facebooktwitteryoutube
Aktualności - 12 Gru, 2016
- brak komentarzy
Podsumowanie sezonu grzybowego w gminie Międzybórz. Część 2: WRZESIEŃ-LISTOPAD 2016.

WRZESIEŃ

Druga i ostatnia część, mojego subiektywnego podsumowania sezonu grzybowego w gminie Międzybórz w 2016 roku, obejmuje miesiące wrzesień-listopad. Kiedy rozpoczyna się wrzesień, grzybiarze z całej Polski, znacznie częściej niż zwykle, zaczynają śledzić portale grzybowe i szukają informacji o tym gdzie, co i w jakiej ilości rośnie. Nie jest to przypadkowe. Podczas normalnego przebiegu pogody, meteorologiczna jesień, daje nam wstęp do największego w roku festiwalu grzybów. Temperatury, po lipcowo-sierpniowych upałach stają się znośniejsze, noce są chłodniejsze, dzięki czemu pojawiają się mgły, zamglenia i rosa. Te i wiele innych czynników, dają impuls do wielkiego wysypu najprzeróżniejszych gatunków grzybów.

Kluczowym czynnikiem są opady. Temperatury we wrześniu raczej są sprzyjające dla grzybów, ale jak nie ma wystarczającej ilości wilgoci to wzrost grzybów jest mocno zahamowany lub nawet całkowicie „sparaliżowany”. Kiedyś, niektórzy starzy grzybiarze, mówili mi, że po połowie września (a już najpewniej na kopanie ziemniaków), grzyby są zawsze i do lasu można jechać w ciemno. Nie potwierdza to moich obserwacji, a doskonałym tego przykładem jest wrzesień 2016 roku. Aura chyba wysłuchała „ogólnych żądań ludu”, psioczącego na bezpłciowy w większości pogodowo sierpień i postanowiła uraczyć nas latem we wrześniu. Ponad połowa września zapisała się z bardzo dużą ilością gorących i suchych dni ze znikomą ilością opadów.

Jedni się cieszyli, inni zagryzali zęby ze złości. Do tej drugiej nacji należeli oczywiście grzybiarze. Wszyscy doskonale pamiętali niewypał w 2015 roku i obawiali się, że czeka nas powtórka z „rozrywki”. Podczas niektórych weekendów, przetaczały się jakieś fronty z opadami deszczu, które dawały sporadyczne i minimalne symptomy optymizmu. Powrót słonecznej i suchej pogody ponownie dobijał ten optymizm. Na początku września las był bardzo wysuszony. Niewielkie opady, które zwilżyły nieco skraje lasów, pozwoliły tylko na bardzo punktowe wyskoki czubajek kani. Trawa w wielu miejscach przypominała siano. Nieprzyjemnie to wyglądało.

Grzyby próbowały wykorzystać wszelkie zakamarki ze szczątkową ilością wilgoci, aby wykluć chociaż kilku przedstawicieli swojego gatunku. Szansa była na to jednak zbyt mała ponieważ tak wysuszona ściółka i grzybnia nie jest w stanie wygenerować wzrostu owocników. Nawet tęgoskóra ciężko było znaleźć lub pospolicie rosnącą dzieżkę pomarańczową. Podobnie – jak to miało miejsce we wrześniu 2015 roku – całe połacie lasów były bez jakichkolwiek grzybów. Prognozy pogody, cały czas były niepomyślne. Chociaż po połowie miesiąca, zaczęło się ochładzać, to większych opadów deszczu na horyzoncie nie było widać.

W końcu, nastąpiło tak duże bezgrzybie, że dolnośląscy grzybiarze, zaczęli tracić nadzieję na jakikolwiek wysyp grzybów w tym roku. Nieco grzybów było właściwie tylko w terenach górskich (Kotlina Kłodzka i okolice). Ale i tam bez znajomości dobrych miejsc, można było wrócić z pustym koszem. Chodząc po lasach Wzgórz Twardogórskich we wrześniu, biłem się z myślami, czy wreszcie nastąpi jakaś zmiana pogody, czy rzeczywiście jesienny sezon grzybowy, można całkowicie spisać na straty. Dobijający był fakt, że wrzesień 2016 roku zaczął być gorszy od także kiepskiego września roku 2015.

