facebooktwitteryoutube
Aktualności - 06 Lip, 2018
- 2 komentarze
W poszukiwaniu grzybowej nadziei.

W POSZUKIWANIU GRZYBOWEJ NADZIEI.

Czwartek, 5. lipca 2018 roku. Wycieczka w najbardziej zapomniane zakątki dolnośląskich terenów górskich celem poszukiwania grzybowej nadziei w związku z coraz większą suszą, obejmującą swoimi wysuszonymi łapskami ponad 70% kraju. Przed jej mackami, dzielnie bronią się tereny południowej Polski, które najczęściej zasilane są przez życiodajną wodę.

Postanowiłem razem z Andrzejem – specjalistą od górskich grzybobrań i nie tylko, wyruszyć na wycieczkę, aby osobiście przekonać się, że w czasie suszy nie tylko szosa jest sucha, ale odpowiedzieć na pytanie – czy konsekwencja, upór, determinacja i prośba skierowana do lasów dadzą efekt w postaci pierwszego w tym roku w moim przypadku zbioru grzybów? Andrzej zawsze powiada: „Jak są grzyby to je znajdę”. Już wiele razy przekonałem się, że to prawda.

Tereny podgórskie i górskie tym różnią się w tym roku od nizinnych, że są znacznie bardziej zielone. Nie ma w nich wypalonej słońcem trawy i widoków, które przerażają rolników i sadowników. Tam zawsze coś z konwekcji popada lub znad Czech przypełznie/zahaczy jakiś front. Opadowo góry zawsze wygrywają z nizinami i mają prawo „chodzić” ze szczytami w chmurach. ;))

Ale skłamałbym mówiąc, że jest super. W górach niedobór opadów też jest zauważalny w przesuszonej ściółce i w coraz mniejszej ilości wody płynącej w potokach. Wczorajszy dzień był bardzo gorący. Według oficjalnych pomiarów, we Wrocławiu dobiło do 33 stopni C, co w mieście odczuwa się już jako „kisiel”. Na wycieczce słonko też mocno grzało, ale za to powietrze górskie, widoki i olejki eteryczne lasu sprawiały, że ciepło znosiło się o niebo lepiej niż w mieście.

Natomiast jak już wtaszczyliśmy się w leśno-górskie gęstwiny, gęby cieszyły się nam na te wspaniałe widoki. I nieważne było, że krwiopijcy uaktywnili się i ruszyli na nas, aby wychłeptać krople naszej krwi. Prym w ataku wiodły strzyżaki – upierdliwe i głupie… Trzepniesz takiego w łeb, ostrzegając go, że może zginąć, o on zamiast uciekać, z powrotem siada i łazi po ciele. I to przeważnie w tym samym miejscu co wcześniej… ;))

Tradycyjnie „łapałem” las do obiektywu, wymyślając coraz to nowsze kombinacje, aby uchwycić to, co mnie zachwyciło. Wypatrzyliśmy lasek z daglezjami – niektóre dochodzące w obwodzie do 350-380 cm i wysokie na ponad 30. metrów. Treehunter nawet na grzybobraniu nie zapomina wypatrywać wyjątkowych okazów dendroflory. Teraz głowa „chodzi” od ściółki do korony drzew. ;))

Po lesie trzeba było chodzić pomału i ostrożnie. Dosłownie spod nóg wyskoczyła mi urocza żaba. Gdybym szedł szybciej i nieostrożnie… Na wyschniętych, zeszłorocznych liściach prawie nie było jej widać. Z ciekawszych drzew, zachwyciliśmy się m.in. okazałą sosną zwyczajną, z pewnością grubo ponad 100-letnią.

Jak się dobrze rozejrzeć po lesie, wszędzie można zauważyć działalność zwierząt. To ziemia zbuchtowana przez dziki, to pędy objedzone przez jelenie, spałowana kora, „magazyny” nasionek zrobione przez wiewiórki, porozrzucane patyki z ptasich gniazd, „wędrujący” materiał leśny do mrowisk, itp. To się nazywa gospodarka leśna w rozumieniu przyrody, a nie posadzenie, pielęgnacja i wycięcie lasu jak widzi to człowiek. ;)) 

Teraz najważniejsza część sprawozdania, dotycząca grzybów. Wyjeżdżając z Wrocławia, czuliśmy, że emocji nie zabraknie. Górskie lasy zafundowały nam ich moc i ogrom. Jak to już w leśnym stylu bywa – stopniowanie tych emocji następuje pomału z sinusoidalnym przebiegiem całego procesu. Na początku oczywiście rozgrzewka w postaci hub. 

