facebooktwitteryoutube
Aktualności - 20 Paź, 2017
- 6 komentarzy
Symfonia jesiennego lasu.

Las jest jak jedna, wielka i ciągle grająca orkiestra symfoniczna. Wszystko, co w nim obserwujemy współgra ze sobą dając jeden, czysty wydźwięk. Leśne instrumenty dęte, smyczkowe i klawiszowe w swój jedyny, wykwintny i niepowtarzalny sposób grają na ludzkich emocjach, wywołując u nich poczucie piękna, nieskończoności, tęsknoty, miłości, nostalgii i przemijania. Leśna orkiestra w ostatnich dniach zagrała najintensywniejszy koncert jesieni. Jako skromny włóczęga miałem wielki zaszczyt posłuchać symfonii jesiennego lasu.

Spontaniczną i kompletnie wspaniałą wycieczkę rozpocząłem od Twardogóry Sycowskiej. Przeszedłem przez całe miasto, idąc na północ, gdzie zaczynają się piękne kompleksy leśne. Pierwsze skrzypce grają teraz liście. To one działają na leśnego melomana podczas polskiej złotej jesieni najintensywniej. Ich kolory w tysiącach odcieni barw złocisto-zielono-żółto-pomarańczowo-czerwono-brązowych tworzą nastrój boskiego święta, na które przybyli najznamienitsi aniołowie.

Gdy tak patrzę na to arcydzieło i słucham najsubtelniejszych dźwięków leśnej orkiestry symfonicznej, przepływa przez mnie jakaś niesamowita energia i uczucie nieskrępowanej wolności. Uwijające się w cieple jesiennych promieni słonecznych mrówki są jak orkiestrowe altówki. Niby imitują szelest liści smaganych wiatrem, ale słychać, że to inny instrument, wydobywający niższe dźwięki. Większe owady, jak np. żuki to wiolonczele ściółki leśnej. Wydobywają wręcz magiczne dźwięki, chociaż trzeba się w nie mocno wsłuchać, aby wychwycić ich grę.

Leśna orkiestra symfoniczna mocno różni się od tej ludzkiej. Największą różnicą jest istnienie  – obok orkiestry – także symfonii zapachów, która nie występuje w tej ludzkiej. To odrębna, a jednocześnie składowa część leśnej orkiestry symfonicznej. Na główny skład symfonii zapachów składają się grzyby, liście, mchy, paprocie, ściółka, owoce i drzewa. Wszystkie one wydają z siebie zapachy o różnej intensywności, w zależności od rodzaju podłoża, nasłonecznienia, temperatury i wilgotności.

Po wysłuchaniu pierwszych, symfonicznych popisów jesiennego lasu, przeszedłem przez wioskę Goszcz, aby w końcu na dobre wejść w twardogórsko-bukowińskie lasy i posłuchać drugiej części symfonii. Przede mną pojawiła się dostojna, leśna brama, niczym wyjęta z późno-gotyckiego stylu – bogatego, monumentalnego i pięknego. Nie spodziewałem się, że pierwsza godzina koncertu, którą już się zachłysnąłem i oczarowałem i której (z uwagi na przepych i bogactwo dźwięków i zapachów) nie jestem w stanie dokładnie opisać to tylko takie małe preludium do mocy bukowińskiej orkiestry symfonicznej.

Nagle zaczęły grać wszystkie leśne instrumenty. Kontrabasy sosen, buków, świerków, brzóz i dębów. Nieliczna już, ornitologiczna część symfonii, rozpoczęła śpiew na fletach, w tym piccolo, na którym w lesie gra kowalik, schodzący z drzewa jako jedyny głową w dół. Pozostałe ptactwo to oboje i klarnety. Ciepły śpiew tych ostatnich, wprawił mnie w stan kompletnego spokoju i doniosłości. Wnet, na niebie zaczęły przelatywać saksofony ptaków krukowatych, wydobywające z siebie jeszcze bardziej wibrujące i płaczliwe tony.

Nawet stojące truchła buków dołączyły do orkiestry, wydobywając z siebie przytłumiony dźwięk bębnów. Leśna orkiestra dęta rozhulała się na dobre. Mające się już ku końcowi rykowisko jeleni zagrało swoje partie na trąbkach, puzonach i tubach, wydając charakterystyczne dźwięki „auuuuuu”. Przez drogę przebiegła wataha dzików, nadając orkiestrze solidnego kopa w sekcji rytmicznej kopyt. A już kompletnym, muzycznym szaleństwem był przelot pary jastrzębi, które dołożyły swoje piskliwe partie do orkiestry.

