facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 16 maja, 2019
- 4 komentarze
Kultowe grzybobrania. Część 5. Wrzesień 1992 rok. Pierwszy wyjazd za Zieloną Górę do Budachowa.

Sierpień 1992 roku. Upały i wielka susza plus co najmniej dwa, ogromne pożary lasów, jeden – większy, w okolicach Kuźni Raciborskiej, drugi – mniejszy, ale także rozległy, w Puszczy Noteckiej. Był to mój piąty sezon grzybowy w życiu i zapowiadało się – przy takim fatalnym scenariuszu pogodowym, że będzie on wybitnie kiepski i beznadziejny.

W miesiącach maj-lipiec, grzybów prawie nie było. Ot, dla otarcia łez, trafiały się pojedyncze kurki, koźlarze pomarańczowożółte, a poza tym – lasy Wzgórz Twardogórskich świeciły pustkami. Pod koniec sierpnia, susza nie odpuszczała i widmo bezgrzybnego września zawisł na głowami grzybiarzy.

Grzybiarze z naszej paczki, ciągle spotykali się ze sobą we Wrocławiu i przekazywali informacje, gdzie, kto był, co nazbierał, jak z opadami i wilgotnością w lesie, itp. Generalnie było nerwowo. Niespokojnie, bo żądne grzybów dusze, pragnęły obfitego grzybobrania, a jedyne takie można było sobie zapewnić w warzywniaku, kupując kosz pieczarek… ;))

Pierwsze dwa tygodnie września na Wzgórzach Twardogórskich, Trzebnickich i Milickich to było pasmo grzybowych niepowodzeń. Chociaż byliśmy w tym czasie w lesie ze cztery razy, za każdym razem, kosze świeciły pustkami. Ledwie co, udało się na obiad nazbierać. W tej bezgrzybności, był jeszcze dodatkowy pech. Las świecił pustkami, a tu, jak na złość, trafiały się dorodne kozie brody (siedzunie sosnowe), które w tamtych czasach były pod ochroną i nie można było ich zbierać.

Jako, że byłem jeszcze nieustabilizowanym emocjonalnie małolatem, straszliwie ta sytuacja mnie wkurzała. Zachowywałem się tak, jakby od grzybów zależało moje przeżycie. Chodziłem zdołowany, przygnębiony, nie chciało mi się z kolegami wychodzić na podwórko. Chyba po raz pierwszy w życiu dopadła mnie grzybowa depresja. Zresztą mój ociec, także nie tryskał humorem i dowcipem.  

Minęła połowa września, a tu ani jednego słoika suszu, czy marynaty grzybów na zimę. Niektórzy znajomi grzybiarze śmiali się, że kupią w sklepie pieczarki i też będzie dobrze. Część zamarynują, część wysuszą i jakoś przeżyją do następnego sezonu. ;)) Dla mnie to była hańba.

Ja – grzybiarz, który zostałem wciągnięty do elity wrocławskich grzybiarzy, mam się zadowolić pieczarkami? Niech to diabli wezmą! Bezradność mnie przytłaczała, a z drugiej strony, wściekłość na pogodę. Jak widziałem kolejną prognozę pogody, w której pokazywano słoneczko na mapie to miałem ochotę wywalić telewizor za okno…

Mijał trzeci tydzień września i nic. Wysypu grzybów jak nie było, tak nie było. Zbliżał się weekend. Wróciłem ze szkoły, ciepnąłem teczkę w kąt, otworzyłem sobie jeden z pierwszych, podręcznych atlasów grzybów Edmunda Garnweidnera, jaki nabyłem i oglądałem zdjęcia pięknych grzybów, o których marzyłem. Pod wieczór ojciec wrócił z pracy. Zastanowiło mnie to, że był jakby podekscytowany.

