facebooktwitteryoutube
Aktualności - 15 maja, 2017
- 10 komentarzy
Przewodnik Paweł.

Sobota 13 maja 2017 roku. Kolejna w tym roku wycieczka na Wzgórza Twardogórskie. Ponieważ w dniu 1 maja, oficjalnie rozpocząłem 30. Tour De Las & Grzyb to głównym celem wycieczki było sprawdzenie, czy zawirowania i koktajl pogodowy, które miały miejsce w ostatnich tygodniach, spowodowały jakieś minimalne poruszenie w świecie grzybów kapeluszowych spod znaku Borowik (Boletus), Koźlarz (Leccinum), Maślak (Suillus) lub Pieprznik (Cantharellus). Od kilku dni „fejsbukowi” grzybiarze piszą o pierwszych maślakach na Dolnym Śląsku, a z innych województw, są już pozytywne informacje o znalezieniu borowików ceglastoporych (ceglasi) lub borowików sosnowych.

Wycieczka ta była dla mnie sporym wyzwaniem ponieważ miałem przyjemność na niej gościć syna siostry mojej małżonki, któremu również na imię Paweł. 50% młodszy ode mnie, zapalony poszukiwacz informacji o starych ruinach zamków, pałaców, cmentarzy, przy okazji miłośnik historii, militariów i wędkarz. Grzybiarz i miłośnik dendrologii niekoniecznie. Postanowił się wybrać z wujkiem na wycieczkę po terenach, na których jeszcze w życiu stopy nie postawił. Za to Jego wujek rozwalił na nich 20 par gumowców i ze 40 par trampek. O ile nie więcej. ;))

Jak tu przekazać młodemu pokoleniu informację o pięknie tych terenów, ich unikatowości i różnorodności? Nauczyć wrażliwości na las i opowiedzieć nieco ze swojej 30-letniej historii włóczęgostwa po Wzgórzach Twardogórskich w kilka godzin? Zadanie z kategorii tych z kilkoma gwiazdkami. Wyzwanie przyjęte. Postanowiłem tak dobrać trasę wycieczki, żeby było wszystkiego po trochę. Moim celem nie było przeładowanie serwera głowy Pawła, ale chęć wzbudzenia zainteresowania, zaintrygowania i – być może – dalszego wiercenia tematu, bardzo ogólnie mówiąc – leśnego. ;))

Wycieczka zapowiadała się znakomicie. Wreszcie mamy temperatury wiosenne, a nie lutowo-marcowe. Majowe Słońce świeciło w pełni. Na niebie tylko kilka niegroźnych chmurek piętra wysokiego. Mapa radarowa nie wskazywała, że grozi nam oberwanie chmury, tornado lub derecho. ;)) Zanim przybyliśmy pociągiem na stację docelową, opowiadałem Pawłowi o tym, co było widać zza okien telepiącego się składu Przewozów Regionalnych. A widać sporo ciekawych terenów, po których to łaziłem wte i wewte.

Zgodnie z planem mojego opowiadania, było grzybowo, dendrologicznie, „lasowo”, ruinowo, grobowcowo, cmentarnie i kolejowo. ;)) Trochę historii, opowieści, ciekawostek z życia tych terenów i niektórych mieszkańców. Nie mogło też zabraknąć wybranych informacji z życia paczki wrocławskich grzybiarzy, którzy tworzyli Bukowiński Kult Lasów. Po sprawdzeniu kilku grzybowych miejscówek, konkluzja wypełzła sama. Na Wzgórzach grzyby kapeluszowe jeszcze śpią. Przynajmniej na trasie, którą obrałem. Kiedy buszowałem tam na rozpoczęcie sezonu w dniu 1 maja, wilgotność była na dobrym poziomie.

