy głowę, zaśmiał się ironicznie i rzekł jakby ze smutkiem w głosie:

– Właśnie tych bagien i moczarów, które ludzkie durnie bezpowrotnie zniszczyły.

Zaraz, powiedziałem. To dlatego mości Rokito zostaliście bezrobotnym diabłem?

Tutaj Rokita spojrzał na mnie z bezgranicznym zdumieniem i spytał:

– O co ci człecze chodzi?

– Jak to? A kto taplał ludzi w bagnisku? Złą drogę im wskazywał, a za ratunek, żądał podpisania cyrografu?! Co mości Rokito? Tutaj diabeł spojrzał na mnie znowu. Tym razem z troską jak lekarz na ciężko chorego pacjenta.

– Człowieku, gadasz takie bzdury, że już nie wiem czy mam się rozgniewać się, czy śmiać się z twojej niewiedzy. Ja miałbym czekać na jakiegoś głupka, co to chciałby po nocy jechać przez bagno, a i jeszcze dodatkowo zastanawiać się, czy taki łaskawie zechce mi podpisać cyrograf? Za takie „wyniki” Lucyfer by mnie zdegradował i odwołał na dół.

Wiedz człecze, że ot tam, niedaleko, za ostatnią wierzbą była karczma. Tędy wracali chłopi z targowiska, czasami z pól, czy tam młyna i wiadomo, często zaglądali do karczmy. Spił się taki jeden z drugim i strugał bohatera, a jak schlany, próbował jechać przez to bagno i jeszcze w kompletnej ciemności to nie dziwne, że kończyło się to dla nich nieszczęściem. No ale trzeba przecież było na kogoś zwalić winę.

– To dlaczego mówisz o ludzkich durniach niszczących bagna?

– No nie. On jeszcze się pyta dlaczego?!

Wiesz przecież, mniej więcej jak te obecne „łąki” wyglądały jakieś powiedzmy 30 lat temu.

– No tak, odpowiedziałem nieśmiało. Przepływaliśmy, czy przechodziliśmy przez rzekę, tam był kawałek łąki. Można było pograć w piłkę, opalać się, itd. Czasami szliśmy do lasu. I to była już większa wyprawa, zaraz za tą łączką, zaczynało się bagno, ciągnęło się ze 2 kilometry prawie pod sam las. Trzeba było iść bardzo ostrożnie i to zawsze szliśmy w kilka osób na wszelki wypadek…

– Wiem, wiem, przecież nie masz co się rozgadywać, nie raz was widziałem i ileż to razy chciałem zrobić wam drobny kawał, dla przykładu skąpać któregoś w bagnisku, ale byłby ubaw. No faktycznie, powiedziałem. Kawał godny samego Rokity, powiedziałem z przekąsem.

– Godny, nie godny, trochę śmiechu nie zaszkodzi – rzekł wesoło Rokita, a wiesz, co mnie powstrzymało? Nie wiesz. Ta wasza solidarność. Jakoś żaden nie uciekał, aby szybciej dojść do lasu i dorwać się przed innymi do grzybów. Wszyscy zgodnie sobie pomagaliście, przechodząc przez trudniejsze odcinki, a kiedy ktoś dotarł na suchsze miejsce, to cierpliwie czekał na pozostałych. Widziałem jak grzecznie sobie odpoczywaliście na grądzie, nazywaliście go chyba Babią Górką przed ostatnim etapem przejścia przez bagno przed lasem. Taka solidarność wśród ludzi to się raczej nie zdarza.

– To już przesadzacie Rokito. Właśnie, że nie. Nie przesadzam ani trochę – rzekł z naciskiem Rokita. My widzimy jak u was ta solidarność wygląda. Jeden niby pomaga drugiemu, ale tylko do czasu, aż osiągnie swój cel, później gotów by zdeptać drugiego. Róbcie tak dalej a i „nagroda” was nie minie. No, ale dość póki co tej dygresji. Jak myślisz, po co ludzkie osły zniszczyły to bagno?

Tak słyszałem, że chodziło o pastwisko dla bydła. No to masz swoje pastwisko. Wiele hektarów nieużytków, zarośniętych ostem, łopianem i innymi chaszczami. To była prawda, wspominałem już jaka to była „przyjemność” przedzierać się przez to „pastwisko”.

I to jest właśnie sedno sprawy, niszczenie wszystkiego wokół w imię własnych, chorych ambicji. Wiesz ile tutaj zginęło bezpowrotnie rzadkich, chronionych gatunków roślin? Ile zginęło lub musiało się stąd wynieść przedstawicieli fauny, a to jest tylko jeden z licznych przykładów działalności ludzi, podobno rozumnych. Popatrz wokół. Powycinane rabunkowo wręcz lasy, a te odwiedzane przez „turystów” są często pozamieniane w śmietniki. Leśne drogi zamieniacie w tory wyścigowe dla quadów czy czegoś takiego. Rzeki zamieniacie w cuchnące ścieki. Gratuluję, róbcie tak dalej, a podetniecie skutecznie gałąź, na której siedzicie.

