facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 14 Gru, 2020
- brak komentarzy
Podsumowanie sezonu grzybowego w gminie Międzybórz. Część 1: CZERWIEC-SIERPIEŃ 2020.

Podsumowanie sezonu grzybowego w gminie Międzybórz.

Część 1: CZERWIEC-SIERPIEŃ 2020.

Jak co roku, gdy krok po roku słychać głos Nowego Roku, nadszedł czas podsumowania sezonu grzybowego w gminie Międzybórz. Sezon 2020 przechodzi do mojej historii grzybowego hobby jako niezwykły z kilku powodów. Przede wszystkim zaczął się nietypowo późno, bo dopiero pod koniec pierwszego tygodnia czerwca, a nie na początku maja, chociaż oficjalny start Tour De Las & Grzyb nastąpił po 20 maja, ale w Borach Dolnośląskich. Czyli samo złamanie reguły, która rządzi sezonami i polega na rozpoczynaniu go w Bukowinie Sycowskiej, kiedy na stacji PKP zakwitają bzy, stanowi pierwszą przesłankę jego niezwykłości, czy też złamania zasady bukowińskiego status quo.

Długo zastanawiałem się, jak opisać ten sezon, w którym – poza terenami Wzgórz Twardogórskich – za grzybami włóczyłem się przede wszystkim po Borach Dolnośląskich. Ostatecznie postanowiłem zrobić to w następujący sposób. Pierwsza część podsumowania obejmuje miesiące czerwiec-sierpień w gminie Międzybórz. Druga część, obejmująca miesiące wrzesień – listopad, także scharakteryzuje przebieg sezonu w gminie Międzybórz. Natomiast w trzeciej, specjalnej części postaram się przybliżyć sezon grzybowy w Borach Dolnośląskich.

♦ CZERWIEC ♦

A zatem jedziemy! ;)) Miesiąc czerwiec dał grzybiarzom ogromną nadzieję na wczesny wysyp grzybów w lasach Wzgórz Twardogórskich z uwagi na nieprzeciętne opady, których nie notowano tu od wielu, wielu lat. Ani mokry czerwiec 2013 roku, ani jeszcze bardziej wilgotny w 2009 roku nie mogą się równać z chluśnięciem czerwca w 2020 roku pod kątem opadów.

Wystarczy popatrzeć na mapy IMGW podsumowujące ilość opadów w miesiącu czerwcu 2020 i ich anomalię w stosunku do przyjętej normy 1981-2010. Był to najbardziej mokry czerwiec w historii pomiarów, co najmniej od 1950 roku. Paradoksalnie – czerwiec 2019 okazał się jednym z najbardziej suchych w historii i najcieplejszy.

Już maj 2020 roku był raczej chłodny i bardziej deszczowy niż zwykle, co niezmiernie cieszyło żądne grzybów serca grzybiarzy, ponieważ zaczęły one oddalać widmo suszy, która na wiosnę przybrała na sile.

Jednak mało kto, a właściwie nikt nie spodziewał się, że korzystny układ pogodowo-baryczny przyniesie w czerwcu “monsun letni”, czyli deszcze świętojańskie. Pamiętam, jak 1 czerwca był we Wrocławiu ciepły i bezchmurny. To był jeden z najbardziej pogodnych dni w czerwcu. Podobnych było niewiele.

Opady przechodziły nad Wzgórzami Twardogórskimi etapami, czy też falami. Po przejściu jednej, następował okres stabilniejszej pogody, po czym, za kilka dni, przychodziła następna fala opadów.

Podczas gdy nad wschodnie dzielnice Polski napływało ciepłe, wilgotne i bardzo niestabilne powietrze z południa, dzięki któremu wypiętrzały się tam i kotłowały potężne chmury burzowe, na zachodzie było spokojniej i chłodniej, ale tu dominowały opady wieloskalowe, trwające czasami po kilkanaście godzin.

W wielu miejscach Dolnego Śląska zostały pobite rekordy opadów dla czerwca, a na głównych rzekach ukształtowały się fale powodziowe, które na szczęście nie okazały się tak groźne, jak w latach 1997 czy 2010.

Konsekwencją wielkich opadów były liczne podtopienia, ale zauważyłem, że dolnośląskie ziemie po wielu suchych sezonach, chłeptały wodę jak wielbłąd na pustyni.