Obecnie zrobiło się sucho. Oczywiście tragedii nie ma, ale bez porządnego wiosennego deszczu, majowe kozaki lub ceglasie mogą zastrajkować. Sytuacja jest nieco dziwna ponieważ ostatni – bardzo zimny jak na maj okres, obfitował w opady. Jednak jak to u nas bywa – nie wszędzie. Patrząc na rozkład opadów w Polsce od początku maja, wyraźnie widać ich ogromne zróżnicowanie. Tereny na pograniczu województw dolnośląskiego i wielkopolskiego nie załapały się na jakieś większe opady i stąd wilgoci mniej i szybkie przesuszenie wierzchniej warstwy ściółki.

Grzybowo zatem nie ma nic specjalnego do przekazania, chociaż opis bezgrzybia i sytuacji wilgotnościowej to też cenna informacja dla ewentualnie planujących wypady do lasu, majowych grzybiarzy. Kilka gatunków grzybów można spotkać. Przeważnie są to tzw. „drobne blaszkowe”, np. czernidłaki błyszczące. Jednakże tylko patrząc na grzybowe miejscówki i odtwarzając sytuację z jesieni zeszłego roku, aż ciarki przechodzą na myśl, że tam pod ściółką, miliony cienkich nitek i strzępek grzybni tylko czekają na sygnał i „wyrzut” dorodnych grzybów. Adrenalina skacze nawet, gdy jest pusto… ;))

Pokazałem Pawłowi kilka drzew, które opisałem w zeszłorocznym cyklu Pereł Dendroflory oraz kilka egzemplarzy, które będą reprezentować cykl tegoroczny, zbliżający się wielkimi krokami (już za miesiąc). Przy jednym z takich okazów rosną klony o czerwonej odmianie liści. W połączeniu z zielonym tłem liści innych gatunków drzew, tworzą niezwykłą kompozycję „jesienno” soczyście zielono-wiosenną. To połączenie na tyle mi się spodobało, że zdjęcie tej mozaiki barw jest ustawione jako reprezentacyjne dla tego wpisu.

Z innych osobliwości dendrologicznych, obejrzeliśmy m.in. dąb „Straszydło”, „Guzowatą” brzozę brodawkowatą, grupę dębów czerwonych wokół bajora, „Płomienną” sosnę zwyczajną, przy której Paweł zdziwił się, że na tym gatunku drzewa także może występować jemioła. ;)) Obok Płomiennej sosny znajduje się jeszcze wyjątkowe miejsce, o którym mam w planie zrobić kiedyś odrębny wpis na blogu, a wiąże się ono z historią człowieka, który tam mieszkał 20 lat.

Po drodze trafiliśmy powalony, średniej wielkości modrzew, tarasujący drogę. Z reguły, pierwszym odruchem, jaki ludzie robią przy powalonym drzewie to chęć jego szybkiego ominięcia. Dla mnie, wywrót to niewątpliwa okazja do obejrzenia korzeni, szyszek, igieł i korony drzewa, na którą patrząc od dołu (kiedy drzewo nie jest wywrócone) nie obejmie się wzrokiem z góry. ;)) Zdjęcie zrobione z perspektywy powalonego drzewa z drogą w tle ma swój urok i wieloznaczny przekaz, uzależniony od interpretacji oglądającego. Paweł też przy nim się zatrzymał i zrobił kilka ciekawych ujęć.

Po ponad 2,5 godzinnym chodzeniu przez kawałki lasów, łąki, pola i podziwianiu majowego „szaleństwa” i piękna lasu oraz wysłuchaniu setek ptasich koncertów, nadszedł czas na obranie kierunku zachodniego i wbicie się w bardziej zwarte, ale i mniej zróżnicowane kompleksy borów sosnowych, sosnowo-świerkowych i – dalej – lasów mieszanych. Tam postanowiłem sprawdzić, jak wygląda sytuacja z nadchodzącym sezonem jagodowym i próbą odpowiedzi na pytanie, na ile mocno kwietniowo-majowe chłody przetrzebiły kwiaty jagodników?