Podczas, gdy las „rozorkiestrzył” się na dobre, wykwintną muzą poruszona została zapachowa część symfonii. Na jej pierwszy plan wysunęły się opieńki, wydając grzybowo-przyprawowy i lekko pieprzny aromat. Mech, w którym rosły nie chciał być w tyle i wypuścił w powietrze zapachy świeżości pomieszane z zapachami żywicy ponieważ o swoje miejsce w symfonii upomniały się sosny. Leśna orkiestra symfoniczna coraz mocniej i śmielej żonglowała moimi emocjami, wprowadzając mnie w stan kompletnej, leśnej hipnozy.

Orkiestra pędziła do przodu, ku Słońcu i promieniom jego nieskończoności. Słychać było już wszystko. Teraz szczególnie zwróciłem uwagę na harfę gałęzi brzóz, które wydobywały z siebie niebiańskie dźwięki. W zagajnikach sosnowych grał kwintet smyczkowy spadających igieł sosen. Tych grubszych i tych cieńszych. I kiedy tak się wsłuchiwałem w każdy dźwięk najpiękniej grającej orkiestry świata, niespodziewanie zrobiło się cicho. Teraz – przez moment – kojony byłem dźwiękiem ciszy i zapachem żywicznej części symfonii zapachów.

Z ciszy, zaczął dochodzić, płynący szum leśnego wiatru z finezją dźwięków wiolonczeli. Zrobiło się dosyć mrocznie, wręcz ponuro, jak na bezchmurny dzień babiego lata. Teraz leśna orkiestra symfoniczna raczyła mnie swoją mroczną odsłoną, napędzaną w oddali przez organy na których grał wiatr. To był taki muzyczny Interludium, przerywnik i uspokojenie, a jednocześnie przedsmak kolejnej partytury leśnego spektaklu orkiestralnego.

Muzyka leniwie płynęła przez las, jak żagle na morzu. To ta część symfonii w której muzycy mają chwilę wytchnienia na otarcie potu z czoła i wzięciu łyka wody. Tylko te organy w oddali, tudzież perkusyjne instrumenty dęte, ukryte w drzewach i zwierzęcych kopytach z jakże charakterystycznymi i przyjemnymi dla ucha „patatajami”, uświadamiały mi, że największy wybuch leśnej orkiestry dętej, zaczarowanej w symfonii jesiennego lasu jest jeszcze przede mną.

Zwolniłem swój krok. Można rzec, że szedłem wręcz tip-topkami, jakbym się skradał lub na coś polował. I to jest prawda. Polowałem na las. Na jego najpiękniejsze oblicze w harmonii złotej jesieni. Szedłem w kierunku Przysiółka „Czwórka”. Kto zna te lasy i te miejsca, ten wie, że nie da się tam szybko chodzić. Chociaż to spora część lasów gospodarczych, wypieszczonych i równo posadzonych przez leśników, ma w sobie nieziemski magnes.

Każde drzewo, każda droga, których jest tam bez liku i każdy obraz pojawiający się przed oczami, hamują tempo wycieczki. Wręcz nakazują się zatrzymać i podziwiać. Podziwiać moc, potęgę i piękno lasu. Nawet tego gospodarczego i poukładanego w szeregu jak marchewka w grządkach na działce. Co las chce tu przekazać? Jaki jest cel tej wspaniałej hipnozy, którą by się chciało przeżywać jak najdłużej?

Każdy może sobie sam odpowiedzieć. I pewnie będzie mieć rację. Specjalnie o tym nie piszę, bo każdy człowiek inaczej odbiera las i tylko przebywając sam na sam z lasem i kierowaniem się do niego uczuciami wyższymi, takimi jak szacunek, pokora i miłość, można uzyskać odpowiedź na te pytania. Idąc nadal do przodu, niczym jak leśny lunatyk, cały czas słyszałem orkiestralne partie symfonii jesiennego lasu, które – chociaż przez dłuższy czas ciche – skutecznie budowały pozytywną atmosferę niepokoju i oczekiwania na finałowe uderzenie.

