facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 22 Gru, 2020
- 2 komentarze
Podsumowanie sezonu grzybowego w gminie Międzybórz. Część 2: WRZESIEŃ-LISTOPAD 2020.

Podsumowanie sezonu grzybowego w gminie Międzybórz.

Część 2: WRZESIEŃ-LISTOPAD 2020.

Dni stały się wyraźnie krótsze, zieleń na drzewach i krzewach pociemniała, a nad ranem, coraz częściej pojawiała się rosa i zamglenia. Pani jesień wraz z początkiem września weszła do lasu. Napięcie u grzybiarzy zaczęło wzrastać wprost proporcjonalnie do warunków pogodowych, które w pierwszych dniach września okazały się idealne. Ciepło, pochmurno i obfite opady deszczu wlały strumień, co tam strumień – morze i ocean nadziei, że jak grzybnie to będziemy się o grzyby przewracać.

Jednak wydarzenia, które miały miejsce w leśnej ściółce, w ciągu następnych tygodni w gminie Międzybórz dały powody do coraz częstszego określania tego sezonu przez grzybiarzy przymiotnikiem “dziwny” lub “dziwaczny”. Dla mnie był to jeden z bardziej nieszablonowych sezonów grzybowych, ale zanim podsumuję jego “odchylenia” od reguły i niepoprawność grzybową, zobaczmy, jak las zagrał grzybową orkiestrą we wrześniu.

♦ WRZESIEŃ ♦

Ponieważ sierpień zapisał się na tle średnich wieloletnich jako wilgotny i ciepły, kwestią czasu był pierwszy, letni wysyp grzybów w gminie Międzybórz. Początek września dolał solidną ilość paliwa do wzrostu grzybów pod postacią wieloskalowych opadów deszczu, a przy tym było ciepło, ale nie gorąco.

W górach rozpętało się grzybowe szaleństwo na całego, ale i z części terenów nizinnych, zaczęły napływać coraz bardziej optymistyczne doniesienia i relacje grzybiarzy, że w ściółce, grzyb zaczyna się kotłować. Na początku września bardzo mocno popadało i napięcie wśród grzybiarzy sięgnęło zenitu.

Zastanawiałem się, czy doczekamy się powtórki z 2010 roku, kiedy wraz z początkiem września rozpoczął się spóźniony, letni wysyp, który bardzo szybko i płynnie przeszedł w wysyp jesienny. Wtedy to nastąpiła swoista kumulacja i grzybów było od groma.

Był to też bardzo zdrowy wysyp. Przez cały wrzesień zbierało się ogromne ilości grzybów, prawdziwki rosły nawet w miejscach, w których przez kilka lat ich nie spotykałem. Nakręciłem się takim scenariuszem i pragnąłem, aby wrzesień 2020 roku był powtórką platynowego grzybowo września 2010.

Warunki hydrologiczne były wspaniałe, termiczne także, cóż więcej chcieć? Jednak początek września to okres, w którym letni chochlik może spłatać figla po całości, ponieważ wokół Europy Środkowej kręcą się jeszcze bardzo ciepłe masy powietrza.

Wystarczy, że uformuje się odpowiedni układ baryczny i ciepełko popłynie z południa szerokim strumieniem. Pod koniec pierwszego tygodnia września, prognozy pogody były bezlitosne dla grzybiarzy. Będzie ciepło, a nawet bardzo ciepło i sucho.

Rozpoczął się praktycznie 3-tygodniowy okres bardzo ciepłej, suchej i pogodnej aury. Jednakże opady sierpniowe zasiliły ściółkę w wilgoć, którą podtrzymały opady z początku września i grzyby nie wytrzymały – masowo zaczęły się pojawiać w gminie Międzybórz, ale i na wielu innych terenach nizinnych Dolnego Śląska. Ponowne, obfite opady deszczu odnotowano pod koniec września.

WRZESIEŃ ZACZĄŁ SIĘ BARDZO GRZYBOWO, ALE POD BERŁEM ROBAKA

Zaistniałe warunki spowodowały pierwszy (i jak się później okazało, ostatni w tym miesiącu), masowy wysyp grzybów we wrześniu, chociaż wiadomo było, że to nie jest jeszcze wysyp jesienny, a spóźniony, letni wysyp, który normalnie powinien przetoczyć się w lipcu lub sierpniu.

Dni były jeszcze długie, sprzyjające wielogodzinnym grzybobraniom. Było też przyjemnie ciepło, a w lesie rosło mnóstwo grzybów. Wydawać by się mogło, że jest wspaniale. I było, do czasu, kiedy nie zaczęło się zbierać grzyby, ponieważ okazało się, że znaczna ilość owocników jest robaczywych.

Znajdowałem mnóstwo prawdziwków, ale średnio 1 na 10, a miejscami 1 na 20 był zdrowy. Robaki potrafią wnerwić każdego grzybiarza, nawet stoika z kamienną twarzą i żelaznymi nerwami. Po 150-tym wyrzuconym, robaczywym prawdziwku, pojawia się myśl, żeby rzucić grzybobranie w cholerę i poczekać na zdrowsze grzybowo czasy.