Ojciec widział moje przygnębienie i „dół”, zatem szybko nie czekał z niusami leśnymi. Powiedział, że spotkał Jurka w tramwaju, który ma potwierdzone informacje, że zaczyna się wysyp grzybów za Zieloną Górą, i że na sobotę, zbiera ekipę na wyjazd. Romek i kilku innych grzybiarzy, potwierdzili już swoją gotowość grzybo-bojową. Powiedział mi też, że to daleka wyprawa i może on sam pojedzie, bo dla mnie to będzie zbyt męczące. Wiedziałem, że ojciec żartuje, zresztą nie było takich mocy, żeby mnie zatrzymać! ;)) 

Ta informacja zadziałała na mnie, jak sto energetyków naraz. Gdybym mógł, to popędziłbym tam natychmiast. Grzybiarze często opowiadali o tym, jak wyjątkowe i wspaniałe są grzybobrania za Zieloną Górą. Dla mnie, była to otoczka magiczna. Wyobrażałem sobie, że takie wyprawy są zarezerwowane tylko dla największych tuzów grzybobrań. Marzeniem moim było pojechać tam na grzyby.

W końcu stało się – 26 września 1992 roku, „wylądowaliśmy” około godz. 22:00 na wrocławskim Dworcu Głównym PKP i wykupiliśmy bilety do mitycznej Bytnicy. Taktyka była następująca – dojechać do Rzepina pociągiem pośpiesznym o nazwie „Ślązak” i tam „cofnąć” się pociągiem osobowym do Bytnicy ponieważ pociąg pośpieszny – rzecz jasna – nie zatrzymywał się na małych wioskach, które były celem grzybiarzy.

Zanim jednak ruszyliśmy z Wrocławia, wielką sztuką było w ogóle wsiąść do pociągu i to nie byle jakiego. ;)) 12 wagonów, zapchanych grzybiarzami do granic pojemności. Nie martwiliśmy się tym, ponieważ mieliśmy wykupione miejscówki. Zresztą „Ślązak” był pociągiem, obarczonym koniecznością rezerwacji miejsc.

Gdy odszukaliśmy nasze miejsca, zobaczyliśmy 8-iu Ślązaków, którzy w najlepsze rozsiedli się na naszych miejscach. Ojciec z Romkiem i Jurkiem weszli do przedziału i grzecznie powiedzieli, że mamy tu wykupione miejscówki. Ślązaki, swoją specyficzną i przemiłą do słuchania gwarą odpowiedzieli: „my tokże momy”. Okazało się, że konduktor wypisał im miejscówki, pokrywające się z naszymi. Miałem wątpliwą przyjemność w praktyce zobaczyć, co oznacza termin „zdublowane”. ;))

Widać było, że w kilku towarzyszach grzybowych „zagotowało się”. Jeden powiedział – niech on tu przyjdzie, już mu pokażemy, że tak się nie robi”… Mówiąc po śląsku „w pysk by ino zarobił”. ;)) Konduktor doskonale wiedział, że narozrabiał i przez całą trasę nie przyszedł.

Pozostał problem – co robić? Ponieważ Jurek i Romek, często mieli ze sobą „płyn do rozmowy” ;)), toteż postanowili go wykorzystać, żeby dogadać się z miażdżąco przeważającą nas liczebnie, śląską paką. Romek z rozbrajającym uśmiechem na twarzy, postawił „płyn do rozmowy” na stoliku i powiedział: „Panowie, może jakoś się dogadamy? Konduktor zawinił, a my nie będziemy się kopać. Wszak my chłopy z mózgiem, a nie szkapiny w natarciu”. ;)) Atmosfera natychmiast się rozluźniła.