W zeszłym roku po połowie miesiąca września, nastąpił całkiem przyzwoity wysyp czubajek kani. Trwał on około półtora tygodnia. Pod koniec miesiąca, punktowo sypnęło podgrzybkami, ale i nawet prawdziwki się trafiały. W tym roku, poza kilkoma kaniami na początku września, parką koźlarzy pomarańczowożółtych, siedzuniem sosnowym i kilkoma, robaczywymi maślakami, nie znalazłem nic. Wrześniowy las nabierał jesiennych rumieńców i kolorów, ale był jakiś taki dziwnie pusty, nieco inny, niż zwykle. Za dużo w ostatnich latach, dolnośląskie lasy, ucierpiały na skutek niedoboru opadów. Niestety, nie było widać końca tej patowej i niekorzystnej sytuacji.

Pozostawało robić zdjęcia, oglądać las z każdej strony, ładować się nim duchowo i wyszukiwać jakiekolwiek grzyby dla celów poznawczo-fotograficznych. Pora roku wskazywała, że grzyby za wszelką cenę chcą rosnąć, nawet kosztem szybkiego zwiędnięcia. Spotykałem kępki maślanek wiązkowych, które, zanim zdążyły urosnąć to już usychały. Jakiś odważny muchomor czerwony też się trafił. Chodzenie po ściółce i zagajnikach też było inne. Takie chrupiące, trzeszczące, nienaturalnie twarde i spękane. Gdy kończył się wrzesień, jeszcze nie dowierzałem, że sytuacja może się zmienić na korzyść.

Paradoksalnie sytuacja wyglądała w miejscach podgrzybkowych. Szybciej można było znaleźć głaz narzutowy niż jakiegokolwiek grzyba. W połowie września przeszły deszcze, które mogły dać podwaliny na jakiś zalążek wysypu. Pojechałem do lasu tydzień po tych deszczach. Nieliczne muchomory, olszówki i inne grzyby nieśmiało wychodziły z nadal przesuszonej ściółki. Jednak ponowna przewaga suchej i ciepłej pogody, nie dawała nadziei na rozwój lepszej grzybowo sytuacji. Robiło się coraz bardziej niepokojąco i nerwowo. Grzybiarze, pomału zaczęli się oswajać z myślą, że Dolny Śląsk drugi rok z rzędu, będzie bez jesiennego wysypu grzybów.

Kiedy przyszedł koniec września, zacząłem przeglądać swoje 29-letnie zapiski, notatki, analizy, itp. Dotarło do mnie, że właśnie zakończył się najgorszy grzybowo wrzesień w mojej historii. Od 1988 roku nie zaliczyłem tak kiepskiego września. Nawet te z lat 2003 i 2009 były nieco lepsze. Pomyślałem sobie, że „nieszczęścia” chodzą parami. Skoro trafił się najgorszy wrzesień to czas na najgorszy październik. Trudno, trzeba żyć dalej. Las z grzybami czy bez grzybów to i tak Świątynia i uczta dla duszy. Zatem dam radę. ;)) Trochę szkoda, że tak się ułożyło. Nic nie poradzę. W przyszłym roku będzie lepiej.

Planowałem już oficjalne zakończenie sezonu, gdzieś po 20 października. W zeszłym roku, stało się to 24 października, gdzie w pełni babiego lata i przewadze suchej pogody, było już wiadomo, że można odtrąbić pogrzeb sezonu grzybowego. Później, listopad dosyć mile zaskoczył, pojawiającymi się tu i ówdzie grzybami, jednak do wysypu z prawdziwego zdarzenia były lata świetlne. Był tylko jeden impuls, który spowodował u mnie nieprawdopodobne zamieszanie względem sytuacji grzybowej w tym roku. Tym impulsem były odsłony modeli numerycznych. O mało nie wcisnęło mnie w krzesło, jak je zobaczyłem. Duże ochłodzenie i deszcze, deszcze i jeszcze raz deszcze.