Huby u większości grzybiarzy nie budzą jakichś szczególnych emocji, ale las – dzięki nim – daje nam sygnał, że grzyby są. Nieważne, że nadrzewne. Miejcie świadomość, że jesteście w lesie, w którym po prostu są grzyby. Co z tego, że huby. To nie grzyb? No przecież grzyb. Nie ma wątpliwości. ;))

Patrzymy na ściółkę i… grzyby też są. Nieważne, że muchomorki. Czyli jest już dobrze. Widzimy grzyby zarówno na drzewach, jak i na ściółce. Zatem – pomimo, że jest sucho grzyby są. Można je spotkać, obejrzeć i sfotografować. Wiadomo – człowiek rozmyśla o innych gatunkach, ale las myśli inaczej – „chcieliście zobaczyć grzyby? No to macie. Nikt mi nie mówił o przygotowaniu dla Was ekstra oferty gatunkowej”. ;))   

Mało tego. Nie dość, że są grzyby, to jeszcze mamy różne ich gatunki. Teraz to już jest wspaniale. Mamy grzyby na drzewach. Mamy grzyby na ściółce. No i mamy zróżnicowanie gatunkowe. Tylko… No właśnie. Co z tego, skoro koszyki nadal puste. ;(( Las „dziwi się”. „Chcieliście grzyby? Przecież Wam je daję. A to, że ich nie zbieracie to już nie mój problem”.  

Wtedy zaczęliśmy rozmawiać o gatunkach, które chętnie chcielibyśmy znaleźć i zabrać ze sobą. Gawędzimy o podgrzybkach, o prawdziwkach i wspominamy czar sezonu 2017 roku. Przyglądamy się m.in. pierwszemu znalezionemu krowiakowi aksamitnemu, którego „przerobiono” na ponurnika aksamitnego. Szczerze mówiąc, to spotykam bardziej „ponure” gatunki. ;))

Jest też grzybiec purpurowozarodnikowy i chyba jakaś kolczakówka. Super. Ale to też nie nadaje się do koszyka. Grzybca niektórzy wcinają, ale my nie. Dalej gawędzimy o grzybach, żyjemy wspomnieniami, ale mimo to głowy obracamy to na lewo, to na prawo, łypiąc oczami po ściółce, bo może gdzieś, coś się wykluło z tych gatunków, których szukamy.

Wykluwa się młody gołąbek, który w tej fazie przypomina zarówno śmiertelnie trującego muchomora zielonawego, jak i prawdziwka. Przez moment myśleliśmy, że to prawusek i aż nas zatelepało. Las się uśmiał i pomyślał: „Ależ ci ludzie to dziwaki. Na jednego grzyba nawet się nie obejrzą, a przy drugim latają jak kot z pęcherzem”. ;))

Las żonglował naszymi emocjami coraz mocniej. Dał nam pierwsze podgrzybki, które w tych suchych warunkach to jak wygrana w totka. To jeden z podstawowych symboli grzybowej jesieni, tyle, że znaleziony na początku lipca. ;)) Grzybki trochę wyrośnięte, ale twarde i zdrowe. Wytrzeszcz naszych oczów został poważnie zintensyfikowany przez to znalezisko. ;))

Po znalezieniu kilku dorodnych okazów, dna w naszych niewielkich koszykach, przykryła pierwsza – jeszcze prześwitująca warstewka grzybów. Na sos już mamy. Ależ radocha! Jak to niewiele grzybiarzom do szczęścia potrzeba. ;)) Ponieważ mieliśmy mnóstwo czasu, postanowiliśmy spokojnie i bez przysłowiowej „spiny” powłóczyć się po lasach ile wlezie.

Las zachęcał nas podgrzybkami do dalszych poszukiwań i stopniowo wkręcał nas w spiralę emocji, których ilość była wprost proporcjonalna do osiąganych wysokości po górskich stokach. Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej wzrastała atmosfera oczekiwania i grzybowego napięcia.

Las robił to w intrygujący i wyrafinowany sposób, co jakiś czas „podrzucając” nam goryczaki pomiędzy podgrzybkami. ;)) Niektóre z nich były bardzo podobne do podgrzybków lub prawdziwków, co jeszcze bardziej nas wkręcało w poszukiwania ukrytych w najgłębszych zakamarkach lasu grzybasów. Bierny obserwator miałby z nas niezły ubaw.

Znaleźliśmy też młodsze podgrzybki, co wlało w nas kolejną porcję adrenaliny. Skoro są młode grzyby, to tym bardziej trzeba rozważnie chodzić żeby ich nie przegapić lub nie rozdeptać. Jak podgrzybki potrafią się „chować” przed grzybiarzem, wie każdy, kto je chociaż raz zbierał.

I w końcu trafiłem na swojego pierwszego borowika szlachetnego w tym sezonie. Młody, „zakopany” w ściółce z połyskującym, brązowym, wystającym kapeluszem. Piękny, młody i zdrowy. Teraz to dopiero zaczęliśmy wytrzeszczać oczy. Ale las nadal robił swoje i postanowił nas nieco ostudzić…

Po znalezieniu kilkunastu podgrzybków i prawdziwka, przez dłuższy czas nie mogliśmy nic znaleźć. Zaczęliśmy wchodzić jeszcze wyżej, na pułap mniej więcej 550-600 m n.p.m. Lasy piękne, wszystko ok., ale grzybków nie ma. Do czasu. Przechodzimy obok niewielkiego duktu, a tam w dole, wśród trawy – TRACH! Prawdziwek jak 150. ;))

Trafił się okaz! Zdrowy i jak malowany. Sesja fotograficzna w pełni i myśl, co będzie dalej, wyżej, głębiej? Odezwały się w nas instynkty grzybożerców i grzybofili. ;)) Jak taki prawdziwek potrafi wydobyć z człowieka uśpione pokłady energii! Nagle nie straszne nam gorąco, strzyżaki, kleszcze i muchy. Jak nowo narodzeni ruszamy dalej! ;))

Trafiam jeszcze na piękny okaz podgrzybka, rosnący blisko pniaka sędziwego świerka. Niezłe porównanie wielkości grzyba i drzewa a sam podgrzybek – pierwsza klasa jakości konsumpcyjnej i nieskazitelna uroda. To był jednak tylko przedsmak i wstęp do szaleństwa, które rozpoczęło się w pewnej, dosyć gęstej i zwartej buczynie… ;))

Las wyłożył na „stół” najlepsze karty, znacznie silniejsze od asa i jokera. Ich skład to najpiękniejsze prawdziwki. Jakimś cudem zachowane przed suszą, wyłożone przed nami z leśnego skarbca – przechowalni leśnych diamentów, pereł i szmaragdów. Gdy zobaczyliśmy tak wspaniałe grzyby, wpadliśmy w pozytywne mega-osłupienie. ;))

Miejscówka ta, która dała nam tyle grzybowej radości, ukryta jest głęboko w górskich lasach, z dala od szlaków i dróg. Grzybki spokojnie wyrosły sobie w niej jakiś czas temu i czekały na nas. Ale nie były łatwe do odszukania i odnalezienia. Las sprawdzał naszą determinację i konsekwencję. Ktoś, kto po 2-3 godzinach twierdzi, że w lesie nic nie rośnie i wraca z powrotem, takich grzybów raczej nie znajdzie.

Nie w tych suchych warunkach i ogólnym bezgrzybiu na większości terenów leśnych. Tutaj spokój, opanowanie, determinacja, znajomość miejsc i szczęście muszą ze sobą współgrać. Tylko wtedy można cieszyć się tak wspaniałym rezultatem. Las nas zaczarował i wyczarował nam grzyby. Wspaniałe i wyjątkowe grzyby. ;))

Poza prawdziwkową buczyną, drugim stanowiskiem z prawdziwkami było miejsce oddalone od buczyn kilka kilometrów. Tym razem prawdziwki zbieraliśmy w buczynach z przewagą świerków, w pobliżu górskiego potoku. Robaczywe okazy można było policzyć na palcach jednej ręki. To też ogromny dar od lasu.

Podsumowując czar wczorajszego grzybobrania, po raz kolejny chylę czoła przed Andrzejem – który jest wybitnym i niezmiernie konsekwentnym grzybiarzem. Ma doskonałe wyczucie terenu i super nosa do grzybów. Pomimo tak niekorzystnych warunków hydrologicznych, wróciliśmy z pełnymi  koszykami pachnących lasem grzybów.

Ile to już razy pisałem, że las lubi zaskakiwać? Ale napiszę jeszcze raz. Las nie dość, że lubi zaskakiwać, to czasami lubi podłożyć mega-bombę emocjonalną. Jedną z takich wczoraj zdetonował wprost przed nami, wyrzucając ze ściółki nieprawdopodobne okazy prawdziwków. Darz Grzyb! ;-))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • wojek //06 Lip 2018

    Witaj Paweł:)
    Ty to masz fart, na nizinach można tylko pomarzyć o jakichkolwiek grzybach nawet psiakach nie mówiąc już o boletusach.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    • Paweł Lenart //08 Lip 2018

      To był MEGA-FART. Góry są niesamowite.
      Serdeczności. 😉