BUKOWINA SPUŚCIŁA MI LANIE 😀

Kiedy w pierwszą niedzielę czerwca pojechałem do Bukowiny, wiedziałem, że zapowiadane są dość obfite opady deszczu, ale symulacje wskazywały, że będą one jedynie zahaczać o Bukowinę, a być może przejdą bokiem. Prognozy były niepewne, ale nic mnie nie mogło powstrzymać. Po prostu musiałem pojechać do lasu.

Początek wycieczki to było pewnego rodzaju przekomarzanie się opadów ze mną. Zaczynało padać, krople deszczu zwiększały swoją objętość, aż do generowania bąbelków na kałużach, po czym ustawały. Ja wypatrywałem pierwszych grzybów i sprawdzałem, jak wygląda postęp w rozwoju jagód.

Po około dwóch godzinach chodzenia po skrajach lasów i niewielkiego zapuszczania się głębiej w leśne czeluści, postanowiłem wpełznąć z dala od pól i łąk. Było pochmurno, ale zauważyłem, że chmury gęstnieją, robi się ciemniej i ogólnie dało się wyczuć, że “coś” wisi w powietrzu. I wtedy nadeszła “kara”.

Kara za złamanie reguły rozpoczęcia sezonu w Bukowinie😉 Przez około 70 minut trwała nie ulewa, a bukowińskie oberwanie chmury, wobec którego mój płaszcz przeciwdeszczowy okazał się bardziej niż deszczowy, a jedyne rzeczy, które mi nie zmokły to portfel z dokumentami i telefon komórkowy, które zawinąłem w trzy reklamówki.

Lecz “po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój” i życie stało się jeszcze piękniejsze. Zmoknięty jak tysiąc kur, z rozczłapanymi butami, szedłem środkiem leśnych ścieżek, z premedytacją depcząc po najgłębszych kałużach. Obudziło się we mnie dziecko, które uwielbia biegać po kałużach.

Cieszyłem się wraz z lasami, które piły wodę i radośnie kołysały kompletnie zlanymi koronami. Ich kora przybrała ciemniejszą od wody barwę, a niektóre drzewa były praktycznie ze wszystkich stron całkowicie mokre, co rzadko można zaobserwować. Nie pamiętam rozpoczęcia sezonu grzybowego w Bukowinie z taką pompą! ;))

JAGODY

Chłodniejsze i przede wszystkim bardzo deszczowe warunki nie pozwoliły mi na szybsze rozpoczęcie zbioru jagód, ale i same owoce zaczęły masowo dojrzewać dopiero po 20-24 czerwca. Pod koniec miesiąca udało mi się wybrać na ich zbiór, jednak dobę wcześniej bardzo mocno padało, co spowodowało, że jagody były bardzo mokre.

Owoce, pomimo zmiany barw z wiosennych na letnie, były jeszcze mocno kwaśne, ale ich zapach i tak kumulował w sobie kwintesencję czerwcowego lasu. Pierwsze jagody, choćby najkwaśniejsze, zawsze smakują wybornie, natomiast pierogi z jagodami to już niebo w gębie. ;))

W POGODOWYCH OKIENKACH

Kiedy zza ołowianych chmur wychodziło Słońce, a błękit nieba mościł się na lasami, uwodnione pola i łąki oraz namoczone solidnie lasy wydobywały z siebie anielskie zapachy. Jakże fantastycznie jest oglądać tak jędrną, soczystą zieleń, a nie wysychające badyle, jak to w ostatnich latach często bywało!

Korzystałem z pogodowych okienek, łapałem w obiektyw przyrodę i poszukiwałem grzybów, ponieważ warunki na grzyby stały się rewelacyjne. Zacząłem odwiedzać moje najlepsze miejscówki, żeby sprawdzić, czy szykuje się pierwszy od wielu lat, wczesny wysyp grzybów.

Wilgotna ściółka rozpaliła grzybową nadzieję. Myślami przywoływałem koźlarze, prawdziwki, a nawet podgrzybki, bo przecież bywały czerwce i lipce, w których zbierało się je gęsto i często.

KURKI REAKTYWACJA

Jednak grzybnia grzybów rurkowych nie dała się przekupić wielkim masom deszczówki, która spadała na ściółkę. Była bardzo powściągliwa w pokazywaniu swoich owocników. Jedynie grzybnia pieprzników jadalnych, czyli aromatycznych, przepysznych kurek, postanowiła przyozdobić leśne runo.