Zrobiło mi się po prostu wstyd za nasz rodzaj ludzki. Wiedziałem, że Rokita ma rację. Pomimo wszystko próbowałem oponować. Przecież jednak coś robimy dla ochrony środowiska…

Rokita parsknął śmiechem. Dobrze powiedziane: „coś robimy”. Nagle spoważniał i rzekł bardzo gniewnym tonem. Kpisz sobie czy co? Coś robimy. Dobre sobie! Róbcie dalej „to coś” a niedługo nie będzie czego i komu robić. Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. Pozostało chyba tylko wprost się spytać:

Mości Rokito, ja cały czas, nie bardzo Was rozumiem? A czego to nie rozumiesz człecze? Jak to czego? To chyba wam jest na rękę, że robimy źle? A! Tutaj ciebie boli. Z jednej strony to masz rację. Pchacie się do piekła drzwiami i oknami i to nas cieszy. Z drugiej jednak strony, pamiętaj, my też jesteśmy częścią tego świata i z przerażeniem patrzymy na waszą działalność i nie chodzi tutaj już tylko o ochronę środowiska. Wymyślacie takie rzeczy, które nawet w nas diabłach budzą przerażenie. Nie będę się wdawał w szczegóły, wystarczy poczytać te wasze gazety albo Internet. Dla mamony, gotowiście nawet zaprzedać nam duszę. O, dla takich, mamy specjalne miejsce w naszym Królestwie.

Tutaj Rokita zaśmiał się złowrogo i to tak, że aż mnie ciarki przeszły. Chwileczkę, powiedziałem. Chyba już zaczynam rozumieć mości Rokito. Jak już wspomniałeś, pchamy się do piekła na maksa, a wy diabły, niedługo nie będziecie mieli nic do roboty na tym świecie a wtedy… Nie zdążyłem dokończyć.

A wtedy Lucyfer odwoła większość z nas na Dół, a tego chcemy uniknąć, przynajmniej tak długo jak się da.

– ????? Jak to? Diabeł boi się piekła? Człowieku, czy ty myślisz, że to jest takie fajne siedzieć na Dole w dymie, smrodzie, słuchać jęków i skarg potępieńców. Tutaj jest o wiele ciekawiej. Pokrętna ta wasza logika mości Rokito. To z jednej strony chcecie mieć u siebie tłumy potępieńców, a z drugiej, niejako ostrzegasz przed złym postępowaniem, a w konsekwencji, przed potępieniem. To jak to z wami właściwie jest?

Ech człecze, to bardzo proste. I tak wcześniej czy później trafimy na Dół jakieś nie wiem, ale choćby nawet milion lat, nie znaczy nic, wobec wieczności, ale przynajmniej ja chcę tą chwilę odwlec. Mówię ci raz jeszcze. Na Dole nie jest przyjemnie. To jest ostatnie miejsce, gdzie chciałbyś trafić. Uwierz mi, lepiej teraz, bo jak tam już trafisz, to będzie za późno.

Nie wytrzymałem. A jak wygląda ten Dół? Rokita zerwał się z miejsca. Nie pytaj bo i tak nie powiem, jeszcze raz mówię, staraj się tam nie trafić i obyś nie musiał się przekonać. Dlaczego akurat mnie ostrzegasz? A bo mi się z tobą miło gawędziło, no i pamiętam ciebie sprzed kilkudziesięciu lat, ech te wasze zabawy, łowienie ryb, wyprawy po Puszczy i ta wasza solidarność. To jest coraz rzadziej spotykane, jak już wspominałem.

Czyli nie jesteś taki straszny, jak ciebie malują, powiedziałem prawie wesoło. Lepiej, żebyś nie musiał się o tym przekonać jak jest naprawdę a i powiem ci, że z kamratami mieliśmy niezły ubaw, jak widzieliśmy nas przedstawionych jako stwory z rogami i kopytami biegające po piekle z widłami i męczące potępieńców, zażywających kąpieli w kociołkach, chyba ze smołą czy siarką.

Zaraz, a czy to prawda, o tych waszych figlarzach, co to skradli dla kawału ostatni kawałek chleba biedakowi i zostali za to ukarani przez waszego szefa? Rokita zamyślił się, ale po chwili odpowiedział. A tak, to szczera prawda, pewne zachowania nawet u nas budzą odrazę, natomiast ludzie nie mają tutaj żadnych zahamowań. Jak już powiedziałem wcześniej, szczegóły sobie darujmy.

No fajnie się gadało, ale obowiązki wzywają – rzekł Rokita. Żegnaj człowieku i obyśmy się nie spotkali, tego ci życzę. Żegnaj mości Rokito, dzięki za tą krótką, ale jakże pouczającą konwersację. W sekundzie Rokita po prostu zniknął, jakby go nigdy nie było. Teraz ja usiadłem na kamieniu. Zamyśliłem się głęboko nad tym wszystkim.