Jeden ze Ślązaków wpadł na pomysł, zamieniania się co godzinę w kwestii siedzenia. Ustąpili nam miejsca i powiedzieli, że za godzinę oni usiądą, a my będziemy stać. Po następnej godzinie – ponowna zmiana. Wszyscy zaakceptowali to rozwiązanie. Ponieważ ja byłem najmłodszy, miałem w tym towarzystwie taryfę ulgową. Jeden ze Ślązaków powiedział, że młody ma siedzieć całą drogę bo inaczej, ojciec będzie mnie tachać na plecach. ;))

Byłem nieco zmieszany tą całą sytuacją i pod wrażeniem ilości spożytych płynów do rozmowy przez grzybiarzy oraz tym, że praktycznie nie było u nich widać żadnych oznak ich działania. Gdy zapytałem Romka, dlaczego oni tak dużo piją, dał mi taką oto naukę: „Słuchaj młody! Ciało grzyba, składa się w 90% z wody. Ciało grzybiarza ma tylko kilka procent mniej. W tak suchym sezonie, musimy pilnować dobrego nawodnienia organizmu, żeby prawidłowo funkcjonować”. Towarzystwo parsknęło śmiechem, ja też. ;))

Przed lub po godzinie pierwszej w nocy, dokładnie nie pamiętam, przyjechaliśmy do Zielonej Góry. Po drodze trochę pospałem. Za to Romek miał niespożyte siły. Opowiadał o swoich grzybowych podbojach w taki sposób, że Ślązacy słuchali go z wybałuszonymi oczami. Wspomniany „płyn do rozmowy” jeszcze bardziej wszystkich nakręcał”. ;)) Romek doskonale grał w brydża, karty miał zawsze przy sobie.

Okazało się, że śląskie towarzystwo to także karciarze pełną gębą. Grali, opowiadali dowcipy, rozmawiali o grzybach. Czas szybko mijał w bardzo miłej atmosferze. Pamiętam, że w Zielonej Górze był na kolei jakichś defekt, ponieważ postój trwał około godziny czasu. Grzybiarze mówili, że to nie szkodzi, gdyż skróci się nam czas oczekiwania na pociąg osobowy z Rzepina do Zielonej Góry. Czas jednak, skrócił się nam znacznie bardziej.

Po odjechaniu z Zielonej Góry, wypatrywałem przez uchylone okna na wąskim korytarzu, nazwy stacji, która miała być naszym celem, czyli Bytnicy. Pociąg śmignął przez stację bardzo szybko, ale niedługo potem, zaczął zwalniać. W końcu zwolnił do tego stopnia, że wydawało się, iż zaraz się zatrzyma. I faktycznie tak się stało. Pociąg stanął pod semaforem, na którym paliło się czerwone światło.

Kilku grzybiarzy natychmiast na to zareagowało, krzycząc: „To Budachów!!!”. Pociąg zatrzymał się przy samej stacji. Na reakcję grzybiarzy, nie trzeba był długo czekać. Ponad połowa pociągu „wysypała” się na stacji. My również. Ojciec powiedział, że zna dobrze Budachów i tam też można bardzo dobrze nazbierać grzybów. Przyszliśmy na stację i teraz miał nastąpić dla mnie dłużący się okres oczekiwania na świt, żeby wystartować do lasu. Ale nic z tego! Taka opcja z grzybowymi maniakami nie przeszła!

Po zjedzeniu kanapek i napiciu się gorącej herbaty z sokiem oraz około półgodzinnej rozmowie, Romek z Jurkiem, powiedzieli do mnie: Paweł! Zobaczysz, jak się zbiera grzyby za Zieloną Górą! Było gdzieś około 4-tej z rana. Ciemno, jak w jaskini. Noc była przepiękna, bezchmurna i gwiaździsta. W oddali od miejskich świateł, dopiero widać potęgę i różnorodność nieba. Przy okazji, widać też, jacy jesteśmy mali w porównaniu do ogromu kosmosu.