Po dwóch latach nieobecności w bukowińskich lasach, kurki obficie pokazały swoją żółtą moc. W sprawdzonych miejscówkach, obficie darzyły grzybiarzy, a ja, podczas ich zbioru i fotografowaniu, myślami tłukłem jajka na patelni, aby je schrupać w jajecznicy. ;))

Nastąpiła reaktywacja i rehabilitacja tego gatunku, który nawet podczas super wysypu grzybów podczas jesieni 2019 roku był w runie nieobecny. Deszcze świętojańskie 2020 wygoniły je ze ściółki, a większość z nich to były rasowe, tłuste i przepiękne brojlery. ;))

Z gatunków rurkowych, najodważniejsze okazały się koźlarze, przy czym jako pierwsze, zaczęły się wykluwać koźlarze pomarańczowo-żółte i grabowe, a wraz z nimi, w grzybowe tany poszły koźlarze czerwone.

24 czerwca wraz z Andrzejem wybrałem się do Bukowiny, aby prześwietlić lasy pod kątem występowania koźlarzy pomarańczowo-żółtych, ponieważ była szansa na to, że przez wiele godzin uda nam się odwiedzić sporo miejscówek i nazbierać krawców.

Po przejściu pierwszych kozakowych stanowisk i spędzeniu w lesie około 1,5 godziny, mieliśmy w koszach po kilka sztuk okazałych koźlarzy i… na tym nasza wycieczka zakończyła się. Front, który wkroczył nad Bukowinę przeobraził las w prysznic. Zanim wróciliśmy do samochodu, zmokliśmy kompletnie. ;))

Przez jakichś czas posiedzieliśmy w samochodzie, licząc, że opady ustaną, ale deszcz tylko wzmocnił swoje natężenie. W kompletnej ulewie wróciliśmy do Wrocławia, a obfite opady trwały jeszcze przez kilka godzin. Tym samym, po raz drugi zostałem całkowicie zlany przez złamanie rytuału początku sezonu. 😉

Poza tym, w lasach zaczęły pojawiać się inne gatunki grzybów, w tym coraz bardziej popularne muchomory czerwieniejące, których ja nie zbieram. Jest to gatunek smaczny, ale niezwykle chętnie opanowywany przez robaki, a zwłaszcza w ciepłej porze roku. Pozostawiam je w lesie, a “zbieram” wyłącznie do obiektywu.

Podsumowując grzybowo miesiąc czerwiec 2020 roku w gminie Międzybórz należy stwierdzić, że wyjątkowo obfite opady (miejscami rekordowe w historii pomiarów), znacznie podsyciły myśli grzybiarzy o pierwszym wysypie grzybów rurkowych. Ten jednak nie nastąpił, natomiast po 2 latach nieobecności w ściółce, obficie sypnęło kurkami, a z rurkowców można było znaleźć pierwsze koźlarze pomarańczowo-żółte, grabowe i czerwone. Jagody zaczęły się nieco później, bo w ostatnim tygodniu czerwca. Najważniejsze jednak jest to, że deszcze świętojańskie oddaliły widmo wielkiej suszy, której zalążki wystąpiły na wiosnę, zwłaszcza w marcu i kwietniu. Las dojrzał do przeobrażenia się w majestat i przepych leśnego baroku…

♦ LIPIEC ♦

Lipiec zawsze jest magiczny. Nieważne, czy suchy i ciepły lub wilgotny, chłodniejszy i pochmurny. To miesiąc kwintesencji lata, krótkiego na naszych szerokościach geograficznych. Niby trwa 1/4 roku, czyli tyle, ile każda z pozostałych pór roku, a czas jakby szybciej w nim płynął, niż np. podczas zimy. Po wspaniałych, czerwcowych opadach, otworzyła się szansa na pierwszy, masowy wysyp grzybów rurkowych na Wzgórzach Twardogórskich, jakiego nie było od bardzo dawna. 

Lipiec zdecydowanie wykazał tendencję do wyhamowania deszczów świętojańskich, chociaż według statystyk, jego lipcowa odsłona powinna także mieć miejsce. Jednak w tym roku tak się nie stało i lipiec zapisał się na Wzgórzach Twardogórskich jako suchy, ponieważ spadła zaledwie połowa opadów normy trzydziestoletniej, przyjętej dla tego miesiąca.