Owszem, pierwsze wysypy prawdziwków często są robaczywe, ale przecież tyle padało, termicznie nie było tragedii, a mimo to, robaki hurtowo zaatakowały grzybową masę. Coraz wyższe temperatury jeszcze bardziej dopingowały je do wpychania tłustych, obślizgłych sylwetek do wnętrza grzybów.

Najpierw pomyślałem, że może w Bukowinie i okolicach robaki tak ostro zaatakowały prawdziwki, ale rozmowy z kilkoma znajomymi grzybiarzami, zbierającymi grzyby w sąsiadujących miejscowościach, utwierdziły mnie w przekonaniu, że pierwszy wysyp prawdziwków jest pozamiatany i za wiele z niego nie przybędzie w słojach i zaprawach.

Pozostało mi zrobić nieco więcej zdjęć prawusów. Chociaż na nich nie widać, co jest w środku. ;)) Grzybiarze w Internecie często pokazywali wielkie zbiory prawdziwków, niektórych bardzo okazałych i oczywiście na zdjęciach wszystkie prawdziwki były zdrowe. ;))

Jakakolwiek próba zasugerowania, że we wnętrzu grzybów może być różnie ze zdrowotnością, kończyła się ostrym zaprzeczeniem, że “moje prawdziwki wszystkie były zdrowe”. Cóż, ja nie miałem tyle szczęścia i otwarcie pisałem, że z prawdziwków, które znalazłem, jakieś 85-90% pozostało w lesie.

Nawet ten maluszek na powyższym zdjęciu i ta urocza parka przy sośnie były kompletnie robaczywe. Skrawka kapelusza z nich nie mogłem wykroić. Robaki pałaszowały prawdziwki z wielką łapczywością, dziady jedne. ;))

Dużym sukcesem było znalezienie kilku zdrowych prawdziwków. Mi ta sztuka się udała, ale nie ukrywam, że zniechęcił mnie ten robaczywy okres do zbioru grzybów. W takiej sytuacji, najlepiej sprawdzić zdrowotność pozostałych gatunków grzybów, co zresztą uczyniłem.

To był dobry pomysł, ponieważ koźlarze czerwone i topolowe okazały się znacznie zdrowsze niż prawdziwki i ich nazbierałem całkiem solidną ilość. Oczywiście robaczywki też się trafiały, ale w ilości odwrotnie proporcjonalnej do robaczywości borowików.

Teraz trzeba było sprawdzić podgrzybki, ponieważ ten gatunek również dał się ponieść pierwszej fali wysypu i obficie zaczął wykluwać swoje owocniki. Tu robaków było już więcej niż w koźlarzach, ale i tak mniej niż w prawdziwkach.

Zatem to prawdziwki okazały się robaczywym gatunkiem numer jeden podczas pierwszego, jesiennego wysypu grzybów, który tak naprawdę był spóźnionym, letnim wysypem.

Niektóre owocniki szlachciców były tak przeżarte w środku, że po lekkim naciśnięciu trzonu, wiadomo było, że nie warto go nawet brać do ręki. Coś jak spróchniałe drzewo. Na zewnątrz piękne i okazałe, a w środku puste. ;))

Zawsze, kiedy następuje taki robaczywy wysyp grzybów, zastanawiam się, czy to wina warunków pogodowych, np. temperatury, czy po prostu robaki są jak grzyby? Mają od czasu do czasu “super wysyp” bez względu na doszukiwanie się zależności meteo-pogodowych. ;))

W 2014 roku podczas jesieni mieliśmy w gminie Międzybórz kilka rzutów podgrzybków i wtedy robaczywość grzybów też była znaczna. Nawet październikowy wysyp podgrzybków obfitował w proteinowe nadzienie.

Z dnia na dzień było coraz bardziej sucho, a po połowie września, grzybność w ściółce, dosyć szybko zaczęła spadać. Sprawdziłem jeszcze stan występowania i zarobaczywienia m.in. mleczajów rydzów i czubajek kani.

Rydzom dałbym drugie miejsce na podium z konkursie na najbardziej robaczywy gatunek wrześniowego wysypu grzybów. Żal było mi zostawiać wielkie ilości przepysznych, rudych kapeluszy, ale niestety robaki także je uwielbiają i zawsze są pierwsze przed grzybiarzem.

Znajdowałem też śmiertelnie trujące muchomory zielonawe vel. sromotnikowe oraz – głównie na łąkach i skrajach lasu – czubajki kanie.

Kanie trzymały się żwawo, ich robaczywość nie była jakaś przerażająco porażająca i coś tam wpadło z tego gatunku do koszyka, które później poległy głównie na patelni w bułce i jajku. ;))

Pomimo znacznego zarobaczywienia pierwszego wysypu grzybów, przy ostrej selekcji owocników w lesie i poszukiwaniu różnych ich gatunków, można było z lasu wrócić z pełnymi koszykami.