Usłyszałem nagle, gdzieś z tyłu, inny głos. Hej! Czy wszystko w porządku? Ocknąłem się i zauważyłem chłopa prowadzącego krowy do domu. Stoję tutaj dłuższą chwilę i widzę, że chyba zdrzemnąłeś się, czy co? Dobrze się czujesz? Zimno i nie ma co siedzieć nad wodą.

Podziękowałem chłopu za zainteresowanie się moją skromną osobą. Spokojnie, wszystko w porządku, ot siadłem na chwilkę odpocząć. Uważaj, starzy ludzie powiadają, że tutaj lubi się pokazywać diabeł Rokita i kto go spotka…

Czyżby? Przerwałem, może niezbyt grzecznie, a jak nawet go spotkałem to co? Chłop spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Rzekł. E, nie, nic, rzucił przez ramię i oddalił się pośpiesznie. Spojrzałem na zegarek i zdębiałem. Była dalej godzina 12:00, jakby cała ta rozmowa nie miała miejsca. Podszedłem jeszcze raz do kamienia, na którym siedział mości Rokita.

I nic. Kamień jak kamień. Nie znalazłem najmniejszego śladu czyjejś obecności. Powiem Wam, że do dzisiaj zastanawiam się, co mi się mogło wtedy przytrafić? Jakaś halucynacja? Usnąłem nad rzeką? Może i tak, tylko co z tym czasem? Zatrzymał się czy jak? Miałem jeszcze ze dwie godzinki w zapasie, więc podszedłem do głębi przy moście z nadziejami na jakiś połów. I nie zawiodłem się.

Po pół godzinie, miałem dwa ładne okonie, a nieco później, na pograniczu płycizny i głębi, złowiłem dwa niebrzydkie klenie. Listopadowy dzień nieubłaganie się kończył. Do domu miałem około 3 kilometrów i czas było wracać. Popatrzyłem raz jeszcze na rzekę, wykonałem przepisowy w tył zwrot i pomaszerowałem do domu.

Rybki były przyjemnym dodatkiem do kolacji u znajomych, w której ze względu na to, że miałem do pokonania następnego dnia kilkaset kilometrów samochodem, wziąłem bardzo symboliczny udział. Nie omieszkałem się pochwalić zdarzeniem nad rzeką znajomym. Domyślacie się jaka była ich reakcja. Najpierw wybuchnęli śmiechem, a później doradzili mi, żebym może już więcej nie pił. Cóż…

Nie kontynuowałem już tematu natomiast bardzo mile wspominaliśmy dawnych samych siebie, tych sprzed wielu lat i tutaj też można by opowiedzieć o wielu naszych przygodach. Ale to już jest temat na oddzielną opowieść.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • Paweł Lenart //09 maja 2019

    W końcu udało mi się opublikować „Rokitę”, który siedział w panelu roboczym prawie 2 miesiące. Bardzo dobre opowiadanie Wojtek. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję. 😉

  • krzysiek z lasu //09 maja 2019

    Cześć Wojtek
    Piękne, mądre opowiadanie, opowieść, a może reportaż…???
    Czytam trzeci raz, i za każdym czytaniem coraz bardziej zagłębiam się w to co opowiedziałeś.
    Gdy kiedyś tam (może już niedługo), my ludzkość będziemy smażyć się w piekle wspominając jaką to piękną planetę Ziemię mieliśmy i ją spieprzyliśmy, użyj swojej znajomości z Rokitą, może pogada z kim trzeba i coś się jeszcze da odkręcić…
    Pozdrawiam 😉

  • wojek //10 maja 2019

    Witaj Paweł:)
    To ja Ci dziękuję za publikację mojego opowiadanka, czy jak je tam nazwać. Pozostaje mi tylko obiecać, że cdn. nastąpi:)
    Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję:)

  • wojek //10 maja 2019

    Cześć Krzysiek:)
    Bardzo Ci dziękuję za komentarz i za dobrą recenzję. Coś takiego zawsze mobilizuje do pisania lepszych opowiadanek czy tam reportaży jeśli wolisz. Nie wiem czy czytałeś moje wcześniejsze opowiadania. Dzięki uprzejmości Pawła można je przeczytać na jego blogu. (jest pięć wcześniejszych części chociaż one są powiązane dość luźno ze sobą). Gdybyś je zechciał przeczytać to mam prośbę o kilka słów komentarza. Jets też kilka innych moich opowiadań „Karp”, „Burza” i kilka innych.
    Serdecznie pozdrawiam.

  • krzysiek z lasu //10 maja 2019

    Wojtek – wszystkie Twoje opowiadania czytałem, bo czytam wszystko na Pawła blogu 😉
    Wszystkie bardzo mi się podobały i bardzo mnie wciągały i pobudzały wyobraźnię.
    Gratuluję przyrodniczej (i nie tylko) wrażliwości.
    Pozdrawiam 😉

    • Paweł Lenart //21 maja 2019

      A ja dziękuję Wam, że czytacie bloga. Opowiadania Wojtka urozmaicają go i wzbogacają. Darz Grzyb Panowie, serdecznie pozdrawiam! 😉