Zrobiło się też ciepło, ale na szczęście nie nadeszła jakaś długa i męcząca fala upałów. Jednak kolejne odsłony prognoz pogody nie pozostawiały wątpliwości, że będzie to miesiąc skąpy w opady.

Kilka bardziej wydajnych opadowo frontów prześliznęło się przez południowe dzielnice Dolnego Śląska, a im dalej na północ, tym mniejsze opady notowano, a miejscami w ogóle nie padało.

Słabo też było z burzami, które w lipcu powinny przetaczać się nad Polską. Ich największa aktywność, podobnie jak w czerwcu, notowana była na wschodzie i południu kraju, ale też nie wszędzie, raczej bardziej lokalnie i punktowo. Czasami bukowińskie lasy też zostały podlane, co zmniejszało szansę na gwałtowne przesuszenie ściółki leśnej.

Więcej opadów notowano też w dzielnicach północnych, miejscami osiągnęły one normę, a nawet lekko ją przekroczyły, co z kolei ucieszyło pomorskich grzybiarzy. Na przeciwnym biegunie radości byli wczasowicze, którzy wolą gorącą i pogodną aurę.

W ostatnich dwóch latach na Wzgórzach Twardogórskich i w gminie Międzybórz mieliśmy suche lipce, a przecież miesiąc ten należy do jednego z najbardziej wilgotnych w całym roku. Ostatni, wilgotny lipiec wystąpił w 2018 roku, a bardzo wilgotny w roku 2017.

A zatem największe prawdopodobieństwo lipcowego wysypu grzybów zaistniało w pierwszej połowie miesiąca – na bazie opadów czerwcowych, które były rewelacyjne i których moc, kilka razy odczułem na własnej skórze. ;))

W BAROKOWYM PRZEPYCHU

Lipiec przeobraził las w bajkę, a raczej bajkowy las przy pomocy, władzy, potęgi i mądrości przyrody tchnął w Leśną Świątynię magię i dostojeństwo. Obficie nawodnione pola, łąki i lasy uwolniły zieloną moc, tłamszoną w ostatnich latach przez niedobór opadów.

Karmiłem się tymi soczystymi widokami ile tylko mogłem. Pamiętam, jak sam do siebie w myślach mówiłem, że za pół roku będę w podsumowaniu sezonu wspominać te bezcenne chwile, kiedy doceniałem piękno i niezwykłość tego świata. 

Wtedy też wpadłem na pomysł, żeby napisać coś takiego, jak “Barok w lipcowej Bukowinie” ( https://www.lenartpawel.pl/barok-w-lipcowej-bukowinie.html ). Właściwie to postawiłem tylko kropkę nad “i”, ponieważ to sam las mnie zainspirował do napisania tego i wyłożył wszystkie artystyczne dzieła przede mną.

Trzeba było tylko otworzyć umysł, wyostrzyć zmysły i uwolnić duszę, aby ubrać całość w garnitur słów i zdań. Tak oto powstało przeciętne dzieło Lenarta o nieprzeciętnych terenach. ;))

Kilkunastogodzinne wyprawy lipcowe na jagody i po leśne przygody to najwspanialsze dla mnie momenty lata. Nie potrzebuję tłumów ludzi na plaży i leżaków z piwem, kukurydzą i chipsami. Moim żywiołem jest las i wszystko, co jest w jego pobliżu. ;))

Uwielbiam słuchać śpiewu ptaków i kumkania żab. Jednak wśród płazów, najbardziej tajemniczo i niezwykle śpiewa kumak nizinny. Jego głos pochodzi z najgłębszych zakamarków lasu. Jest krystalicznie czysty i przeszywający uszy tajemnicami leśnych istot.

W tym roku miałem zaszczyt usłyszeć jego śpiew nawet w miejscach, w których wcześniej nie słyszałem. To zapewne dzięki obfitym opadom w czerwcu, które utworzyły rozlewiska na polach i łąkach, czyli stworzyły dogodne warunki bytowania dla tajemniczego kumaka.

JAGODY

W lipcu jagody osiągnęły największą obfitość w ciągu całego sezonu. Zresztą tak jest właściwie co roku, chociaż bywały sezony, że to druga połowa czerwca jawiła się jako najobfitsza jagodowo.