Jaki będzie w tym roku sezon jagodowy? Chłody na pewno w jakimś stopniu wpłyną na jego intensywność. Wydaje mi się, że będziemy mieć bardziej punktowe występowanie jagód, w miejscach o wystawie południowej, w zagłębieniach i dołach, niż – jak to zwykle bywa – „wysyp większościowy”. Pocieszającym może być fakt, że w tej części kraju, przymrozki były jednymi z najmniejszych i mając pod uwagę to, że w lesie zawsze jest cieplej niż na otwartych przestrzeniach (pola, łąki), możemy mieć przyzwoity sezon jagodowy. Za miesiąc będzie już wiadomo zdecydowanie więcej w jagodowych rozważaniach.

Zbliżaliśmy się mniej więcej do połowy zaplanowanej trasy, którym punktem kulminacyjnym było obejrzenie grobowca, znajdującego się w środku lasu, w ukrytym i mało znanym miejscu i które to poznałem dzięki leśniczemu z Międzyborza. Zanim doszliśmy do tzw. „górki grobowcowej”, spotkaliśmy żmiję zygzakowatą (czyżby jakiś znak?), która wybitnie nie chciała pozować do zdjęcia. Zrobiłem jej tylko jedną i nie do końca udaną fotkę. Dobre i to. Natomiast padł mit o tym, że żmija skacze dalej niż Małysz, kąsa mocniej niż kobra i syczy głośniej niż waran. ;)) To bardzo delikatna gadzina, której ostatnim życzeniem jest spotkanie z człowiekiem i która do ostatniej chwili unika konfrontacji. Ludzie niestety wciąż przypisują żmii łatkę „kąśliwej bestii”.

Jeszce 2 kilometry borowo-sosnowej włóczęgi i trafiliśmy na ruiny dawnego pałacu – zapomnianego i zarośniętego. To tam mieszkali ludzie, których grobowiec znajduje się w pobliżu. Widziałem, że Pawłowi oczy się „zaświeciły” ponieważ interesują go zapomniane historie i klimaty z serii „było, minęło”. ;)) Grobowcowa górka znajduje się w pobliżu, ale jak ktoś nie zna terenu to będzie miał problem z jej odnalezieniem ponieważ jest dobrze schowana wśród drzewnej braci. Niestety, tego problemu nie miały hieny, które wiele lat temu weszły i splądrowały grobowiec.

Paweł zaczął zastanawiać się, czy dziura zrobiona od góry to jedyne wejście do środka, czy też gdzieś w leśnej gęstwinie, ukryte jest właściwe wejście. Obejrzeliśmy grobowiec dookoła i niczego nie znaleźliśmy. Patrząc na grobowiec w środku, wydaje się, że takie wejście po prostu nie istnieje. Być może, zmarli, nie życzyli sobie, aby tam ktokolwiek wchodził i kazali grobowiec całkowicie zamknąć. Jak było naprawdę? Nie wiem. My weszliśmy tylko z pobudek historyczno-poznawczych i zrobiliśmy – tak myślę – jeden dobry uczynek.

Hieny, które go zdemolowały, pozostawiły porozrzucane, ludzkie kości, które powinny znajdować się w trumnie. Włożyliśmy je z powrotem do miejsca przeznaczenia. W grobowcu przeżyliśmy mały „szok” termiczny ponieważ było w nim o jakieś 15 stopni chłodniej. Po wyjściu, poczuliśmy się jak w saunie. Może po to właśnie dwa Pawły pojechały, żeby szczątki ludzkie złożyć w jednym miejscu, aby dusze tych ludzi zaznały spokoju? Można się zastanawiać. Do tej pory nikt tego nie zrobił. Mam nadzieję, że już żywi nie będą im przeszkadzać.

To nie był jeszcze koniec moich opowieści i przekazywania młodemu pokoleniu informacji o lenartowej pasji. Paweł stwierdził, że zarówno to miejsce, chociaż mroczne i owiane legendą, jak i jego leśna otoczka bardzo mu się spodobały. Dużo się zastanawiałem nad tym miejscem. Jacy ludzie tam żyli? Dlaczego mieszkali praktycznie w lesie i dlaczego w nim pozostali? Nie wybrali na spoczynek wypieszczonych cmentarzy parafialnych, a środek lasu, w ciszy i spokoju. Z dala od ludzi, ale i w zapomnieniu… Spoczywajcie w pokoju.