Jednak z każdym dniem sytuacja grzybowa stawała się coraz bardziej licha. Po opadach z początku miesiąca, prawie nie było już śladu, intensywnie świecące Słońce i wysokie temperatury szybko kurczyły grzybową podaż.

Nie miałem żadnych wątpliwości, że marzenia o powtórce cudownego września 2010 roku, a nawet o powtórce super drugiej połowy września 2019 roku legły w gruzach, czyli w za ciepłej pogodzie i robakach.

Wrześniowy wysyp zmierzał ku końcowi. Żeby nazbierać przyzwoitą ilość grzybów, trzeba było swoje wychodzić. Nie dość, że owocników było znacznie mniej, niż w pierwszej połowie miesiąca, to na dodatek, część owocników nadal należało pozostawić w lesie z uwagi na nienażarte larwy.

Prawdziwki przerosły, skapcaniały, młodych grzybów było jak na lekarstwo. Zaczynała się posucha i wielkie rozczarowanie, że “tak dobrze żarło, a zdechło“, chociaż żarło zdecydowanie za dużo. ;))

Mimo tego, należy wspomnieć o pozytywnej stronie długodystansowego grzybobrania, czyli takiego, w którym grzybów jest niewiele i trzeba się za nimi naprawdę długo nachodzić. W koszach jest lżej, dzięki czemu chodzi się wygodniej, bardziej komfortowo, a każdy, znaleziony owocnik w dobrej formie bardzo cieszy.

Jeżeli mamy bardzo dużą obfitość grzybów i przeważają grzyby zdrowe to oczywiście wspaniale jest postawić koszyk i donosić co kilka minut zebrane górki grzybów do pojemników.

Natomiast powolne, wielogodzinne grzybobranie, na którym należy wykazać się siłą woli i determinacją, daje nam bliższy kontakt z lasem i możemy odczuwać większą satysfakcję z bycia w leśnej wspólnocie.

Dlatego, jadąc na grzybobranie po połowie września, powiedziałem sobie w myślach, że nie obchodzi mnie fakt, że grzybów jest mało i trzeba się za nimi sporo nachodzić. Moim celem jest jak najdłuższy pobyt w lesie i włóczęga do wieczora.

Wtedy też po kilku godzinach, dosłownie w środku leśnych gęstwin spotkałem Andrzeja z Sylwią, którzy przyjechali do bukowińskich lasów samochodem z drugiej strony.

Nie namyślając się długo, doszliśmy do zatwierdzenia dwóch punktów. Pierwszy mówił o tym, że nie wrócę z wycieczki pociągiem, ale razem z Nimi samochodem, a drugi punkt zawierał klauzulę włóczęgi do zachodu Słońca. ;))

Tak postanowiliśmy i tak też zrobiliśmy, a nasz leśny pakt został przypieczętowany skrzypieniem kory ocierających się drzew, szumem ich koron, stukaniem dzięcioła i dudnieniem jelenich kopyt. ;))

Mleczaje rydze były na wykończeniu, młodych owocników nie znalazłem, a starsze pożerały robaki. Kanie cierpiały na niedosyt wilgoci i dosłownie suszyły się na łąkach, gdzie nie ma drzew – naturalnego schronienia przed palącym Słońcem.

Za to niezmiernie ucieszyły nas kozie brody, czyli siedzunie sosnowe vel. szmaciaki gałęziste. One nigdy nie zawodzą, bo zawsze są zdrowe. Prędzej zgniją, niż robale je zjedzą.

Kiedy zaczął się wrześniowy wysyp, wśród grzybiarzy ścierały się dwa stanowiska. Zwolennicy pierwszego obstawiali, że mamy już do czynienia z wysypem jesiennym, sympatycy drugiej opcji twierdzili, że to spóźniony, letni wysyp, po którym nadejdzie ten właściwy, czyli jesienny.

Po asortymencie grzybów niejadalnych i trujących, wyraźnie było widać, że nie jest to jeszcze jesienny wysyp, chociaż początek września dawał silne argumenty, że wrzesień rozpęta się grzybowo na cały miesiąc. Jednak pani pogoda pokrzyżowała te plany i wyhamowała grzybność, praktycznie do zera.

Pod koniec miesiąca, lato zostało wypchane na południe Europy. Napłynęły chłodniejsze, jesienne i zasobne w wilgoć masy powietrza, które zaczęły solidnie nawadniać przesuszoną ściółkę. Zabawa rozpoczęła się na nowo i wielkie oczekiwanie na prawdziwy, jesienny wysyp grzybów.