Takie czerwcowe wyjątki jagodowe zdarzają się rzadko na tle lipcowej reguły obfitości jagodowej. Pomimo, że lipiec był suchy, jagody były bardzo soczyste i jędrne, a ich zbiór był przyjemny, o ile można pisać i mówić o jagodach w kategoriach “przyjemności” ich zbierania. ;))

Początkowo jagody były dość kwaśne, ale lipcowe Słońce, ciepłe dni i mniejsze opady spowodowały, że z dnia na dzień owoce stawały się słodsze, a najsmaczniejsze jagody zbierałem od połowy lipca.

I chociaż warunki pogodowe dla jagód były wyśmienite, to nie osiągały one jakichś wyjątkowych rozmiarów, jak to czasami bywało. Niemniej ich obfitość na krzaczkach była wielka, czyli można napisać, że jagody postawiły w tym sezonie na ilość, a nie na wielkość.

Zbiór jagód stanowi u mnie swoisty rytuał, taki, jaki przekazali mi grzybiarze z lat 90-tych. To trzeba lubić i być leśnym wariatem, bo kto normalny jedzie na 14-15 godzin do lasu, z czego 13 poświęca na skubanie jagód? ;))

Jednak ostateczny efekt pracy – ciężkiej, obarczonej zakwasami na drugi dzień we wszystkich zgięciach stawów i na kręgosłupie powoduje, że człowieka ponownie ciągnie do lasu. Radością jest też obdarowanie skarbami lasu najbliższych, bo przecież sam tego nie przejem. ;))

GRZYBY

Jak zareagowała grzybnia na hurtowe ilości opadów w czerwcu? Początek lipca był ciepły i pogodny, jednak w lesie było jeszcze bardzo wilgotno. Liczyłem, że może w tym roku będziemy mieć wczesny, masowy wysyp grzybów, bo przecież wystąpiły korzystne warunki, niespotykane od lat.

Czerwcowy wysyp kurek płynnie przeszedł na lipiec, ale im bliżej w kalendarzu było do połowy miesiąca, tym obfitość kurek zmniejszała się. Trzeba było korzystać z ich dobrodziejstwa na początku miesiąca.

Początek lipca był też najlepszym okresem do zbioru koźlarzy czerwonych, o których ostatecznie mogę napisać, że miały mały wysyp na przełomie czerwca/lipca, przy czym to pierwszy i drugi tydzień lipca był najobfitszy pod kątem ich występowania.

I tu pojawił się u mnie problem, kiedy o świcie przyjechałem do lasu. Głównym celem był zbiór jagód, ale jak mam je zbierać, skoro wiem, że rosną grzyby, i to nie byle jakie, bo kurki i koźlarze czerwone?

W takich sytuacjach i dylematach, natura grzybiarza podpowiada mi jedno – Paweł, pierdyknij te jagody i idź za grzybami. Jagody jeszcze będą, a grzyby zaraz mogą się skończyć. Trzeba było znaleźć jakichś kompromis.

A więc 1,5 godziny z rana przeznaczałem na grzyby, później do godz. 16-17 siedziałem na jagodach, a następnie robiłem przerwę i na ponad godzinę wyrywałem się za grzybami i żeby popstrykać zdjęcia, po czym ponownie wracałem dozbierać jagód.

Jestem przekonany, że gdybym cały dzień poświęcił wyłącznie na grzyby, mógłbym wrócić z lasu, z całym koszem koźlarzy, ale wybrałem jednak kompromis grzybowo-jagodowy, ponieważ druga część mojej natury grzybiarza nazywa się jagodziarz. ;))

Kozaczki, które znajdowałem były perfekcyjnie ukształtowane i wyglądały wspaniale, ale największą radość sprawiało mi znajdowanie ich wśród soczystej zieleni lipcowego lasu.

W nielicznych miejscach pojawiły się też borowiki usiatkowane, z których nieraz trafiałem na zdrowe owocniki, co jest ewenementem, ponieważ, prawie zawsze znajduję robaczywe usiatki, o czym już wiele razy pisałem.

Oprócz powyższych gatunków grzybów, można było też spotkać nieliczne koźlarze topolowe. Łudziłem się, że sypną one w większych ilościach, ale na punktowych wypryskach się skończyło.