Po opuszczeniu grobowcowej górki, udaliśmy się na pobliskie tereny, częściowo zabagnione, gdzie rośnie „to”, co stało się jedną z moich absolutnych pasji, a mianowicie sędziwy drzewostan. Można podziwiać tam kilkanaście, naprawdę okazałych dębów. Wiek niektórych dochodzi do 160-180 lat. Wśród nich jest m.in. opisany na blogu „Król Bagien”. Te drzewa na pewno pamiętają tych ludzi z grobowca. Być może często przebywali pod ich koronami, dając schronienie i cień. Milczący świadkowie historii. Jakie historie opowiedziałyby nam drzewa, gdyby umiały mówić ludzkim głosem?…

Po części bagiennej wycieczki, udaliśmy się na pola, gdzie pokazałem Pawłowi dąb „Klasyk”, obecnie już mocno ozdobiony wiosenną szatą. Jak zawsze – drzewo to wygląda imponująco. Imponująco i efektownie wyglądają również wyjątkowo oryginalne strachy na wróble z przymocowanymi butelkami po wódce. Dzięki etykietom, można dowiedzieć się, co piją miejscowi, mieszkający w pobliżu. ;)) Kiedyś wieszano puszki, ale  – tak myślę – w obawie przed ich kradzieżą w celu spieniężenia – substytutem stały się flaszki. ;))

Czasu do końca wycieczki było jeszcze na tyle dużo, że po zrobieniu dłuższej przerwy na posiłek, postanowiłem pokazać Pawłowi kolejne ciekawostki z klimatami cmentarnymi w tle. Chodzi oczywiście o bukowiński cmentarz, który jest na tyle interesujący i niesamowity, że na pewno zasługuje on na odrębny wpis. Jest on podzielony na górną część polską (zadbaną i uporządkowaną) i dolną część niemiecką – zapomnianą i kompletnie zaniedbaną. Na cmentarzu mieści się niezwykła kapliczka i rośnie jedna z Pereł Dendroflory, którą opiszę w nadchodzącym cyklu.

Całości dopełnia niesamowity klimat cmentarza i ciarorodne „coś”. Podczas oglądania kapliczki, zdałem sobie sprawę również z „niesamowitości” miotły, zrobionej z gałązek brzozy. Co mnie w niej urzekło? Przecież takich mioteł mamy tysiące. Zgadza się. Ta jest jedną w wielu. Tylko jak się jej przyjrzałem i zobaczyłem na niej i obok pajęczyny, które mogą mieć już kilkanaście lub kilkadziesiąt lat to zdałem sobie sprawę, że nikt jej od bardzo dawna nie używał. Być może dłużej niż znam Bukowinę. Miotełka jest na jednym ze zdjęć.

Po obejrzeniu cmentarza, Paweł pomógł mi jeszcze zmierzyć jedno drzewo, które rośnie na dużej pochyłości przy szosie w Bukowinie. Jest to jeden z najgrubszych (o ile w ogóle nie najgrubszy obecnie) dąb w Bukowinie Sycowskiej o prawie 6 metrowym obwodzie pierśnicowym. Jego prezentacja na blogu nastąpi na początku cyklu Pereł 2017. Kiedy przybyliśmy na stację w Bukowinie, Paweł spojrzał na aplikację liczącą kroki podczas naszej wycieczki. Wyszło 25 tysięcy kroków. Czyli ponad 20 kilometrów spokojnie przedreptaliśmy.