Nie mogłem w to uwierzyć. Prognozowane sumy opadów nad dolnośląskimi lasami także pozytywnie „porażały”. Do połowy miesiąca miało spaść średnio 50-70, a miejscami i 80-90 litrów wody na metr kwadratowy. Toż to sumy, których nie powstydziłby się najbardziej deszczowy miesiąc w roku, czyli lipiec. Czy to możliwe? Czy to nie jakieś oderwane od rzeczywistości błędy na serwerach, analizach i algorytmach? Ależ skąd. To jest możliwe, tylko czy tak będzie? Z wielkim niedowierzaniem i błyskiem w oku, śledziłem non stop prognozy. Wybiła północ i rozpoczął się październik…

PAŹDZIERNIK

Pierwsze dni października w mgnieniu oka, „przekształciły”, przedłużającą się letnią posuchę i wysokie temperatury, w chłodny i jesienny monsun. Zaczęło padać i to jak! ;)) Lało godzinami. Raz mocniej, raz mniej. Ważne, że długo, systematycznie, upierdliwie i monotonnie. ;)) Deszcze z połowy września już trochę przyczyniły się do pobudzenia miliardów strzępek grzybni. Natomiast październikowy monsun był jednym, wielkim kopem i bombą do wzrostu owocników. Pogoda „powiedziała” grzybom: „Wygrzałam wam podłoże we wrześniu mocno i długo. Teraz czas na ochłodę i porządną popijawę”. ;)) Grzyby, „odpowiedziały” tylko jednym słowem: „Nareszcie”! ;))

Najbardziej niecierpliwe były maślaki. Zaczęły masowo pojawiać się w młodnikach sosnowych, po skrajach zagajników, na piachach w sosnach i na żwirowniach. Inne gatunki grzybów, nie chciały pozostać w tyle. Poza coraz liczniejszymi gatunkami niejadalnymi i trującymi, do boju ruszyły kanie. Najpierw pojawiły się długie, smukłe główki na jeszcze dłuższych trzonkach, aby w końcu rozpierzchnąć swoje wielkie kapelusze i pokazać wszystkim gatunkom grzybów, kto góruje i rządzi na polach i łąkach. ;))

Monsun nadal robił swoje. Szczelnie zasnuł niebo grubą warstwą ołowianych chmur i wylewał hektolitry cennej deszczówki. Nagle, do grzybiarzy zaczęły dochodzić pierwsze sygnały, świadczące o najbardziej oczekiwanym „zjawisku” jesieni. Monsun pobudził króla! ;)) Zaczęły pojawiać się prawdziwki. Nie powiem, jakie emocje towarzyszyły tej informacji, bo każdy grzybiarz doskonale o tym wie. To, co jeszcze na koniec września, wydawało się „kosmosem”, właśnie się zaczyna. Biorąc pod uwagę intensywność opadów i fenomenalną wilgotność lasu, można spodziewać się, że król grzybów ze swoją drużyną, da obfite zbiory.

No i rozpętało się grzybowe szaleństwo. Po najgorszym wrześniu w mojej historii, przyszedł najlepszy październik. Grzyby zaczęły „wariować”. Puste we wrześniu bory i zagajniki, zrobiły się tak tłoczne, jak ulica Świdnicka we Wrocławiu. Grzybowy świat eksplodował. „Wypełzły” niczym mityczne węże na każde miejsce. Zaczęły jesienny festiwal, zwany wysypem, a naukowo – pojawem. Z każdym dniem przybywała ilość gatunków. Rozpanoszyły się w lesie, poza nim, na łąkach, polach, w rowach, na miedzach, żwirowniach, na skrajach lasów, w młodnikach, przecinkach, zrębach. Wszędzie, dosłownie wszędzie było widać jakieś gatunki grzybów. To także jedne z tych widoków, których nie sposób opisać. ;))

Z jadalnych gatunków, celem numer jeden był u mnie oczywiście król. Dopóki on rośnie, to inne gatunki zbieram raczej tylko przy okazji. Nie w każdym roku mamy do czynienia z takim wysypem prawdziwków. Dlatego trzeba było to wykorzystać. Kilka wypadów do październikowego lasu dało mi nieprzeciętne zbiory najszlachetniejszego przedstawiciela arystokracji grzybowej. Nie w każdym roku także, jest tak zdrowy wysyp. Statystycznie jeden na 40-50 sztuk był robaczywy. Bywały takie lata i wysypy, że było dokładnie na odwrót… ;)) W połowie miesiąca prawdziwki były już na pełnym „rzucie”. Najdorodniejsze, najgrubsze i najtwardsze. Pierwszorzędnej jakości konsumpcyjnej, fotograficznej, estetycznej i optycznej. ;))

Z doświadczeń lat poprzednich, zauważyłem, że najbardziej intensywny wysyp prawdziwków trwa do trzech tygodni. Tak było i tym razem, ale wygaszanie wysypu mile się wydłużało prawie do połowy listopada. Natomiast okres od około 5-8 października do końca miesiąca października to było eldorado i wielkie święto grzybiarzy. Prawdziwki, znajdowałem w stałych, znanych mi od lat miejscówkach, ale pojawiły się też one na stanowiskach, w których do tej pory ich nie było.