Podsumowując grzybowo miesiąc wrzesień 2020 roku w gminie Międzybórz, zdecydowanie można napisać, że “tak dobrze żarło, a zdechło”. Sierpniowe opady w połączeniu z opadami na początku września spowodowały masowy i obfity wysyp grzybów w pierwszej połowie miesiąca. W ściółce dominowały prawdziwki, podgrzybki, koźlarze, czubajki kanie, mleczaje rydze. Był to jeszcze letni, spóźniony wysyp, którego wielką wadą było znaczne zarobaczywienie grzybów, zwłaszcza prawdziwków.

Wydawało się, że wysyp ten płynnie przejdzie w jesienne szaleństwo grzybowe, ale 3 tygodnie letniej, suchej i gorącej pogody skasowały te marzenia. Paradoksalnie, wrzesień zapisał się jako miesiąc wilgotny, z tym, że opady skoncentrowały się na początku i końcu miesiąca i w tym czasie wyrobiły normę, a nawet ją przekroczyły. Generalnie to był dziwny wysyp i dziwny grzybowo miesiąc. Od wielkiego, grzybowego bum i “ery robaka” po całkowity klops.

♦ PAŹDZIERNIK ♦

Jak rozpoczął się październik to minęło już kilka dni od solidnych opadów deszczu, które wystąpiły w gminie Międzybórz pod koniec września. W ślad za tym rozpoczęło się też odliczanie, ile musi upłynąć dni do zawiązania się jesiennego wysypu grzybów. Ponieważ opady były przyzwoite, to i oczekiwania względem wysypu stawały się coraz wyższe.

Od razu zacząłem też szukać analogii z poprzednich sezonów, sprawdzając, kiedy warunki pogodowe były podobne. Dokopałem się w swoich zapiskach i podsumowaniach do 2016 roku. Wtedy wrzesień też był bardzo ciepły, chociaż kompletnie bezgrzybny, a październik przyniósł ochłodzenie, zachmurzenie, w końcu wielkie opady i wielki wysyp grzybów, który trwał prawie do połowy listopada.

Coraz to nowsze porcje opadów dawały nadzieję, że w połowie miesiąca, może ciut wcześniej lub później nastąpi wielka kumulacja grzybowej jesieni i prawdziwki oraz podgrzybki będziemy zbierać na skrzynki owocówki o pojemności 25 kg każda. ;)) Jednak losy październikowego wysypu miały potoczyć się nieco inaczej, chociaż początkowo nic na to nie wskazywało.

Jeżeli chodzi o opady to październik był miesiącem bardzo wilgotnym w gminie Międzybórz, znacznie przekraczającym normę z lat 1981-2010. Do tego na niebie dominowało zachmurzenie, nawet nocami, dzięki czemu temperatury nie spadały poniżej zera.

Początek miesiąca przynosił opady, ale nie były one jakieś wyjątkowo obfite, czy długotrwałe. Jednak podtrzymywały one w lesie wilgoć. Mając na uwadze wilgoć z opadów z końca września, nadzieje na wysyp znacznie wzrosły.

Im bliżej było połowy października, tym bardziej stawało się nerwowo. Zaczęły się pokazywać pierwsze grzyby, ale bardzo incydentalnie. Jedynie czubajki kanie rozpoczęły masowy wysyp.

W połowie miesiąca prognozy pogody jednoznacznie wskazywały, że dojdzie do rzadko spotykanej o tej porze roku sytuacji barycznej i napłyną do nas bardzo zasobne w wilgoć układy niżowe z południa Europy.

POMOGŁY CZY ZASZKODZIŁY?

W dniach 12-15 października wirujące fronty wylały ogromne masy wody nad większością terytorium Polski. Miejscami napadało ponad 100 litrów wody na metr kwadratowy. Także gmina Międzybórz otrzymała pokaźne ilości deszczówki. Na polach i łąkach utworzyły się spore rozlewiska.

Ponieważ już przed tymi opadami wilgotność ściółki była wystarczająca do zawiązania się owocników i rozpoczęcia się wysypu grzybów, niektórzy grzybiarze zaczęli zadawać sobie pytanie, czy opadów nie było jednak zbyt dużo, bo grzyby coś nie mogą wystartować z tym wysypem?

Dzisiaj, z perspektywy minionego sezonu i jego oceny, sam zadaję sobie pytanie, co było przyczyną, że jednak nie doszło do super wysypu w październiku, pomimo, że warunki hydrologiczne były niespotykane od kilku lat. Czy rzeczywiście zbyt duża ilość opadów powstrzymała masowe grzybnięcie?

Pierwszą próbę grzybobrania w październiku zrobiłem w drugim tygodniu dziesiątego miesiąca roku. Wilgotność była bardzo dobra. Mijały 2 tygodnie od porządnych opadów, które były wspomagane opadami bieżącymi.

Liczyłem, że znajdę pierwsze prawdziwki i podgrzybki, zwiastujące nadejście, tak wyczekiwanego, jesiennego i zdrowego wysypu grzybów. Wiele wykluwających się niejadalnych “psiaków” utwierdzało mnie w tym przekonaniu.

Jednak oba gatunki nie zamierzały jeszcze wygrzebać się ze ściółki. Sprawdziłem kilka dobrych miejscówek na rurkowce i wyszedłem z nich z pustym koszem.