Na stację kolejową przyszedł jeszcze jeden Jegomość z Wrocławia – Pan Tadeusz, który także jeździ do Bukowiny i zrobił majowy rekonesans po bukowińskich lasach. Ponieważ jest zapalonym grzybiarzem i miłośnikiem lasów to tematów do wspólnych rozmowy nie brakowało. Obiecałem wspomnieć o Panu na blogu (pozdrawiam), jak i u Marka na www.grzyby.pl, co także uczynię. ;)) Mam nadzieję, że młodszy Pawcio będzie mile wspominać wycieczkę z wujkiem, któremu kompletnie „odbiło” na punkcie lasu. ;))))

Jak się sprawdziłem w roli przewodnika? Pawcio mówi, że bardzo dobrze. Cieszy mnie to, ale przy okazji zaznaczam, że ja byłem tak naprawdę tylko pośrednikiem przekazującym informację. To przede wszystkim dzięki przyrodzie, lasom, historii i niezwykłości tych miejsc oraz ludziom, którzy tu żyli i ukształtowali bukowińską krainę, mogłem tyle opowiedzieć. Ja – skromny włóczęga leśny, podzieliłem się tymi informacjami. Bo kto by Ci je miał przekazać, jeśli nie fanatyk tych terenów. ;)) Pawcio – serdeczności i do przodu! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

  • krzysiek z lasu //15 maja 2017

    Paweł – (albo raczej Pawły) ;)) szczęka mi opadła po przeczytaniu… Myślę, że to mógłby być jeden z rozdziałów książki, którą prędzej czy później napiszesz 😉
    Pozdrawiam 🙂

    • Paweł Lenart //16 maja 2017

      Szybko ją załóż z powrotem, bo się pobrudzi. 😉
      Dzięki Krzysiek! Rozdział na książkę? Pomyślę. Ten pomysł już tli się od jakiegoś czasu, ale realizacja jego będzie pewnie mieć miejsce…. Za 10 lat. Może dłużej. Nie mam pojęcia, czy się zdecyduję i kiedy. 😉
      Pozdrawiam. ;))

  • krzysiek z lasu //16 maja 2017

    Jeśli coś się tli, to prędzej czy później zapłonie 😉 Czekam na książkę (z dedykacją) 😉 Pozdrawiam 😉

    • Paweł Lenart //17 maja 2017

      Hm… Poczekamy. Chyba długo. 😉

  • krzysiek z lasu //17 maja 2017

    Uzbrajam się w cierpliwość, której uczą mnie drzewa, zwłaszcza te stare… 😉

  • wojek //18 maja 2017

    Witaj Paweł:)
    Tak te wycieczki są coraz bardziej podejrzane, grobowce, mumie, dwóch Pawłów i jeden Mietek hmmm. No ale dzisiaj trzeba wyjaśnić sprawę żmii. Otóż po dłuższej analizie powiekszeniu zdjęcia itd moje Żmijatko jednoznacznie odczytało co ta ze zdjęcia chciała powiedzieć.
    O rety!!! znowu ten Lenart! Wiać gdzie pieprz rośnie!!! Inaczej będzie znowu usiłował nas zbierać do kosza i z uporem maniaka wmawiać nam, że nie jesteśmy żadnymi żmijami zygzagowatymi tylko boletusami zygzakusami:)
    Serdecznie pozdrawiam:)

    • Paweł Lenart //19 maja 2017

      Gorzej, gdyby któraś ze żmii owinęła się wokół boletusa i mnie chaps! za rękę, kiedy wyciągałbym ze ściółki grzyba. Chociaż – możesz mieć rację, co było powodem jej ucieczki. Wszak na bezgrzybiu i żmija grzyb. 😉
      Pozdrawiam! 😉

  • wojek //18 maja 2017

    Errata do komentarza!
    Jest zygzagowatymi a powinno być zygzakowatymi!!!
    Przepraszam za błąd

    • Paweł Lenart //19 maja 2017

      Ok. W porządku, ale sprawa do Komisji Etyki Języka Polskiego i tak już jest zgłoszona. 😉 😉 😉

  • wojek //21 maja 2017

    Witaj Paweł:)
    Ad)1 Mało nie popłakałem się ze śmiechu. W moich stronach to powiedzenie brzmiało troszkę inaczej:) W spolszczonej wersji to brzmi mniej wiecej tak: „na bezpticu i żopa saławiej”.
    Ad)2 Trudno przeżyję jakoś. Może Pan Profesor Miodek nie będzie dla mnie zbyt surowy:)
    Pozdrawiam serdecznie.