W połowie lipca znajdowałem ostatnie, większe skupiska kurek. Wierzchnia warstwa ściółki szybko przesuszyła się, chociaż w jej głębszych warstwach, sytuacja z wilgocią była jeszcze dość przyzwoita.

Pojawiły się nieliczne koźlarze szare i babki, a także koźlarze pomarańczowo-żółte. Z tymi ostatnimi była ciekawa sprawa, ponieważ pod koniec czerwca wydawało się, że ich wysyp jest już właściwie przesądzony.

I wtedy jakaś niewidzialna “ręka” grzybowego rynku pomarańczowo-żółtego wstrzymała je. Wysyp nie nastąpił, skończyło się na pojedynczych krawcach na okaziciela. ;))

MASOWEGO WYSYPU NIE BYŁO

Czasami zastanawiam się, czy za bardzo nie żyję minionymi latami i wczesnymi wysypami grzybów na Wzgórzach Twardogórskich, z których kilka – zresztą bardzo obfitych, miałem przyjemność doświadczyć na własne oczy i kosze.

Co roku łudzę się, że może wreszcie nadszedł ten rok, w którym kosz podgrzybków lub prawdziwków w lipcu to będzie łatwa i przyjemna sprawa do nazbierania. Przecież kilka takich wysypów w życiu przeżyłem i dlaczego w którymś sezonie nie mógłby wystąpić podobny?

Jeżeli pogoda nie sprzyja grzybom, jest gorąco i sucho, to tematu nie ma, człowiek nie nakręca się i skupia na jagodach. Jednak gdy warunki pogodowe są optymalne (a takie wystąpiły w tym roku), pojawia się nadzieja i wielkie oczekiwanie na lipcowe zagrzybienie lasów gminy Międzybórz.

Pomimo tego, prawdziwki i podgrzybki nie zdecydowały się na wysyp i nie wykluły owocników. Może lipcowe wysypy na tych terenach, na zawsze przeszły już do historii? A może znowu zabrakło jakiegoś jednego czynnika, który odpaliłby masowe, lipcowe grzybnięcie?

Mówi i pisze się trudno. Było, minęło, ale i tak pierwsza połowa lipca sprawiła duża frajdę grzybiarzom, ponieważ kto chciał to mógł nazbierać przepięknych kurek i koźlarzy oraz podziwiać wiele innych gatunków grzybów, w tym egzotyczne i śmierdzące padliną okratki australijskie.

DRUGA POŁOWA LIPCA

Jeżeli ktoś przegapił późno-czerwcowy i początkowo-lipcowy wysyp kurek i koźlarzy czerwonych, tudzież pomarańczowo-żółtych, ten po połowie lipca, raczej nie miał już szansy na ich większy zbiór. Zrobiło się sucho, ciepło, a pozostałością po wilgotnym czerwcu były – obniżające z dnia na dzień poziom lustra wody – dość liczne rozlewiska na polach i łąkach.

Zboża powabnie kołysały się na wietrze, czasami niebo przybierało złowieszcze barwy zwiastujące burzę, jednak po jakimś czasie wychodziło Słońce i wszystko rozchodziło się po kościach.

W związku z coraz bardziej suchą ściółką i zanikaniem w niej grzybowego życia, wiadomo było, że lipcowego wysypu już nie będzie. Ciekawe, jaki będzie pod tym względem sezon 2021? Może to właśnie lipiec przyniesie deszcze świętojańskie, które ukształtują wczesny, masowy wysyp grzybów?

Nie można zapominać, że pomimo spadku grzybności w lasach gminy Międzybórz, w przyrodzie wciąż trwał barok, którego ogrom, rozmach i przepych osiągnęły najbardziej wykwintne formy, barwy i obrazy w ciągu całego roku.

Pod koniec lipca zakończyłem sezon jagodowy 2020, a jedną  z ostatnich, lipcowych wycieczek podzieliłem na połowę, czyli 50% czasu przeznaczyłem na jagody, a drugą połowę na włóczęgę, która naładowała mi akumulatory do pełnej objętości duszy. ;))

Gospodarka leśna tradycyjnie przeorganizowała mi kilka miejscówek, i to nawet nie tyle grzybowych, ile takich, w których po prostu dobrze się czuję i lubię w nich przebywać i włóczyć się. Nie ma się co martwić. Za 60-70 lat wszystko się odrodzi. ;))

Grzybów było coraz mniej, do zbioru pozostały pojedyncze kurki i koźlarze pomarańczowo-żółte (czerwone zanikły szybciej), ale większość z tej mniejszości była robaczywa. Czasami słyszę wśród grzybiarzy zdania, że koźlarze pomarańczowo-żółte są zdrowe jak ryba. Owszem, są.