Po omówieniu taktyki grzybobrania, grzybiarze rzucili hasło: „czas w las!”. Pomyślałem sobie… Zgłupieli? W taką noc. Jednak za chwilę, wszystko było już jasne i to dosłownie. Każdy z tych zapaleńców miał ze sobą latarkę. Mój ojciec miał dwie, o czym nie wiedziałem i czym sprawił mi ogromną niespodziankę. Jedna była dla mnie. Potężny halogen na cztery baterie R20. Radość nieprzeciętna!

To było coś nieprawdopodobnego, czego wcześniej jeszcze nie doświadczyłem. Romek powiedział, że do najlepszych miejsc grzybowych jest około 7-8 kilometrów. „Spokojnie, pomału będziemy iść i przed świtem dotrzemy na miejsce. Tam jeszcze trochę poczekamy, a później będziemy kosić”. Jurek był dzień wcześniej na zwiadach na dworcu i wspomniał, że grzybiarze wracali z pełnymi koszami.

Ależ to były emocje! Szliśmy w kilkanaście osób (część pociągowej paczki ze Śląska do nas dołączyła). Mijaliśmy wiejskie chałupy, w oddali szczekały psy a nad Budachowem „unosiła” się legenda, którą podsycały, spadające co jakiś czas meteory. Wiedziałem już, że widząc „spadającą gwiazdę” należy pomyśleć sobie jakieś życzenie. Moim, było nazbieranie całego kosza grzybów.

W lesie, grzybiarze zaczęli się rozchodzić w różnych kierunkach. Ślązacy także dobrze znali te tereny i mówili, że nie będą nam wchodzić w drogę. W końcu, pozostałem tylko ja z ojcem, Romkiem i Jurkiem. Na chwilę zgasiliśmy latarki. Nic nie było widać. Dreszczyk emocji i gęsia skórka, ale niesamowicie mnie to kręciło. ;))

Jurek powiedział, że jesteśmy już prawie na miejscu i możemy poczekać, aż się rozjaśni. Powiedział, że zaraz przyjdzie i na chwilę się oddalił. Ojciec z Romkiem usiedli na jakimś pniaku, a ja nerwowo świeciłem po drzewach, zachwycając się nocnym lasem. Za chwilę Jurek głośno zawołał: „Paweł, pozwól tu na chwilę!” Pośpieszyłem wartko i zaniemówiłem… Jurek na latarce, znalazł 4 wielkie, przepiękne prawdziwki! To było szaleństwo. Jurek powiedział – „na zachętę i początek grzybobrania – są twoje”.

Wskazał mi też dróżkę, którą miałem się przejść i poświecić latarką. Stało się to, co było dotychczas tylko w sferze moich marzeń. Zacząłem zbierać prawdziwki w środku nocy. Nawet nie potrafię opisać emocji, które przeczołgały się przeze mnie. ;)) Ojciec z Romkiem także zaczęli zbierać grzyby, jeszcze na latarce. Trafili w podgrzybki. Mnóstwo podgrzybków. Romek zawołał: „Panowie, szlachta leśna – dreptajcie rozważnie i ostrożnie bo podepczecie leśne skarby. Jest ich tu mnóstwo. Jak się rozjaśni, to miną trzy godziny i kosze będą pełne.” Pierwszy raz w życiu zobaczyłem tak nieprawdopodobny wysyp grzybów.

Wprawdzie kilka razy do tej pory, kosiłem z ojcem grzyby w Bukowinie w sporych ilościach, ale to, co zobaczyłem w Budachowie, rzuciło mnie na kolana i dało nowe spojrzenie na wysypy grzybów. Jak już dobrze się rozwidniło, nie było chyba takiego kawałka budachowskich zagajników, w których nie byłoby grzybów. 80% wysypu to były podgrzybki. Przepiękne, twarde, zdrowe i młode. Klasyczne, jesienne „czarne łebki”. Plecaki i kosze postawiliśmy w jednym miejscu i zbieraliśmy je do czapek, które bardzo szybko zapełniały się aromatycznymi i przepięknymi grzybami.