Wówczas postanowiłem pójść na znane mi od lat kaniowe łąki i wtedy dałem się porwać fascynującemu festiwalowi, jaki urządziły sobie czubajki kanie.

Nie czekały na wysyp innych gatunków, postanowiły zatańczyć tak, jak najwspanialej potrafią. Ich artystyczny i genialny występ wzbudził we mnie taki zachwyt, że postanowiłem napisać artykuł “Czubajka kania SHOW”: https://www.lenartpawel.pl/czubajka-kania-show.html 

Wtedy też śmiało można było stwierdzić, że połowa miesiąca należy właśnie do kani. Żaden inny gatunek z tych powszechnie zbieranych nie wykluł takiej ilości owocników, co czubajka kania

Jakościowo to była ekstraklasa. Zdrowe, twarde, mięsiste, świeże i pachnące. Wszystkie młode owocniki zrobiłem w marynacie lub w zalewie pomidorowej, a największe kapelusze poległy na patelni. Część kani też rozdałem, ale i tak największe ich ilości pozostawiłem w lesie, bo nie dałbym rady ich zebrać.

Inne gatunki nie śpieszyły się do wysypu, chociaż presja grzybiarzy była ogromna. W końcu zbliżała się połowa października, czyli “wóz albo przewóz”. Grzyby muszą wystartować, bo później różnie może być z pogodą.

A to może zrobić się za zimno lub – nie daj Boże – przyjdą większe przymrozki i grzyby się zbuntują, tzn. nie pojawią się masowo. Zaczynało się robić nerwowo. Różnorodność gatunkowa grzybów wzrastała, ale wciąż nie było masowego rzutu podgrzybków, koźlarzy i prawdziwków.

Podczas wycieczki postanowiłem sprawdzić też bardziej odległe rejony od Bukowiny. Przedreptałem wiele kilometrów, bardziej w kierunku granicy województw dolnośląskiego i wielkopolskiego.

Pomyślałem sobie, że może od Wielkopolski “idzie” wysyp i tam mam szansę na znalezienie większej ilości podgrzybków. Co tam większej – chodziło mi w ogóle o znalezienie jakiegokolwiek podgrzybka, bo od rana nie znalazłem jeszcze ani jednego.

Stare lasy sosnowe – chociaż namoknięte i wręcz chlupiące pod gumowcami, podgrzybkowo i prawdziwkowo były puste. Wnioskowałem, że jeszcze jest za wcześnie, za tydzień to już na pewno się zacznie.

Pod koniec wycieczki, kiedy byłym już całkowicie zrezygnowany, wszedłem do ostatniego lasu podgrzybkowej nadziei w tym dniu. Do pociągu miałem już mało czasu i nie mogłem pozwolić sobie na dalszą wędrówkę.

I wtedy trafiłem na uroczą, zdrową rodzinkę podgrzybków. Wszelkie zniechęcenie i marazm od razu mi przeszły. A jednak! Wreszcie coś się zaczyna! Trzeba ostro i prędko planować następną wyprawę!

Te kilkanaście podgrzybków wlało mi do serca ogromną nadzieję, że za tydzień to wysyp zacznie się na dobre, z za półtora do dwóch tygodni przeżyjemy kulminację grzybowego szaleństwa jesieni 2020.

DESZCZE NIESPOKOJNE POTARGAŁY LAS

Następne grzybobranie zaplanowałem na 18 października. Zanim pojechałem do lasu, nad gminą Międzybórz przetoczyły się bardzo wydajne opadowo fronty atmosferyczne. Jak powiadali miejscowi “Panie, lało trzy dzionki i noce, że ino świata nie było widać”.

Nie pamiętam płynących strumieni deszczówki po polnych drogach w październiku. Czułem się, jak na grzybobraniu górskim, gdzie co rusz spotyka się jakieś strumyki, potoki i cieki wodne.

Na początku poszedłem sprawdzić miejscówki na koźlarze czerwone i zastałem w nich… gąski liściowate, czyli kuzynki zakopanej w piachu gąski zielonki. Nie pogardziłem nimi. ;))

Po wyzbieraniu gąsek, szybko udałem się do lasu, który tydzień temu obdarował mnie na koniec grzybobrania rodzinką pięknych podgrzybków. Po drodze, podziwiałem też coraz liczniej pokazujące się muchomory czerwone.

Rodzinka podgrzybków ponownie mnie przywitała. Grzyby były młode, jędrne, ale bardzo ciężkie od ilości wody, która spadła z nieba w ciągu ostatniego tygodnia. Dały mi nadzieję, że w pozostałych lasach będę zbierać mnóstwo jesiennych, czarnych łbów.

Nie spodziewałem się, że tak jak tydzień temu, grzybobranie zakończyłem na tych podgrzybków, tak i teraz, grzybobranie zakończy się, jeżeli chodzi o podgrzybki. W pozostałych lasach nie znalazłem już ani jednego brązowego kapelusznika.

