facebooktwitteryoutube
Aktualności - 25 Paź, 2017
- 5 komentarzy
Klątwa Pałacu von Reichenbachów.

Dolny Śląsk, dnia 13 listopada 1748 roku, miejscowość Goszcz, kilka kilometrów od Twardogóry Sycowskiej. Szarość, beznadziejność i przeszywający chłód, potęgowany przez listopadowy i pogrzebowy nastrój całkowitego zachmurzenia stratus oraz gęstą mgłę. Na jednym z najokazalszych w ówczesnej Europie dziedzińcu, przylegającym do królewskiego pałacu, rozgrywa się dramatyczna scena. Miejscowy kupiec został oskarżony o kradzież kilku – w sumie mało wartościowych dóbr – innym kupcom.

Rozwścieczeni i pałający żądzą zemsty kupcy żądają krwi złodzieja poprzez publiczne obcięcie głowy. Nie liczy się żaden sąd, sprawiedliwy proces i wysłuchanie linii obrony oskarżonego. Byli świadkowie, widzieli kradzież i od razu chcą wykonania wyroku w trybie natychmiastowym. Na najbardziej widocznym miejscu, przygotowana jest już ceremonia śmierci nieszczęśnika. Potężny kat z przeszywająco zimnym wzrokiem i ostrym jak wilcze żeby toporem, stoi w bezruchu i zaciska w muskularnych łapskach swoje narzędzie zbrodni. Widać, że to zawodowiec, który pozbawił życia setki osób. Psychopata czerpiący energię i przyjemność z aktu barbarzyństwa.

Wtórują mu ukryte w najciemniejszych zakątkach pałacu wredne i złe duchy, karmiące się strachem oskarżonego, tryskającą krwią i przyzwoleniem zacofanych ludzi na taki „sąd”, którzy z zaciekawieniem i entuzjazmem obserwują bieg wydarzeń. Matki pouczają swoje pociechy, że dzięki zaszczytnej pracy kata jest bezpiecznie, bo eliminowani są źli ludzie, którzy mogliby je skrzywdzić. Oskarżony kupiec jest ciągnięty na sznurze. Ma skrępowane ręce i nogi. Ze strachu nie jest w stanie wydobyć z siebie najsłabszego pisku ani jakiegokolwiek słowa. Jest sparaliżowany strachem.

33 legiony złośliwych duchów, o mało pałacowych piwnic nie rozsadzą z podekscytowania. Są jak wygłodniałe piranie przed atakiem. Kręcą się w kółko i wydobywają z siebie odgłosy charczenia, zimnego szeptu, pojękiwania i syczenia. Wtórują im różnego rodzaju gnomy, poczwary i inne upadłe istoty świata duchowego, których celem jest wyłącznie czynienie zła. Już wizualizują śmierć kupca i robią zakłady, w której sekundzie przestanie bić jego serce. Zło czynione przez ludzi to dla nich strawa duchowa o najwyższym potencjale energetycznym. Rozkoszują się tym.

Kiedy cały rytuał pozbawienia życia kupca jest zapięty na ostatni guzik, na dziedziniec wjeżdża najpiękniejsza w dolnośląskiej dzielnicy karoca. Przepych i bogactwo na niej poraża wręcz w oczy. Nie ma człowieka, który by nie wybauszył na nią oczu. Złoto to główny element jej budowy. Ludzie doskonale wiedzą, co to oznacza. Do pałacu przyjechał czcigodny właściciel i Pan Goszcza, wielki hrabia Heinrich Leopold von Reichenbach. Jego słudzy, pośpiesznie otwierają mu drzwi i rozwijają dywan, aby hrabia mógł postawić swoje stopy na dziedzińcu.

Ludzie natychmiast pochylają swoje głowy i oddają cześć swojemu władcy. Nawet lodowaty kat z pokorą pochyla swój barbarzyński łeb i wita hrabiego. Z drugiej strony wysiada hrabina Gräfin Johanna zu Solms-Baruth. Jej błyskotliwe spojrzenie, ponadprzeciętna uroda, dobre serce i życzliwość do ludzi powodują, że każdy wita ją z niekłamaną radością i serdecznością. Widać było, że dla ludzi była bardzo ważna. Nawet ważniejsza niż gburowaty hrabia.

Hrabia natychmiast zapytał czemu służy to zbiegowisko i dlaczego chciano zabić kupca bez jego wiedzy. Był tym wszystkim wyraźnie wkurzony. Jeden z pałacowych sługów, zaczął wyjaśniać powody, dla których tu się zebrano, zaznaczając, że ludzie domagają się głowy złodzieja i dlatego przygotowano ceremonię, czekając jednak na ostateczny i najważniejszy głos hrabiego. Heinrich lubił zastraszać ludzi. Wiedział doskonale, że jak rozkaże zabić kupca, inni, na samą myśl o jakimś występku, będą blednąć ze strachu. Tym samym uzyskał mocny argument psychologiczny. Zatem rozkazał zabić kupca.

Ale na całe szczęście niedoszłego trupa, całą rozmowę usłyszała hrabina. Od razu zwróciła się do hrabiego z prośbą, aby darować życie kupcowi i dać mu szansę na odpokutowanie w postaci wykonania prac wokół dziedzińca w ilości 40 dni. Hrabia miał słabość do swojej oblubienicy i swoim niezbyt miłym głosem odpowiedział, że prośba z tak cudownych ust nie może być niespełniona. Szybko kazał rozwiązać kupca, wymierzyć 5 batów i puścić wolno z zaznaczeniem, że od dnia następnego przez 40 dzionków przybywać będzie na dziedziniec i wykonywać drobne majster-arbeit.

Zawiedzeni ludzie i rzekomo okradzeni kupcy z wielkim rozgoryczeniem zaczęli się rozchodzić do swoich chałup. Dopadło ich poczucie niesprawiedliwości i rozgoryczenia. Tylko legiony duchów wpadły w szał, że nie pozyskają dziś energii z tak pięknie złych działań, które miały być tu wykonane. Były w stanie totalnego amoku. Dochodziło do sytuacji, kiedy walczyły ze sobą i syczały jak najdziksze węże. Zupełnie straciły nad sobą kontrolę. Tylko jeden z nich odznaczał się stoickim spokojem i opanowaniem. Ale tylko chwilowo.

Był to Serpens Domum Regis. Kulawo tłumacząc oznacza on pałacowego węża. Za to, że był nieposłuszny i przeszkadzał demonom w prowadzeniu swoich spraw, został przemieniony w węża, który błąkał się bez celu w piwnicach pałacu i przylegających budowli. Był złośliwy i ział nienawiścią do wszelkiego szczęścia i dobra, które zauważył. Chciał kiedyś zostać demonem i władać legionami duchów, ale przez swoje nieokiełznanie i wredotę nie był gotowy do dołączenia do elitarnego, demonicznego towarzystwa.

Jednak posiadał silną energię, którą chciał jeszcze wzmocnić ceremonią śmierci kupca. Ponieważ, dzięki wstawiennictwu hrabiny Gräfin Johanna zu Solms-Baruth, kupiec został ocalony, duch – Serpents Domum Regis wpadł w szał. Przeklinał i najchętniej wyrwałby serce hrabinie za zabranie mu tego, czego tak pożądał. Na szczęście jego energia była na tyle trzymana w ryzach, że nie mógł hrabinie nic zrobić. Ale postanowił skumulować ją na pałac, którego nienawidził za to, że musiał po nim wciąż pełzać i nie mógł dobrowolnie go opuścić.

Wieczorem, kiedy mrok mgły spowił pałac, a Słońce wraz z zachodem przyćmiło resztki nadziei dla dnia, wypowiedział te oto słowa: „Pałacu von Reichenbachów! Parszywa budowlo! Jestem przepełniony nienawiścią do Ciebie i wszystkiego co tu doznaje szczęścia! Jestem gotów, aby rozwalić twe mury, a wszelkie dobra spopielić piekielnym ogniem! Pragnę Twoją świetność i przepych obrócić w ruinę! Chcę Cię widzieć jak konasz! Jak odpadają od Ciebie wszelkie materiały! Przeklinam Cię, pozywając do tego celu energię wszystkich złych duchów!”

Jestem ciemnością, która pochłonie Twoją duszę, Przeklinam Cię w imię Zła! Niech ognie potężne Cię zniszczą! Po płomieniach niech przyjdą głupcy, którzy nie będą chcieli Cię odbudować. Konaj setki lat! A najbardziej przeklinam wszelkie stworzenie, które wyjdzie z łona hrabiny. Ta beszczelna, ludzka pijawka zabrała mi pokarm! Gardzę Nią i pomiatam!!! Już słabniesz! Nie oprzesz się mojej klątwie! Ty parszywa budowlo i ręko, która Cię zbudowała!!!  Niech się wypełni klątwa w imię Zła!!!

Dokładnie rok po rzuceniu klątwy przez „Pałacowego Węża”, w pałacu wybucha ogromny pożar. Klątwa zaczęła działać. Niczego nieświadomi ludzie odbudowują pałac przez 6 lat, dokładnie w latach 1749-1755 wg projektu śląskiego architekta epoki baroku, Karla Martina Frantza. Całość zespołu dworko-pałacowego zgrupowano wokół prostokątnego dziedzińca, którego oś główną stanowił budynek pałacu. Prowadziły do niego trzy bramy wjazdowe.

Do stycznia 1945 roku obiekt ten należał do rodziny Reichenbachów, potem zajęły go wojska radzieckie, a następnie oddano go w zarząd miejscowej administracji. I chociaż pałac funkcjonował wiele lat, nigdy nie odzyskał już świetności sprzed pożaru. Nikt też nie zdjął klątwy Pałacowego Węża… Kumulacja złej energii ponownie wybuchła. Tym razem na zbezczeszczenie Wigilii Bożego Narodzenia w 1947 roku. Ten pożar praktycznie doszczętnie strawił cały obiekt.

Od tamtego wydarzenia minęło 70 lat. W tym czasie klątwa złego ducha spowodowała popadnięcie pałacowego założenia w kompletną ruinę. Wypełniają się słowa klątwy: „Niech się wypełni klątwa w imię Zła!!! Jestem gotów, aby rozwalić twe mury, a wszelkie dobra spopielić piekielnym ogniem! Pragnę Twoją świetność i przepych obrócić w ruinę! Chcę Cię widzieć jak konasz! Jak odpadają od Ciebie wszelkie materiały! Przeklinam Cię, pozywając do tego celu energię wszystkich złych duchów!”.

Obecnie mają miejsce niewielkie próby odbudowy wspaniałej niegdyś budowli. Coś tam, gdzieś się dzieje, ale idzie to jak krew z nosa, a większość obiektu nadal straszy swoim ruinowym wizerunkiem. A może teraz przyszli „głupcy”, którzy nie potrafią się dogadać i odbudować chwałę i świetność zacnego pałacu? Oczywiście temat przewodni w tych czasach to pieniądze. Kto wyłoży kasę na super remont pałacu? Końca nieszczęść pałacu nie widać…

A klątwa robi swoje. Najświetniejsza i najbardziej urocza część pałacu, sypie się i wali. Przed i po drugim pożarze, tym z 1947 roku, pałac plądrowano i odarto ze wszelkiej godności. Czyż duch nie mówił o głupcach, którzy przyczynią się do ruiny pałacu? Tylko kto w to uwierzy? Nawet w dobrych opracowaniach o goszczowym pałacu, nikt nie wspomina o klątwie. A może ktoś kiedyś zdejmie ją w końcu i ujrzymy pałac w jeszcze lepszej formie niż ponad 270 lat temu?

Gdy patrzyłem na zrujnowany majestat von Reichenbachów w błękicie nieba przy promieniach jesiennego Słońca, wyobrażałem sobie to miejsce, jak wyglądało w czasach swojego rozkwitu. Jaki widok bym wtedy ujrzał? Misternie wykonane marmury i olśniewające komnaty. Złote ściany i królewskie dywany. Nieskazitelna czystość i kunszt wykonania… Chciałbym go kiedyś zobaczyć w wielkiej chwale. Dlatego jako pierwszy wypowiadam te słowa: Serpens Domum Regis! Przeklęta poczwaro i paskudo pałacowych piwnic, która rzuciłaś klątwę na ten budowlany majstersztyk, którym zarządzał hrabia von Reichenbach! Niech Twoja klątwa obróci się przeciwko Tobie! 

Niech litościwe Demony, które trzymają Cię jeszcze przy życiu, wyssą Twą energię i podzielą się nią! A Ty skonaj jak najprędzej! Czy ktoś ma odwagę i do mnie dołączy?

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

  • wojek //29 Paź 2017

    Witaj Paweł:)
    Odważny to może i się znajdzie:) ale
    Zależy czy piszesz o klątwie jako powiedzmy legendzie w tonie półżartobliwym czy poważnie. Jeśli pół żartem to jeszcze mogę dodać, żeby demony dodatkowo tego Serpensa kopnęły w rzyć, ale jeśli brać klątwę poważnie to szkoda się silić na przekleństwa. Równie dobrze można przy pomocy procy i grochu próbować odeprzeć atak dywizji pancernej. Tutaj trzeba próbować w inny sposób…
    Serdecznie pozdrawiam
    Darz Grzyb Paweł:)

    • Paweł Lenart //02 Lis 2017

      Oczywiście Wojtku, mój tekst należy brać w wersji półżartobliwej. 😉 Swoją drogą proca i groch mogłyby powstrzymać dywizję pancerną, bo kierujący nie byliby w stanie jechać ze śmiechu. ;-))))

  • wojek //29 Paź 2017

    A i tow. Lenart chyba nie muszę dodawać iż straszenie demonami kosztuje Was kolejny browar:

    • Paweł Lenart //02 Lis 2017

      Jak sumuję te browary to coś mi się zdaje, że trzeźwi z tego spotkania nie wyjdziemy. 😉 😉

  • wojek //02 Lis 2017

    Witaj:)
    Tak, że nie wyjdziemy trzeźwi to wiadomo. Ale jak przekonać baby jak wrócimy ze śpiewem po trzech dniach od Mietka, że właśnie szukaliśmy drzew albo, że opracowywaliśmy Strategiczny Plan Pozyskiwania Boletusów na lata 2018-2022. Boję się , że raczej nam nie uwierzą i ponieważ idzie zima możemy łatwo zobaczyć np. gdzie raki zimują.
    Pozdrawiam serdecznie:)
    Darz Grzyb Paweł!