Następnie, przenosiliśmy je do koszy. I tak w kółko. Tam, gdzie obok sosen, rosły brzózki lub dęby i buki, znajdowaliśmy prawdziwki i koźlarze pomarańczowożółte. Romek miał rację – po około 3 – 3,5 godzinach, kosze były już pełne. Zrobiliśmy sobie zasłużoną przerwę na odpoczynek i jedzenie. Chociaż ja byłem w takim „amoku”, że nawet z kanapką w zębach, chodziłem po lesie i co trochę donosiłem kolejne grzyby ;)).

Powrót z lasu, odbył się w tempie co najmniej trzy-krotnie wolniejszym niż z rana z uwagi na ciężar grzybów, które dźwigaliśmy. Ojciec tachał ich ze 25 kilogramów, mój koszyk, ważył o mniej więcej 10 kg mniej. Podobną ilość, co ojciec, miał Romek i Jurek. W drodze powrotnej z lasu, robiliśmy kilka przerw, żeby odpocząć. Po drodze jeszcze trafialiśmy grzyby, które, jakby nie chciały wypuścić nas z lasu. ;))

Na skraju lasu, Romek zatrzymał się, przeżegnał i odmówił modlitwę. Powiedział mi, że to bardzo ważne, aby podziękować Bogu za udaną wycieczkę, za zbiory i za to, że wracamy cali i zdrowi. Powiedział też, że przed wejściem do lasu należy zawsze poprosić Najwyższego o pomyślność i czuwanie anioła stróża. Romek był bardzo wierzącym człowiekiem. Nawet w ostatnich latach życia, kiedy ciężko chorował, dziękował Bogu za każdy dzień i za to, że udało mu się przeżyć ponad 60 lat.

Pociąg powrotny mieliśmy o godzinie 12:08. Był to skład osobowy, a w Zielonej Górze, przesiedliśmy się na pociąg pośpieszny do Wrocławia. Wróciliśmy umordowani, wymęczeni, ale jakże szczęśliwi. Jeden wyjazd, załatwił sprawę grzybowych zapasów zimowych. Jurek z Romkiem wspomnieli jeszcze mojemu ojcu, że jestem już „w lesie”. Zapytałem o co chodzi? Romek odpowiedział – „Widzisz młody. Z lasem jest tak, że jak już go połkniesz, to w nim zostaniesz. Ty właśnie to zrobiłeś”. ;)) Była i jest to wielka prawda. ;))

Wyjazd do Budachowa opisałem na blogu w 2016 roku w „Historii Grzybobrań Pociągowych”, ale wróciłem do niego w „Kultowych Grzybobraniach”, ponieważ było to jedno z najbardziej niesamowitych i kultowych grzybobrań w moim życiu”.

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • krzysiek z lasu //17 maja 2019

    Cześć Paweł
    Eh, dawne czasy…
    Przypomniałeś mi lata 80-te gdy z kolegami, jako paczka nieletnich nastolatków jeździliśmy za Zieloną Górę do Pliszki (bez rodziców 😉 ) Stacja lub dwie za Twoją Bytnicą. Nigdy nie zapomnę pierwszego wyjazdu, po wcześniej zasłyszanych opowieściach, że gdzieś tam w zielonogórskim too doopieeroo są grzybowe lasy…;-)
    No i pierwszy wyjazd, wieczorem z Wrocławia, noc na peronie dworca w Zielonej Górze, trzech milicjantów (nie policjantów) i pytanie – a co wy tu gówniarze w środku nocy na dworcu ?!
    Mówimy – jedziemy na grzyby. Jeden z nich mówi – wiadra mają to chyba faktycznie na grzyby jadą.
    Potem długie spisywanie nas z legitymacji szkolnych, sprawdzanie czegoś w jakiś notesach, i w końcu – jesteśmy wolni! 😉
    Na koniec jeden z milicjantów pyta – a gdzie na te grzyby jedziecie? Odpowiadamy – jeszcze nie wiemy, bo pierwszy raz tu jedziemy.
    Na odchodne rzucił – jedźcie do Pliszki, tam są grzyby. No i były! Prawdziwe grzybowe eldorado i niesamowite lasy…
    Pozdrawiam. Darz grzyb! 😉