Poszedłem sprawdzić tajne miejscówki prawdziwkowe, licząc, że kilka sztuk wypasionych borowików wpadnie mi do kosza. Chodziłem po wielu stanowiskach, a prawdziwki – jakby je ktoś zaczarował, nie chciały mi się ukazać.

Spotykałem za to mnóstwo czubajek kani i czubajek gwiaździstych, które były kompletnie rozczłapane od nadmiaru opadów. Tylko nieliczne, młode owocniki nadawały się do zbioru.

Nawet na łąkach, na których tydzień wcześniej, festiwal kani trwał w najlepsze, większość owocników namokła i klapnęła, ale wciąż wykluwały się młode grzyby, chociaż w znacznie mniejszej ilości.

Znalazłem też bardzo nieliczne, młode koźlarze czerwone. W każdym razie nie było widać symptomu zbliżającego się wysypu. Wszystkie pojedyncze owocniki to były raczej wypryski, niż podwaliny pod szykujące się grzybowe żniwa.

Trafił się też jeden młody prawdziwek – w końcu! Obszedłem stanowisko w którym rósł na wszystkie strony świata, ale drugiego boletusa już nie znalazłem. Znajomi grzybiarze, którzy chodzili za grzybami kilka kilometrów ode mnie, meldowali mi o podobnym stanie zagrzybienia lasów.

Tak, jak we wrześniu prysnął czar o powtórce wysypu z września 2019 roku lub 2010 roku, tak i teraz zacząłem sobie zdawać, że coś na kształt października 2016 roku pod względem grzybów nie ma szansy się powtórzyć.

CO SIĘ STAŁO, ŻE SIĘ NIE WYSYPAŁO?

Do tej pory rozmyślam i analizuję, co się takiego wydarzyło, czego zabrakło, że pomimo tak dobrej wilgotności w lasach i korzystnych temperatur, nie doszło do masowego, jesiennego wysypu grzybów w gminie Międzybórz?

Owszem, w ostatnim tygodniu października pojawiło się więcej prawdziwków i podgrzybków, ale były to tylko lokalne, punktowe “wysypki”, niż porządny, jesienny wysyp. Kto trafił na dobre miejscówki, ten mógł nawet cały kosz nazbierać, niemniej grzybność lasów w skali brutto były słaba, jak na tę porę roku.

Ponownie wracam do pytania – czy rzeczywiście zbyt obfite opady mogły zahamować rozwój grzybów? W literaturze spotykałem się już z taką teorią. Szukając analogii – w 2009 roku październik był wilgotny, i po suchym, bezgrzybnym wrześniu, wydawało się, że w październiku będzie mieć miejsce wspaniały wysyp. Tymczasem było dziadowsko po całości. 

Tyle, że październik 2009 roku był znacznie chłodniejszy od października 2020 i wtedy, brak wysypu można było zrzucić na niskie temperatury. W tym roku październik zapisał się jako ciepły, nie notowano przymrozków, wilgotność była wybitna, ale poza czubajkami kaniami, inne gatunki grzybów nie sypnęły masowo. Miejscami było też sporo maślaków zwyczajnych.

A może po super wysypie w 2019 roku, grzybnia musiała trochę odpocząć, żeby przygotować się do super wysypu w 2021 roku? Można sobie tak gdybać, przypisując różne teorie, a to o zbytniej wilgoci, a to o odpoczynku grzybni, itp. Nie zmienia to faktu, że zapamiętam ten październik jako jeden z najdziwniejszych pod względem grzybów w ostatnich latach.

Ostatni tydzień października odpuściłem sobie na grzybobrania w gminie Międzybórz, chociaż to właśnie w ostatnim tygodniu grzybiarze zbierali najwięcej grzybów, ale – jak wcześniej wspomniałem – o masowym, obfitym wysypie nie było mowy. Za to grzyby porządnie sypnęły w Borach Dolnośląskich i to do nich przeniosłem swoje grzybowe wyprawy późnojesienne.

Podsumowując grzybowo miesiąc październik 2020 roku w gminie Międzybórz, należy stwierdzić, że był to bardzo dziwny miesiąc, ponieważ wilgotność w lasach mieliśmy doskonałą, nie notowaną od lat, a przy tym panowały korzystne dla grzybów temperatury, bez znacznych jej spadków i wystąpienia przymrozków. Pomimo tego, jedynym gatunkiem, który obficie owocnikował były czubajki kanie.

Podgrzybki, prawdziwki i koźlarze poukrywały się w “enklawach” (występowały tylko punktowo), miejscami było więcej maślaków zwyczajnych, pojawiły się też gąski liściowate, mleczaje rydze, opieńki i inne gatunki, ale o masowym, jesiennym i obfitym wysypie grzybów nie mogło być mowy. Tym samym, sezon kontynuował marsz ku nazywaniu go coraz bardziej dziwacznym.

