facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 24 sierpień, 2021
- brak komentarzy
Zakwitły wrzosy w bukowińskiej krainie, wkrótce lato minie. Nadchodzi jesień, zatem grzybowe czasy.

Zakwitły wrzosy w bukowińskiej krainie, wkrótce lato minie. Nadchodzi jesień, zatem grzybowe czasy.

Sobota, 21 sierpnia 2021 roku. Wydaje się, że leniwie płynie letni czas w Bukowinie. Jeszcze dni długie, przyroda w zieleni tonie, Słońce grzeje, przyjemnie ciepły wiatr wieje. Jakże cudowne są te chwile, kiedy mogę przez cały dzień być w Bukowinie. Tak jak przed laty, szybkim krokiem ku leśnym bramom idę.

Lato wciąż mości bory i gości się w leśnej świątyni. Przyszło w czerwcu i zapomniało trochę, że jesień – najpierw pozorna i delikatna, a za kilka tygodni złota, będzie je pomału wypraszać z leśnego gaju, zarówno w środku jak i na jego skraju. Pierwsze swe oznaki mocno akcentuje, we wrzosowym morzu fioletowe fale ukazuje. 

Jakie piękne te fale! Delikatne, poruszane wiatrem. Pszczoły, trzmiele i inne żyjątka często je odwiedzają, zapylają i śpieszą się by na czas wypełnić powierzone im przez mądrość przyrody zadanie. To te pierwsze, wysublimowane, piękne i doniosłe oznaki nadchodzącej jesieni. Delikatne jak poranna rosa, pełne finezji i ekspresji, które biją z tych drobnych przecież krzewinek.

Jakże wspaniale przywitała mnie Bukowina! Mocą letniego czaru, który pomału gaśnie w morzu fioletowych barw wrzosu! Tak, jak od wieków, tak i teraz coś się kończy i coś się zaczyna. Dopiero co czerwcowe promienie najjaśniejszej gwiazdy ogrzewały jagody, aby te mogły dojrzeć, a tu sierpniowy wrzos zwiastuje i ogłasza ważne zmiany w leśnym świecie, że wkrótce już po lecie.

Na polach sianokosy, w lesie kwitną wrzosy. Już prawie nie słychać radosnego śpiewu ptaków, nawet kosy nie świergolą w niebogłosy. Wilgi ucichły, bociany sejmikują, do dalekiej podróży się szykują. Czasami tylko dzięcioły w drzewa zastukają lub kruki – wyjątkowo specyficznie zaśpiewają. 

Kto przegapił lipcowego dobrodziejstwa borówki czarnej szczyt, może jeszcze nazbierać cennych owoców, ale już raczej nie w mig. Trzeba poszperać, poszukać i odnaleźć lepsze stanowiska, gdzie rosną w miarę obficie dorodne jagodziska. 

Żółtymi barwami oblały się nawłocie. Tak, jakby chciały odsunąć myśli o nadchodzącym, jesiennym błocie i słocie. Mądrość tradycji mówi o żółtym kolorze jako szczęśliwym, radosnym i beztroskim. Jednak żółte kwitnące nawłocie tak naprawdę ostrzegają, że letnie czasy rychło zamierają.

Nie ma co płakać nad nieuchronnością letniego losu. Za 9 miesięcy przyjdzie ponownie z wielką mocą i doda lasom zielonego patosu. Czas pomyśleć o jesieni, podczas której ściółka nabrzmiewa, pęka, trzeszczy i wybrzusza, jakby Ziemia miała urodzić gigantycznego ducha.

To nie duch ani duszek ani zjawa. To czas królestwa grzybów, czyli bardzo ważna dla grzybiarzy sprawa. Czas pomyśleć o tym królestwie, w którym tańczą kanie, pasą się prawdziwki, panoszą podgrzybki, zbierają we wspólnoty opieńki, zakopują w piachu zielonki, lśnią maślaki, czerwienią koźlarze, gnieżdżą siedzunie, zagrzebują się kurki i wystają rydze.  

Sobotnia wycieczka do lasów Bukowiny Sycowskiej, Goli Wielkiej i Drołtowic stanowiła dla mnie ważny punkt pod kątem oględzin terenów przed zbliżającym się jesiennym sezonem grzybobrań. Sierpień poczęstował nas ciepłą i w większości suchą aurą na Dolnym Śląsku, ale nie na tyle suchą, żeby grzybowe życie nie chciało zaakcentować swojej obecności.

Dzień przed moją wycieczką przeszła nad lasami solidna ulewa, ale z moich oględzin wnioskuję, że padało z różną intensywnością w zależności od przemieszczania się rdzenia opadów. I tak można wyróżnić miejsca, gdzie wyraźnie widać, że polało całkiem solidnie, jak i takie, w których popadało mniej.

Z królestwa grzybów prym wiodą różnokolorowe gołąbki, niektóre gatunki muchomorów (np. czerwieniejących, rdzawobrązowych), goryczaki żółciowe, czernidłaki pospolite, sporadycznie żółciaki siarkowe, ponurniki aksamitne, pieczarki, niektóre gatunki z rodziny ‘Ramaria’ i kilkanaście innych gatunków kapeluszników.

Zapomniałbym – oczywiście są też “fałszywe trufle” lub – jak kto woli – “leśne niejadalne kartofle” czyli tęgoskóry cytrynowe, które miejscami mają wysyp. Będą się teraz “tarzać” w ściółce przez wiele tygodni, bo warunki mają coraz korzystniejsze. Znalazłem również pierwsze olszówki, czyli krowiaki podwinięte.

Z gatunków najbardziej istotnych dla grzybiarzy było mizernie. Wprawdzie wyszukałem ponad 30 krasnoborowików ceglastoporych, ale dosłownie tylko jeden młody owocnik był zdrowy. Resztę opanowały robaki lub żuki, a część ceglasi było zbyt starych i skapcaniałych.

To przykład jednego z dziadów ceglastoporych, a na drugim zdjęciu jedyny zdrowy grzybek, który nadawał się do wzięcia. Z innych rurkowców, odnotowałem kilka podstarzałych maślaków modrzewiowych (żółtych) oraz dość liczne podgrzybki zajączki, ale były one żywcem pożerane przez robaki, a często też przy pomocy pleśni. Czyli grzyb konsumował grzyba.

Ceglasie pozostały jedynie na fotografiach, generalnie zauważyłem, że jakby częściej pojawiały się w ostatnich latach. Odkryłem kilka nowych stanowisk “poćcowych”, w których wcześniej ich nie znajdowałem. To dobra wiadomość, ponieważ gatunek ten często lubi wykluwać owocniki już w maju, kiedy inne rurkowce jeszcze “śpią”.

Miałem wrażenie, że większość z tych ceglasi okupowała ściółkę już od 2 tygodni i stąd grzyby zestarzały się, a przy wysokich temperaturach, robaki szybko postanowiły się z nimi rozprawić. Trafił się też jedyny prawdziwek – ledwie trzymający się na trzonie.

Rósł przy drodze, nawet go nie tknąłem, ponieważ jego podziurawiony kapelusz zdradzał obecność wyjątkowo tłustego towarzystwa w środku. Gdybym go wziął, mógłbym szybko palcem pojechać po “dyskotece”. ;)) Postanowiłem nie przerywać imprezy.

O czym warto jeszcze wspomnieć – w lesie widać, że w niektórych miejscach wychodzą młode grzyby. Oczywiście nie można jeszcze mówić o nadchodzącym wysypie, ale w ściółce wyraźnie da się wyczuć pewne ruchy i – na razie niewielkie – ale regularne wstrząsy grzybotwórcze.

Kiedy piszę te słowa to dolnośląskie lasy są już po dość obfitych, ciągłych opadach deszczu, temperatury poszybowały w dół, a kolejne prognozy pogody na najbliższe półtora tygodnia przewidują kontynuację chłodnej i wilgotnej aury.

Czym to się zakończy? Można się tylko domyślać. Jeśli lasy zostaną ponownie podlane, a temperatury nie wrócą do wysokich wartości to coś grzybowego musi się wydarzyć, nie ma takiej siły, która to powstrzyma. Jednak wolę spokojnie czekać i nie zapeszać, aby “dobrze nie żarło i nagle nie zdechło”.

Liczyłem na znalezienie chociażby jednego krawca (koźlarza pomarańczowo-żółtego), w tym celu odwiedziłem kilka dobrych miejscówek idąc na Drołtowice, jednak ten gatunek obecnie nie owocnikuje. W ogóle krawce w tym sezonie jeszcze się tu nie pokazały, a przecież czasami kosiło się je w czerwcu i lipcu, a nawet w maju.

Mnie zastanawia jedna, bardzo istotna sprawa. Jeżeli dobre warunki dla grzybów będą w pogodzie kontynuowane, to czy w pierwszej połowie września nastąpi spóźniony, letni wysyp, po którym będzie przerwa i za jakiś czas przyjdzie właściwy, jesienny wysyp, czy też od razu rąbnie wielka kumulacja, czyli letnio-jesienny wysyp w pakiecie? W piątkowym komentarzu grzybowym postaram się rozwinąć ten wątek.

Tymczasem na drogę wywrócił się dąb bezszypułkowy. Obejrzałem nieszczęśnika, który stracił równowagę bardzo niedawno, gdyż liście miał jeszcze pięknie zielone, jakby wciąż płynęły do pędów składniki odżywcze i woda.

Wokół prowadzono wycinkę drzewostanu, jednak ten dąb został oszczędzony. Może nagle odsłonięty teren pozwolił wiatrom zawiać z większą mocą i wywrócić go? Pewnie niedługo zostanie uprzątnięty i w jakiś sposób wykorzystany. Cóż, taki leśny żywot dębu bezszypułkowego.

Jak to często bywa w moich relacjach z leśnych włóczęg, na koniec zostawiłem nieco klimatów i kadrów z bajkowego świata lasów Bukowiny i okolic, w którym serce lasu bije na zielono w miękkim mchu. 

Przeszedłem sporo kilometrów (zdecydowanie ponad 20), dochodząc do Drołtowic i mijając po drodze dwie szosy – pierwszą z numerem 439 (mniej uczęszczaną, prowadzącą do Goli Wielkiej) i drugą z numerem 25 na której ruch samochodowy jest częstszy i gęstszy. Na fotkach jest ta pierwsza, spokojniejsza droga.

Na większej powierzchni terenów rolniczych jest po żniwach. Następny symbol i znak nadchodzącej jesieni. Wokół Drołtowic można podziwiać piękne krajobrazy, mamy tu lasy, pola, łąki i wiejskie domki. To kolejna pula moich kultowych obszarów leśnych w grzybowych i dendrologicznych podbojach. ;)) 

Kiedy zrobiłem oględziny i rundę honorową wokół północnych rejonów Drołtowic, spojrzałem na zegarek. Nadszedł czas powrotu do Bukowiny i przejście przez te wspaniałe knieje, z których – może już niedługo – solidnie grzybami ze ściółki zawieje. ;))

Starałem się wracać jak najrzadziej uczęszczaną przeze mnie drogą, których mamy tu całkiem sporo. Wiele z nich powstało na przestrzeni ostatnich kilku lat. Niestety, w czasie sezonu grzybowego, licznie jeżdżą po nich samochodami “jaśniepaństwo”, zamiast parkować na parkingach i maszerować na grzyby pieszo.

Szybko płynęły kolejne minuty wyprawy, z każdą sekundą byłem coraz bliżej bukowińskich borów i zagajników. Na Drołtowicach udało mi się odwiedzić kilka drzew, które wkrótce będę prezentować w cyklu pereł dendroflory. Z dendrologicznego punktu widzenia, nie do końca doceniałem drołtowickie lasy.

Obecnie mogę napisać, że kilka wyjątkowych drzew, które odnalazłem dopiero w ostatnim czasie będę prezentował w przyszłym roku, natomiast podczas zimowych wypraw, będą to pierwsze tereny do poszukiwania kolejnych leśnych osobliwości.

Po niecałych 2 godzinach deptałem najbardziej urokliwe miejsca w Bukowinie. Było letnie, ciepłe popołudnie. Postanowiłem odwiedzić jeszcze bukowiński “trias”, bo tak określam niewielkie królestwo paproci pomieszane z młodymi bukami i jagodnikami.

“Trias” rośnie w bardzo specyficznym miejscu, gdzie praktycznie przez cały dzień wszystko jest w nim podświetlone przez Słońce. Obecnie, w dojrzałej fazie lata wygląda niezwykle, stanowi miniaturkę ery mezozoicznej, w której paprocie, skrzypy i widłaki porastały bujnie pierwotne lasy. 

Nie wiem, skąd u mnie aż tak nieprawdopodobne porównanie do tego, co miało miejsce wiele milionów lat temu? “Odleciałem” chyba w tym wszystkim, ale w Bukowinie tak jest, że często “odlatuje” się ku myślom, marzeniom odległym i głębokim, gdzie czas lasem płynie ponad świadomością zwykłej teraźniejszości. ;))

Po wielogodzinnym zalesieniu, jednak wciąż w stanie niedolesienia wyszedłem na skraje lasów. Bukowińskie sierpniowe klimaty perfekcyjne jak zawsze! Tradycyjnie żal wracać! Pomimo, że w koszyku pusto, w aparacie mnóstwo fotek, a w głowie tysiące kilogramów leśnych wrażeń.

Chociaż nie miałem na sobie ani grama złota, wracałem na bogato jak król. Bo nie złoto i świecidełko jest miarą i wartością człowieka, a to, co za jego myślami i duszą czeka, jak traktuje siebie, świat i drugiego człowieka.

Bukowińskie czary i emocje rozżarzyły się na dobre, a co będzie, kiedy pojawią się grzyby? Bez względu na przebieg sezonu, czuję w kościach, że jesienią będzie radości, więcej niż w stu karpiach ości. Darz Grzyb! ;)) 

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.