Jednakże czasami są też bardzo robaczywe i to nawet młode owocniki, o czym przekonałem się wiele razy, chociaż znacznie częściej spotykam zdrowe grzyby tego gatunku. Ostatnie spojrzenie w lipcowy błękit nieba i mentalne przygotowywanie się na sierpień.

Wrzosy, jeszcze delikatne i złocisto-zielone, czekają na impuls, który zainicjuje ich kwitnięcie, rozpoczynając marsz ku jesieni. Las wydziela tysiące zapachów, wśród których najintensywniej czuć sosny. Można się zatracić i odurzyć tymi aromatami.

Wracam na stację do Bukowiny. Wiem, że to już koniec magicznego lipca, który był wspaniały. Cisza, spokój, człowiek w oddali od tego całego kociokwiku koronawirusowego. Bukowina Sycowska = antidotum na wszystko! ;))

Podsumowując grzybowo miesiąc lipiec 2020 roku w gminie Międzybórz, należy stwierdzić, że najwięcej grzybów można było znaleźć i nazbierać w pierwszej połowie miesiąca. Zdecydowane, grzybowe pierwszeństwo należało do kurek i koźlarzy czerwonych, a incydentalnie i okazjonalnie trafiały się borowiki usiatkowane, koźlarze pomarańczowo-żółte, szare, babki, grabowe oraz piaskowce modrzaki. Sezon jagodowy był bardzo udany i przyzwoity. Do lasu zapukał sierpień

♦ SIERPIEŃ ♦

Zakwitły sierpniowe wrzosy. Dzień, choć wciąż jest długi i gorący, wieczorem szybciej ustępuje nocy. Powolnie, ale systematycznie następują zmiany w przyrodzie. Już ptaków mniej śpiewa, a i poranna rosa bywa obfitsza, czasami z mgłą się pojedna i razem chłodzą rześkością letni poranek.

W ostatnich latach sierpień zazwyczaj był najbardziej ciepłym i suchym miesiącem lata. W tym roku, jedna z tych sierpniowych reguł została złamana. Otóż rzeczywiście był to najcieplejszy miesiąc lata, ale po raz pierwszy od kilku lat wykazał się on zwiększoną ilością opadów.

Już początek miesiąca przyniósł obfite opady, miejscami w akompaniamencie burz. Od razu pojawiły się wśród grzybiarzy głosy, że to w sierpniu nastąpi pierwszy, masowy, jeszcze letni wysyp grzybów.

Jednak tak się nie stało, chociaż mogło się wydawać, że rzeczywiście, tym razem, z opadów tych musi się ukształtować coś grzybniejszego. Kolejne opady jeszcze bardziej rozhulały wyobraźnię.

Niektóre fronty tylko zahaczały o gminę Międzybórz, przynosząc w jednych jej regionach obfite opady, a w innych mniejsze lub wręcz bardzo skąpe. Jeden z takich frontów nasunął się na Bukowinę i okolice w połowie miesiąca, tj. 15 sierpnia.

Wówczas wykombinowałem sobie wycieczkę do Twardogóry, ponieważ z symulacji wynikało, że to właśnie Twardogóra będzie najmniej obdarowana opadami z tego frontu. Postanowiłem lasami przejść do Bukowiny, ponieważ front miał się wycofać szybciej, zanim bym tam doszedł.

Jednak front wepchnął burzowe chmury nieco dalej i tym samym, po raz trzeci w tym sezonie zostałem kompletnie zlany. ;)) Pomimo, że miałem teraz lepsze zabezpieczenie przed deszczem, ten padał przez jakichś czas prawie poziomo i suche ostały się tylko: telefon, portfel i gacie. ;))

DLACZEGO W SIERPNIU NIE BYŁO WYSYPU GRZYBÓW?

Deszcze w normie, a nawet ponad, ciepłe noce, a grzybów brak. Co jest u licha? – pytali grzybiarze. Według mnie, odpowiedź zawiera się w jednym słowie. To temperatura. Dni chłodniejsze przeplatały się z upalnymi i gorącymi, podczas których było duszno i parno.