♦ LISTOPAD ♦

Listopad, jaki by nie był, kojarzy się zawsze (i słusznie) z końcem zasadniczego sezonu grzybowego. Nigdy też nie zanotowałem sytuacji, żeby nagle przyniósł on jakichś wyjątkowo obfity wysyp grzybów. Nawet, jeżeli grzybów w listopadzie jest dużo, to zawsze jet to pokłosie wysypu październikowego. Czyli, jeżeli w październiku nie ma wysypu, naiwne jest myślenie, że oto listopad porządnie sypnie grzybami.

Wynika to z naturalnego cyklu rozwojowego grzybni i czasu pojawiania się jej owocników. W listopadzie z reguły przychodzą pierwsze, większe przymrozki, noce są coraz dłuższe i chłodniejsze, a ściółka oddaje ciepło. Przyroda kończy wegetację, a w raz z nią, przestaje owocnikować większość znanych i zbieranych gatunków grzybów.

Przy korzystnym układzie warunków pogodowych, wysyp grzybów rozpoczęty w październiku, może być kontynuowany przez większą część listopada, co miało miejsce w tym roku w Borach Dolnośląskich. Jednak w gminie Międzybórz, listopad szybko przyniósł zmierzch sezonu, chociaż uparci grzybiarze, nawet w połowie miesiąca, coś na sos lub zupę byli w stanie nazbierać.

Po bardzo wilgotnym październiku, listopad przyniósł znaczny niedobór opadów w gminie Międzybórz na tle średniej wieloletniej, ale nie miało to większego znaczenia, ponieważ wilgotność w lasach była wciąż bardzo dobra.

Tu już chodziło raczej o temperatury, niż opady, bowiem zaczęły się pojawiać dłuższe przejaśnienia i rozpogodzenia, dzięki którym pojawiły się lokalne, przygruntowe przymrozki. Wzrost grzybów znacznie wyhamował.

Więcej opadów notowano w południowo-wschodniej ćwiartce kraju, ale na Dolnym Śląsku też coś pokapało i posiąpiło. Generalnie to najważniejsze stały się temperatury, które dawały nadzieję, że coś tam jeszcze urośnie.

Zazwyczaj listopad nie należy do zbytnio lubianych przez grzybiarzy miesięcy, ponieważ sezon grzybowy się kończy, noc bardzo szybko zapada, co znacznie skraca grzybowe wojaże i generalnie jest to czas, kiedy ma się poczucie, że coś miłego się skończyło i trzeba czekać wiele miesięcy na to, żeby to coś miłe wróciło.

W przyrodzie zachodzą znaczne zmiany, większość drzew liściastych zrzuca liście, a po połowie miesiąca pojawia się klasyczna, jesienna szaruga, w której często dominują całkowicie pochmurne, dżdżyste i mgliste dni, dołujące nawet niektórych optymistów.

Jednak i taki czas w przyrodzie oraz listopadowy las ma swój jedyny i niepowtarzalny urok oraz klimat. Wiedzą o tym ci, którzy lubią się włóczyć listopadową porą, niekoniecznie jeszcze za grzybami. ;))

Wraz z nadejściem listopada, wyrwałem co sił w gumowcach do Bukowiny, która – jak zawsze, przywitała mnie wiszącą nad nią tajemnicą, większą od magii jej lasów. Wilgotność wciąż była bardzo duża, tylko grzybów nie za wiele.

Na pierwsze sprawdzenie poszły stare lasy i podgrzybkowe bory. Podgrzybki znajdowałem najczęściej w skupiskach, ale zaskoczyły mnie swoją robaczywością… Tak, jakby mało było robakom w tym sezonie. 

Tyle nażarły się we wrześniu, to już ostanie podgrzybki mogły sobie odpuścić. Ale nic z tego, wiele grzybów z tych niewielu, które znalazłem musiałem pozostawić w lesie. Za to widoki miałem wspaniałe!

Sprawdziłem też kilka miejscówek prawdziwkowych, w których udało mi się znaleźć co nieco przepięknych prawdziwków, ale część z nich także wyrzuciłem z uwagi na zarobaczywienie, a z niektórych, coś dało się wykroić. Borowiki na bardziej odsłoniętych stanowiskach były zbyt przesiąknięte wodą, żeby cokolwiek z nich zebrać.

No to mnie już nieco zirytowało. Nie dość, że są to ostatnie grzyby w Bukowinie przed długą, wielomiesięczną przerwą, to jeszcze ponad połowa jest robaczywa. Taki urok tego sezonu. Może jak się robaki “napasą” teraz, to odpuszczą grzybom w przyszłym sezonie. ;))

Czyli w listopadzie mieliśmy kontynuację trendu “dziwnego” sezonu i wymagającego, ponieważ z uwagi na niezbyt duży popyt owocników, z których część była robaczywa, wymuszał on od grzybiarzy, grzybobrań w systemie szlajalnictwa i włóczęgostwa leśnego. ;))

Oczywiście dla tych, którzy pragnęli nazbierać więcej grzybów. Ale trzeba też pamiętać o grzybowych enklawach, czyli miejscach, w których grzybów było znacznie więcej, niż w skali całych lasów.

Grzybiarze, którzy mieli farta i trafili od razu na takie enklawy, mogli nazbierać grzybów szybciej, z pominięciem systemu szlajalnictwa i włóczęgostwa. ;))

Czubaki kanie kończyły swój występ tej jesieni, kompletnie przemoczone, nie miały siły stać na trzonkach, przechylały się, łamały i jeszcze mocniej akcentowały koniec zasadniczego sezonu grzybowego.

DZIWACZNOŚĆ SEZONU GRZYBOWEGO 2020 W GMINIE MIĘDZYBÓRZ W PUNKTACH:

Na koniec wypunktowałem największe “odchyłki” tego sezonu od przyjętych norm sezonowych dla grzybów.

1) Pomimo bardzo dobrych warunków hydrologicznych w czerwcu, nie doszło do masowego, letniego wysypu grzybów.

2) W pierwszej połowie września miał miejsce obfity i bardzo robaczywy, spóźniony letni wysyp grzybów, którego robaczywość była nieproporcjonalna do warunków pogodowych (nie było aż tak upalnie i sucho, żeby robaki w tak bezkompromisowy sposób panoszyły się w grzybach).

3) Wrzesień zapisał się jako miesiąc wilgotny, ale opady skumulowały się na początku i na końcu miesiąca, przez co nie doszło do jesiennego wysypu grzybów, co należy uznać za ewenement. Za to przez 3 tygodnie panowała letnia pogoda, która wykończyła spóźniony wysyp letni.

4) Październik zapisał się jako miesiąc bardzo wilgotny i ciepły. Paradoksalnie, nie doszło do uformowania się obfitego, jesiennego wysypu podstawowych gatunków grzybów, co należy uznać za sporą anomalię. Dopisały jedynie czubajki kanie.

5) Ostatnie grzyby w listopadzie, okazały się w dużej części robaczywe, pomimo hektolitrów wody, jakie otrzymała ściółka w październiku. Nie wiem, dlaczego obfitość i aktywność larw w tym sezonie była tak długa i upierdliwa.

6) To był naprawdę dziwny sezon grzybowy w gminie Międzybórz, ale jedno, co zawsze udaje mi się nazbierać to moc leśnego piękna, wrażeń i radości, że mogłem przez kolejny sezon wywłóczyć się należycie po lasach, chociaż moja jednostka chorobowa objawia się tym, że ciągle jestem w stanie niedolesienia, nawet po 13-godzinnej wycieczce. ;))

Podsumowując grzybowo miesiąc listopad 2020 roku w gminie Międzybórz należy stwierdzić, że pierwsza połowa miesiąca dawała możliwość na dozbieranie reszty grzybów z “niewysypanego” się jesiennego wysypu. Grzyby rosły punktowo, a część z nich była robaczywa. Zdeterminowani grzybiarze mogli jednak nazbierać całkiem przyzwoitą ilość grzybów, jak na ten sezon i na te warunki.

Natomiast cały sezon grzybowy 2020 w gminie Międzybórz, z czerwcowo-lipcowym wysypem kurek i mini-wysypem koźlarzy, spóźnionym (i robaczywym) wysypem letnim w pierwszej połowie września oraz “niewysypanym” – poza czubajkami kaniami, wysypem jesiennym oceniam na ocenę dostateczną plus w sześciostopniowej skali ocen.

Na wysokość oceny wpływa przede wszystkim obfity, zdrowy, jesienny wysyp grzybów, którego jednak w tym sezonie, w gminie Międzybórz nie odnotowałem. I jak zawsze, należy pamiętać, że moje podsumowanie sezonu to subiektywny punkt widzenia jego autora. ;))

Pozostało mi jeszcze zrobić podsumowanie sezonu grzybowego w Borach Dolnośląskich, ale opublikuję je nie wcześniej, niż po świętach, ale jeszcze w starym roku.

DARZ GRZYB! 😊

– Mapy z sumami opadów i anomaliami sum opadów: https://klimat.imgw.pl/

– Mapy z dobowymi rozkładami sum opadów ⌈mm⌉: https://hydro.imgw.pl/#precipitationMap

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  • krzysiek z lasu //23 Gru 2020

    Cześć Paweł
    Co by tam nie mówić o wysypach lub niedosypach grzybów to i tak najważniejszy jest nasz osobisty pojaw w tych lasach… ;-))
    Spokojnych, zdrowych, i mimo wszystko wesołych świąt !!!

    • Paweł Lenart //01 Sty 2021

      To najważniejsze Krzysiek. Nasz osobisty pojaw w lasach bez względu na stan jego zagrzybienia. 😉
      Życzę Ci zdrowia, wszelkiej pomyślności i ogromnej grzybności w 2021 roku.
      Pozdrawiam serdecznie! 😉