Teraz poza pierwszo-planowymi organami, skrzypcami, kontrabasami, fletami i wiolonczelami, coraz mocniej słychać było leśne, perkusyjne werble, bębny i – co wprawiło mnie w osłupienie – cymbałki, których wysokie dźwięki niezwykle kontrastowały z niskimi wibracjami bębnów. Cymbałkami okazały się być spadające krople rosy i mgły, które narodziły się w chłodnym poranku i których żywot jest krótki, jak dźwięk, który wydobywają. Ale wierz mi – w pamięci pozostaje na długo.

Wtem, w miarę rozkręcania się przepychu i bogactwa symfonii jesiennego lasu, usłyszałem niezwykle subtelny głos jakiejś niewiasty. O ile imitacje dźwięków ludzkiej orkiestry symfonicznej, las opanował perfekcyjnie, dysponując potęgą fauny i flory oraz zjawisk atmosferycznych, o tyle nie mogłem się nadziwić, co lub kto śpiewa ludzkim głosem w całej palecie i ofercie przyrodniczej. Nad wyraz mnie to zaintrygowało.

Co więcej, usłyszałem anielski, kobiecy głos, ciepło i melancholijnie wypowiadający słowa w krystalicznym, sopranowym śpiewie. Ten głos był jak balsam na nawet najbardziej twarde i oziębłe serce. Kto tak śpiewa? – pomyślałem. Człowiek? Leśna syrena? Jakaś zakochana nimfa? Teraz to ona dyrygowała orkiestrą. Wydawało mi się, że wszystkie żywioły lasu, które są nieokiełznane, nagle podporządkowały się tej cudownej istocie. Czyli wykluczyłem, że był to zwykły człowiek, któremu las nigdy (i na całe szczęście) nie da się w całości podporządkować.

Dosłownie musnąłem stopami Przysiółek „Czwórka”, aby ponownie zatracić się w lasach. Jednak ten śpiew był coraz wyraźniejszy, coraz głębszy i coraz piękniejszy. Za jednym z zakrętów na leśnej drodze ujrzałem olśniewającą damę w złotej sukni jesiennych liści. Po jej prawicy stał okazały jeleń, po lewicy skakała ruda wiewiórka. Jej włosy były gęste i bujne, a przy tym długie do samej ziemi. Na nich także świeciły się złotymi kolorami liście.

Nie śmiałem zrobić jej zdjęcia. W ogóle cały byłem w stanie lekkiego paraliżu i ogromnego zdumienia. Tajemnicza niewiasta popatrzyła mi w oczy i uśmiechnęła się do mnie. Była cudowna. Jak anioł. Z pełnym ciekawości głosem zapytałem ją, kim jest i skąd ma tak fenomenalny głos? Jestem kruchą istotą, pojawiającą się tylko na kilka lub kilkanaście dni w roku rzekła. Resztę czasu spędzam na śnie. Nie zdradzę Ci wędrowcze mojego imienia. Jeszcze nie teraz. Ale powiem Ci, że ludzie nazywają mnie Złotą Jesienią.

Śpiewam tęsknotą mojego serca za tym co minęło bezpowrotnie. To ono wydaje swój bicia rytm w moim głosie. Po chwili, dosyć szybko oddaliła się ode mnie, aż znikła zupełnie. Tylko Jej wspaniały głos wciąż górował nad symfonią jesiennego lasu. Zbliżałem się do bukowińskich buczyn, które zachowały się jak… No właśnie. Jak? Do czego porównać ten cud? Do wypuszczenia w powietrze miliona gołębi pocztowych, balonów i lampionów. Nastąpił finał w symfonii jesiennego lasu. Orkiestra symfoniczna zlała się w jedno z symfonią zapachów.

Odleciałem zupełnie. Resztkami świadomości sfotografowałem ten finał, który jest na następnych zdjęciach. Dokonało się przejście z ciała materii do stanu ducha. Nigdy tego nie zapomnę. Widziałem już wiele złotych jesieni, ale nigdy tak intensywnej i tak wzniosłej, dostojnej i orkiestralnej. W dodatku z najpiękniejszą istotą, jaką widziałem. Czy za rok ją zobaczę? Czy dowiem się, jak się nazywa? Czy usłyszę jej głos? Tyle czasu trzeba czekać…

Po tak atomowej dawce wrażeń i przepływie energii, wyszedłem na skraje bukowińskich lasów. Orkiestra pomału zaczęła się wyciszać, ale jeszcze na koniec zaskoczyła mnie szelestem liści z wpisanymi w partyturę nutami pędzącego pociągu. Już przywykłem do sytuacji, kiedy wychodzę z lasu ze znacznie większą ilością pytań niż odpowiedzi. Tylko, że po tej wycieczce (a raczej kompletnym, zaczarowanym transie) tych pytań jest jeszcze dużo, dużo więcej.

Symfonię jesiennego lasu zacząłem porównywać do największych dzieł symfonicznych stworzonych przez człowieka. Szukałem w niej elementów szkoły mannheimskiej. Klasyki Mozarta i Haydn’a. Późnoklasycznej symfonii Beethovena, czy chociażby rozmachu potężnych symfonii Hectora Berlioza i Ryszarda Straussa. Wreszcie – szukałem awangardy i geniuszu Krzysztofa Pendereckiego. I każdy element z tych dzieł był w lesie. Ale czułem, że to jest coś innego. Coś, czego nie da się jednoznacznie zaklasyfikować. I chociaż w tej kwestii uzyskałem odpowiedź.

Symfonia jesiennego lasu, która wprowadziła mnie w tym roku w największy, muzyczno-ezoteryczno-duchowy trans, dysponująca najpiękniejszą i najsubtelniejszą dyrygentką (nazywaną przez ludzi Złotą Jesienią) w szlachetnej sztuce orkiestralnej to nic innego jak PIERWSZA SYMFONIA BUKOWINY SYCOWSKIEJ napisana przez LAS. Słychać ją już w Twardogórze, a im bliżej Bukowiny, tym wyższy poziom symfonicznego szaleństwa leśnego. Darz Grzyb! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

  • krzysiek z lasu //20 Paź 2017

    Niesamowity koncert… Niesamowite zdjęcia…
    Czytałem, oglądałem i, ‚słuchałem’ jak w transie 😉
    Znam tą muzykę i uwielbiam ją. Niepowtarzalna, i nie do podrobienia 😉
    A zdaniem:
    „Już przywykłem do sytuacji, kiedy wychodzę z lasu ze znacznie większą ilością pytań niż odpowiedzi. Tylko, że po tej wycieczce (a raczej kompletnym, zaczarowanym transie) tych pytań jest jeszcze dużo, dużo więcej.” – Trafiłeś w sedno!!!
    Pozdrawiam 😉

    • Paweł Lenart //22 Paź 2017

      Bardzo dziękuję! 😉

  • wojek //21 Paź 2017

    Witam Najlepszego Blogera wśród Pogromców Boletusów i Największego Pogromcę Boletusów wśród Blogerów:)
    Patrzę w oczy jesieni…Tylko jakie to oczy, urokliwe, zniewalające mieniące się wszystkimi odcieniami żółci, czerwieni i brązu, brylantami porannej rosy. Czasami płaczące jesienną szarugą, czasami zasnute jesienną mgłą i dymem z ognisk palonych na kartofliskach. Skrzące się wesoło w blasku wschodzącego słońca tęczowymi błyskami szronu po pierwszym przymrozku. Chyba sama wiosna nie jest piękniejsza.
    Serdecznie pozdrawiam
    Ps.
    Paweł to jest fragment dłuższego opowiadania, które mam nadzieję ukaże się niedługo na Twoim blogu.
    Ten sam fragment umieściłem u Maćka:)
    No ale Ty masz wyłączność na moje opowiadania:)

    • Paweł Lenart //22 Paź 2017

      Oczywiście Wojtku – biorę w całości. 😉
      Dziękuję i pozdrawiam. 😉

  • pieprznik //31 Paź 2017

    Cudny tekst i super foty! Dzięki.
    Kocham las, chciałabym móc w nim być codziennie, a nie tylko w najlepszym wypadku w weekend albo w czasie urlopu.
    W lesie można się kompletnie wyłączyć, pomedytować, odciąć od problemów.
    Ile razy łapię się na tym, że w lesie gadam na głos sama do siebie:)

    Pozdrowienia!

    • Paweł Lenart //02 Lis 2017

      Witaj Marianno! 😉
      Bardzo dziękuję Ci za tak miły komentarz. Po tym co napisałaś, przywracasz mi wiarę w ludzi lasu, którzy wibrują na poziomie pozytywnego, leśnego szaleństwa. Serdecznie ściskam i pozdrawiam. 😉