  • wojek //18 maja 2019

    Witajcie Towarzyszu Lenart:)
    W zasadzie uprzedził mnie już Towarzysz Krzysztof w zasadzie już wszystko napisał, ale pozwól że i ja dołożę troszkę swojego. Obudziłeś we mnie całą burzę wspomnień dotyczącą wycieczek w byłe woj. zielonogórskie. Co prawda nie jeździłem na nie pociągiem tylko autobusem zakładowym. (W tamtych latach zakłady pracy organizowały takie wycieczki). Tam dopiero się lała woda rozmowna:) Ale było wesoło. A przy wysypie (no niech Ci będzie) pojawie grzyby można było kosić kosą:) Wyjazd był o 2:00 z Rynku, chłopaki potrafili siedzieć do ostatniej chwili w Restauracji Ratuszowej a jeszcze któryś rąbnął z knajpy nóż bo… zapomniał. przyjeżdżaliśmy jeszcze nocą, spożywaliśmy śniadanie i w las. Towarzystwo rzucało się na grzyby i co godzina 10 i nie ma w co zbierać. no to przegląd te gorsze wyrzucali i wkładali do koszyka tylko wybrańce:)

  • wojek //18 maja 2019

    Powrót na ogół następował około godz. 14:00 To znaczy miewał nastąpić, ale… Opiszę tylko jeden incydent:) 14:00 wybiła mamy wracać ale trzech artystów brakuje. Czekamy, krzyczymy nic. 15:00 nic, W końcu to jest kawał drogi żal ich zostawić, 16:00 nie ma. 16:30 komenda jedziemy. Dojeżdżamy do Krosna Odrzańskiego a trójca stoi na przystanku z grzybami a jakże i trzyma słupek przystankowy żeby się nie wywrócił:) Oj dostali dobry „wygawor” o ile coś tam do nich w ogóle docierało:) Ale gdzieś około Polkowic musiała byc obowiązkowa przerwa na piwo. Zawsze koło knajpy motor się kierowcy zagrzał czy coś takiego. Ferajna nachlała się tego piwska i znowu co rusz postój „za potrzebą”. No Paweł nie napiszę juz tego co się działo w Zakładzie w poniedziałek:) Baby miały pretensje o wszystko. Ale cóż to były zupełnie inne czasy. Kupiło się kwiatki, i bombonierki obiecało, że to już ostatni raz w co oczywiście nikt nie wierzył:) i jakoś tam zawsze było:)
    Pozdrawiam serdecznie
    Darz Grzyb Przyjacielu:)
    Ps.
    Na marginesie mam nadzieję, że umiesz grać w brydża:)

  • krzysiek z lasu //18 maja 2019

    Cześć Wojtek
    Świetnie opisałeś klimat tamtych dawnych wyjazdów na grzyby.
    Też tego zaznałem 😉
    Pamiętam taki wyjazd autokarowy w kultowe zielonogórskie. „Najszybsi grzybiarze” daleko nie zaszli, zasnęli zaraz po wysiadce z autokaru 😉 Reszta bardziej rześkich (w tym ja) naznosiła grzybów w czym tylko się dało. Po drodze co chwilę przystanki bo to siku albo jakaś knajpa we wiosce 😉 Prawdziwki walały się po całym autokarze, współczuję kierowcy, ale przynajmniej nazbierał… Zresztą został też ceremonialnie obdarowany, a i sam nazbierał więcej w koło autokaru niż te śpiochy co pod autokarem spały ;-)))
    Takie były czasy, taki był grzybiarski klimat, taki był czar tamtych lat… 😉
    Pozdrawiam 🙂