Odkryłem też kilka nowych miejsc, przy czym jedno, kompletnie mnie zaskoczyło. Takie niepozorne i niewygodne do chodzenia z uwagi na dużą ilość krzaków jeżyn. Jak tam zajrzałem to oczy przecierałem ze zdumienia. Wyciąłem z tego miejsca ponad 40 borowików. Zauważyłem też po raz kolejny, jak król potrafi się nieprawdopodobnie maskować. Czasami widać tylko jakąś dziesiątą część kapelusza, na którym dodatkowo leży jesienny liść. Wszystko ukryte jest w grubej warstwie ściółki. Jak schyliłem się, żeby wyjąć owocnik, poczułem, że obok też coś rośnie. Delikatnie rozgarnąłem ściółkę, a tam było schowanych 12 dorodnych prawdziwków. Prawdziwki to grzyby nieprzewidywalne, wyjątkowe i w pełni zasługujące na grzybowy tytuł królewski. ;))

W październiku, odwiedziłem też Bory Dolnośląskie w okolicach Ławszowy razem z bardzo miłym małżeństwem – Sylwią i Andrzejem. Pomimo ogromnej liczby grzybiarzy, nieco pokręconym początkiem grzybobrania i wielką ilością śladów cięcia grzybów, wróciliśmy z grzybobrania zadowoleni ze sporą ilością pięknych, jesiennych grzybów. Same Bory jak zwykle „rzuciły” na mnie swoją hipnozę, która nakazuje i rozkazuje powrócić w tamte tereny. W przyszłym roku planuję pojechać tam już w maju. Prawdziwkowi królowie uwielbiają się maskować w Borach, a w szczególności we wrzosowiskach. Cóż mogę jeszcze napisać o tych terenach? Sztampowo i bez rozwlekania, ale prawdziwie. Bory to KULT i MEKKA grzybiarzy. ;))

W grzybowym „amoku” i w bardzo wilgotnych warunkach, tylko jednego nie mogłem w pełni zrealizować w mojej pasji. Ilość zdjęć. Podczas kilku stricte prawdziwkowych grzybobrań, zrobiłem dosłownie garstkę fotek. Wynikało to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, chciałem odwiedzić możliwie dużą ilość miejsc na borowiki, które są nieraz oddalone od siebie o kilka kilometrów. Tutaj czas jest bardzo ważny. Robienie zdjęć, skutecznie go „konsumuje”. Po drugie – przewaga bardzo mokrej pogody i częsty deszcz, mogłyby źle wpłynąć na sprzęt. Dlatego z kilku wycieczek, mam tylko trochę zdjęć z finalnym efektem zbiorów.

Po połowie października, poza prawie wszystkimi gatunkami grzybów, jakie znajduję na jesieni, coraz liczniej zaczęły pojawiać się podgrzybki. Wysyp podgrzybków to kwintesencja jesieni. To też najlepszy czas dla grzybiarzy „dywanowych”, którzy lubią wygodnie chodzić po starych, sosnowych lasach i wyciągać czarne łebki ze ściółki. Wokół szos, widać było mnóstwo zaparkowanych samochodów i dziesiątki grzybiarzy, z pozycją „głowa do dołu”. ;)) Ja nadal uganiałem się za prawdziwkami, z daleka od szos i ludzi. Setki maślaków, kani nie zbierałem, bo nie miałem do czego. I tak już miało być do końca miesiąca. Zagrzybiałego na maksa, arcy-różnorodnego i fenomenalnego.