Grzyby nie lubią takiego kisielu. W 2014 roku miał miejsce wspaniały, letni wysyp grzybów pod koniec sierpnia, ale temperatury były znacznie stabilniejsze (niższe). W tym roku, co chwilę przychodziła duchota i spiekota. Wilgotność była dobra, ale jednocześnie było za gorąco. Grzyby mają w nosie, aby narażać swoje ciała na pieczenie żywcem.

Dlatego, pomimo wielkich nadziei związanych z opadami, wysypu grzybów nie było i generalnie z grzybami było słabo, nawet z tymi niejadalnymi, których często jest sporo w takich warunkach. Pozostawało włóczyć się po lasach i odwiedzać coraz to piękniejsze zakątki leśnego świata.

Po połowie sierpnia coraz więcej powodów do grzybowej radości mieli grzybiarze górscy, bo tam zarówno więcej padało, jak i temperatury były niższe, a niziny wciąż taplały się w bezgrzybiu. Pozostało już czekać na grzybową odsłonę jesieni z początkiem września.

Zanim nadszedł wrzesień, po 20 sierpnia przeszedłem lasami i polnymi zakamarkami z kolegą Krzyśkiem od Twardogóry do Bukowiny przez Moszyce, Goszcz, Domasławice i Królewską Wolę. Trafiliśmy na jeden z najgorętszych dni lata. Po południu miał wkroczyć front chłodny z obfitymi opadami i groźnymi burzami.

Wydawało nam się, że przy takiej duchocie i parności przyjdzie porządna burza, która pogoni nas z lasu. Ja się tym nie przejmowałem, wszak byłem już zaprawiony i doświadczony deszczowo w tym sezonie. ;))

‘Asperitas’ vel. ‘Undulatus asperatus’

W godzinach późno-popołudniowych, kiedy byliśmy już przy Królewskiej Woli i zmierzaliśmy w kierunku do Bukowiny Sycowskiej, na niebie pojawiły się wyjątkowo intrygujące “fale”, czyli chmury ‘Asperitas’ vel. ‘Undulatus asperatus’. Rzadko można je ujrzeć, tym bardziej aparat fotograficzny ostro wziął się do pracy.

Zafascynowały mnie tek mocno, że napisałem o nich odrębny artykuł ( https://www.lenartpawel.pl/falujace-niebo-nad-krolewska-wola-i-bukowina-sycowska.html ). Wielkiej burzy nad Bukowiną nie było, bokami trochę pogrzmiało i pobłyskało, a z opadów wyszło około 15-20 minut ulewy o małym i średnim natężeniu. Niemniej spektakl, jaki zafundowała nam natura był rewelacyjny. Wraz z nim, pożegnaliśmy sierpień w Bukowinie podczas mrocznej, niezwykłej i wciągającej scenerii.

Podsumowując grzybowo miesiąc sierpień 2020 roku w gminie Międzybórz należy wskazać, że pomimo wystarczających opadów, które ostatecznie okazały się wyższe niż wynosi norma, nie doszło do ukształtowania się pierwszego, letniego wysypu grzybów. Jednak opady te dały nadzieję na grzybowy początek września. Główną przyczyną braku wysypu były za wysokie temperatury, co potwierdziło tezę, że opady to nie jedyny – choć jeden z najważniejszych czynników wpływających na wysyp grzybów.

Ostatecznie sierpień okazał się właściwie bezgrzybny, co zresztą w ostatnich sezonach stało się normą. Ogólnie oceniam pierwszą część sezonu pod kątem grzybów na ocenę dobrą (pomimo braku masowego wysypu grzybów rurkowych), a sezon jagodowy na bardzo dobrą. Wyraźnie należy też wskazać, że obfite opady w czerwcu i przyzwoite w sierpniu były dla lasów gminy Międzybórz orzeźwiającym, koniecznym i niezbędnym  napojem, który pozwolił im wytchnąć po kilku suchych sezonach.

W przyszłym tygodniu, opublikuję drugą część podsumowania sezonu 2020.

DARZ GRZYB! ;))

– Mapy z sumami opadów i anomaliami sum opadów: https://klimat.imgw.pl/

– Mapy z dobowymi rozkładami sum opadów ⌈mm⌉: https://hydro.imgw.pl/#precipitationMap

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.