W październiku były też śmieszne i emocjonujące wydarzenia za sprawą moich dwóch znajomych – Krzyśka i Janusza, którzy o mało co nie przejechali stacji. Szczegółowo opisałem to w relacji z dnia 29 października. Podsumowując październik 2016 pod kątem grzybowym w gminie Międzybórz, należy stwierdzić, że, po pierwsze – był to fenomenalny miesiąc grzybowy, po drugie – przyszedł po fenomenalnie kiepskim wrześniu i uzmysłowił grzybiarzom, jak w ciągu zaledwie kilku dni, sytuacja może się odwrócić o 180 stopni na korzyść, po trzecie – nie mam nic przeciw temu, aby każdy październik był grzybowo podobny do minionego. ;))

LISTOPAD

Początek listopada był w gminie Międzybórz kontynuacją grzybowego szaleństwa, chociaż prawdziwków było już zdecydowanie mniej. Za to podgrzybki, kanie, maślaki, opieńki, miejscami zielonki i koźlarze o brązowych odmianach kapeluszy rosły w najlepsze. Tak naprawdę to obfite zbiory trwały co najmniej do Święta Niepodległości. Zaczął się też wysyp gatunków późnojesiennych grzybów, przede wszystkim wszelkich gąsek, gąsówek, mleczajów i wielu, wielu innych. Grzyby rosły pomimo przejścia już kilku przymrozkowych nocy. Działo się tak  dlatego, że przymrozki były niewielkie, na poziomie -2/-4 stopni C przy gruncie na otwartej przestrzeni. W lesie zawsze jest trochę cieplej.

Dopiero przymrozki, które wystąpiły w okolicach drugiego weekendu listopada (12, 13 listopada) były na tyle silne (miejscami -6 stopni C), że na dobre „weszły” do lasu i mocno przymroziły rosnące jeszcze obficie grzyby. Dla mnie to był sygnał i znak, że koniec fantastycznego sezonu, zbliża się coraz szybciej. W dniu 13 listopada postanowiłem oficjalnie zakończyć sezon grzybowy 2016, jak i cały cykl Tour de Las & Grzyb 2016. W tym dniu, miałem też niebywała i niezwykłą okazję porozmawiać z królem grzybów – borowikiem szlachetnym (po łacinie Boletusem edulisem). ;)) Moja długa konwersacja z Jego Wysokością, została szczegółowo opisana w dwóch częściach. ;))

W listopadzie pogoda była mocno zmienna – od solidnych przymrozków po całkiem przyzwoite ocieplenia. Niektórzy grzybiarze do końca miesiąca chodzili po lasach i zbierali jeszcze grzyby, często z niezłym rezultatem. Grzybowa maszyna wysypowa, uruchomiona w październiku, pędziła i toczyła się pomimo coraz bardziej niesprzyjających warunków. Grzyby były żądne tego wysypu, którego – z uwagi na kiepskie warunki pogodowe – nie mogły wypracować rok wcześniej. Pod koniec listopada miałem jeszcze telefoniczne informacje od miejscowych ludzi, że trwa wysyp wodnichy późnej, gąsek ziemistoblaszkowych i – miejscami – boczniaków ostrygowatych. Nie zdecydowałem się jednak na ich zbiór ponieważ wcześniejsze zbiory, zapełniły spiżarnię obficie i wystarczająco.

I nawet teraz, 12 grudnia, kiedy ostatecznie podsumowałem ten sezon, jeszcze napływają nieliczne informacje z lasu o znalezieniu przeoczonych podgrzybków, gąsek, wodnich późnych oraz o pojawieniu się asortymentu typowo zimowego, pod postacią np. płomiennicy zimowej lub uszaków bzowych. Grzybowo, rok okazał się wspaniały i można rzec, że nastąpiło wielkie odkucie się dolnośląskich grzybiarzy po pechowym 2015 roku. Czasami myślę, że to był sen, ale jak spojrzę na zdjęcia czy spiżarnię, wiem, że to rzeczywistość w 100-tu procentach. Namacalna i na jawie ;))

Tradycyjnie, miałem problem, jakie załączyć fotki do drugiej części podsumowania. Wybrałem 100 zdjęć – najbardziej – moim zdaniem, obrazujących czar grzybowej jesieni w gminie Międzybórz w 2016 roku, chociaż początek złotej odmiany pory roku, nie zapowiadał tak pięknego scenariusza. Przed nami kilka zimowych miesięcy, które upłyną bardzo szybko. Zanim na dobre się rozejrzymy, nastanie wiosna 2017 roku i rozpocznie się od nowa śledzenie pogody, portali grzybowych, wymiana informacji i planowanie wycieczek. Pozostaje pytanie – czym nas zaskoczy las w przyszłym roku? Myślę, że tym, co zawsze. Swoją nieprzewidywalnością i fenomenem. ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz