facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 25 Mar, 2020
- 8 komentarzy
Kultowe grzybobrania. Część 9. Sierpień 1996 roku. Krawcowy zawrót kosza.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 9. Sierpień 1996 roku. Krawcowy zawrót kosza.

Sezon grzybowy w 1995 roku na Wzgórzach Twardogórskich zapisał się wyśmienicie. Zagrzybione towarzystwo z naszej paczki, zastanawiało się, czy w następnym – 1996 roku, nie przyjdzie czas mizeroty i biedy grzybowej, ponieważ różnie to bywa, a praktyka grzybowa pokazuje, że dosyć często po świetnym sezonie grzybowym, przychodzi słabszy, spowodowanymi mniej korzystnymi warunkami pogodowymi.

Pamiętam pożegnanie sezonu 1995 roku w sklepie u Mietka w Bukowinie Sycowskiej. Była połowa listopada, zdecydowana większość wrocławskiego bractwa grzybowego siedziała już w domu, a ich koszyki były odłożone do schowków/pakamer/piwniec i czekały na następny sezon. Tylko wariaci z naszej paczki okupowali jeszcze bukowińskie lasy. U Mietka uroczystość była wykwintna i chciałoby się rzec, że „pito wszystkich zdrowie i rosół ze swojskiej kury podano, ku chwale Bukowiny wesołe piosenki śpiewano”! Czasami toastów zbyt dużo bywało i za często je wznoszono, dlatego niektórych grzybiarzy, po uroczystości, samochodem na stację zawożono. ;)) 

Z jednej strony „mało karczmy nie rozwaliliśmy” ;)), z drugiej strony, łapał nas jesienny dołek i melancholia, że do maja kawał czasu i trzeba tyle miesięcy czekać na następny sezon. Romek śpiewał, Mietek grał na „perkusji” pod postacią wiadra po farbie emulsyjnej (wtórował mu Jurek), a Marian „Jagiellończyk” próbował zagrać na harmonijce, którą gdzieś odnalazł w plecaku i tak fałszował, że zrywaliśmy boki ze śmiechu. Okazuje się, że fałszować też trzeba umieć. Marian robił to w tak zabawny sposób, że chyba to jego beztalencie muzyczne było jego prawdziwym talentem. Przy nim Tekla z „Pszczółki Mai” to by była mistrzynią nad mistrzyniami, a wiemy doskonale, jak Tekla grała… ;)) 

Sezon 1996 roku rozpoczął się niezbyt ciekawie. Opady na wiosnę były raczej dość skąpe i o pierwszych, wiosennych grzybach w maju i czerwcu raczej nie było mowy. Gdzieś tam ktoś trafił jakiegoś kozaka lub kurkę na okaziciela, ale były to wyłącznie punktowe wypryski, a nie coś poważniejszego. W każdym bądź razie, maj i czerwiec nie przyniosły istotnego ruchu grzybotwórczego i na dobre rozpoczęliśmy sezon na jagody, który był dobry, a miejscami bardzo dobry. 

W kwestii opadów, coś poważniejszego zaczęło się dziać w lipcu, zwłaszcza w jego drugiej połowie. Jeden front – mocno uwodniony, przegonił nas lasu około godziny 14-stej. W tym dniu mieliśmy siedzieć na jagodach do wieczora, ale  zaczęło tak mocno padać, że musieliśmy sobie odpuścić. Do tego zrobiło się bardzo zimno, jak na lipiec. Wracaliśmy z ojcem na stację, a deszcz padał jeszcze mocniej. Gdzieś przy piaszczystej drodze, znaleźliśmy sporą rodzinkę kurek i kilka piaskowców modrzaków. Las dał nam najważniejsze składniki na wieczorną jajecznicę. ;))

Z końcem lipca planowaliśmy zakończyć sezon jagodowy. Ten deszcz nie dawał nam jednak spokoju, tym bardziej, że na przełomie lipca i sierpnia, chłodniejsze i mokre oblicze lata nadal się utrzymywało. Spora część naszej grzybowej paczki przebywała w tym okresie na urlopach, dlatego też, mieliśmy mało bieżących niusów prosto z lasu. Ale zawsze sami mogliśmy osobiście pojechać i sprawdzić, czy grzyb wypełza w borze. ;))

Mijały prawie dwa tygodnie od czasu, kiedy deszcz wygonił nas z jagód, a ja już nogami przebierałem, żeby jak najszybciej pojechać do lasu. Tym razem ojciec mile mnie zaskoczył, ponieważ byłem przekonany, że jeszcze raz pojedziemy na jagody, tymczasem tata stwierdził, że trzeba zrobić coś „szalonego” i rozruszać trochę śnięte i odpoczywające na wczasach towarzystwo grzybowe. Przytargał z piwnicy duży kosz i oświadczył, że nie chce mu się już w ogóle zbierać jagód. Marzy mu się spokojne powłóczenie po lasach, a patrząc na pogodę – można przypuszczać, że i do koszyka coś wskoczy.

Ojciec już nic nie musiał dopowiadać. Tryb przygotowawczy do wycieczki włączyłem natychmiast i nie było mocnych, aby go wyłączyć. ;)) Pobiegłem do piekarni po świeże bułki. Przygotowałem leśne ubrania, termosy i wszelkie inne akcesorium. Był to mój 9-ty, regularny sezon leśny, a sam las wciągał mnie z mocą wszechświata. Nie było dnia, żebym nie myślał o wycieczce do lasu, na grzyby i w nieznane, ponieważ wciąż „uczyłem” się Bukowiny, jej lasów i wielu miejsc jeszcze nie znałem. Byłem żądny kniei jak tysiąc dzików. Ciągle mi było mało lasu i najchętniej to bym do niego jeździł codziennie.

Nad ranem zadzwonił budzik. Skoczyłem na równe nogi z naciskiem na lewą stopę, bo ona jako pierwsza łączyła się z podłożem po spaniu. ;)) Chyba pozostała mi taka naleciałość z dzieciństwa, że stając przez wiele lat lewą stopą, ciągnęło mnie i ciągnie do dzisiaj na „leśne lewizny, grzybizny, drzewizny” i tak dalej. ;)) Po godzinie 4:30 wyszliśmy z domu i wyruszyliśmy w kierunku dworca Nadodrze. Na wysokości ulicy Słowiańskiej mijał nas jakichś gość na rowerze, który nas zapytał: „Wy na grzyby”? Ja z dumą odpowiedziałem TAK! Pokazał nam, żebyśmy się puknęli w czoło i pojechał dalej.

Ależ się na niego wkurzyłem. Ponieważ był mocno tęgi, w myślach zacytowałem Franka Dolasa z jednej ze scen w „Jak rozpętałem II wojnę światową”: „Obyś pękł smakoszu”! I dodałem – „żebyś złapał gumę”! ;)) Moja duma i honor grzybiarza zostały mocno urażone, a ojciec spokojnie odpowiedział: „Ten gość guzik wie i nie ma się nim co przejmować”. Na stacji było zaledwie dwóch grzybiarzy, ale żadnego z naszej paczki. To Julek i Kapral – znajomi z Nadodrza. Postanowili pojechać do Sośni Ostrowskich, a więc trzy stacje dalej za Bukowiną.

W Bukowinie – poza mną i ojcem, wysiadło jeszcze trzech grzybiarzy z Oleśnicy. Z nimi to było wesoło, ponieważ raczej na wypitkę przyjechali, a nie do lasu. Jeden zataczał się, drugi też, a trzeci tylko wysiadł z pociągu i poszedł położyć się na ławkę. Cóż. Panowie chyba odreagowywali trudy życia codziennego w innym stanie trzeźwości. ;))

My za to byliśmy zwarci i gotowi do grzybowego boju i podboju bukowińskich lasów. Korciło nas sprawdzić miejsca wzdłuż torów kolejowych, jeszcze przed lasem. Jedno jest po lewej stronie, drugie po prawej. Dojście do nich w naszym tempie zajmowało góra kwadrans. Ponieważ obok torów, w obniżeniu przy nasypie szło się ciężko z uwagi na chaszcze i zarośla, poszliśmy po prostu jak pociąg. Po torach.

Podzieliłem z ojcem szlachetnie zadanie sprawdzenia miejscówek. Ojciec obrał lewą stronę, gdzie znajduje się niewielka górka porośnięta sosnami, dębami, brzozami i topolami osikami, a ja czmychnąłem na prawą stronę torów do zagajnika brzozowego, obsianego w sposób spontaniczny, naturalny. Te miejsca istnieją do dzisiaj, ale grzybowo podupadły znacznie. Jednak w latach 90-tych to były bardzo ważne miejscówki grzybowe.

Wiele razy dały nam powody do ogromnej radości i tak stało się też w tym dniu. Ponieważ dzieliła nas dosyć spora odległość, to nie mogłem skonfrontować informacji z oględzin mojej miejscówki z miejscówką ojca. Umówiliśmy się, że po obejściu miejsc, spotkamy się przy drodze, która przechodzi przez tory. Zanim to nastąpiło, las dał mi sygnał – „Paweł to może być grzybowy strzał w dziesiątkę”.

Bardzo pomału zacząłem obchodzić młode brzózki i spostrzegłem rodzinkę przepięknych koźlarzy pomarańczowożółtych. Według mojego pamiętnika było to 6 sztuk. Kozaki w tym miejscu wykształcały bardzo krępe i grube trzony o wybitnie brzuchatej i maczugowatej podstawie. Widok ich wprawił mnie w stan grzybowej euforii. Tradycyjnie zdjąłem plecak, postawiłem kosz i zacząłem chodzić wte i wewte. Odwróciłem się zobaczyć, czy nikt nie idzie. Byłem sam. Ojciec buszował po swojej miejscówce, a ja wtarabaniłem się głębiej. 

Rozglądam się na lewo. Na prawo. Jeden, dwa, trzy, cztery i jeszcze kilka! Czekają na mnie w tym swoim mikroklimacie brzezinowym. Uśmiecham się do nich i ostrożnie idę w ich kierunku. Wręcz czaję się jak kot przed polowaniem, ponieważ wiem, że przy nogach, w tej dość gęstej trawie mogą rosnąc następne krawce. Ta myśl okazuje się trafiona. Tuż obok butów spostrzegam dwie, pomarańczowożółte „maczugi”.

Idę kilka kroków dalej i zbieram pozostałe. Szybko wracam tą samą ścieżka, co przyszedłem po koszyk i plecak. Ponownie wchodzę w strefę krawiecką. Wchodzę jeszcze dalej i następnych kilka krawców w średnim i wybitnie pękatym stadium patrzy mi prosto w oczy. Ja spoglądam na nie. Chcę je wszystkie delikatnie wykręcić i cieszyć się nimi jak małe dziecko na widok ulubionej zabawki. Radości ze znajdowania takich skarbów nie da się opisać. Całą miejscówkę przechodzę wzdłuż i wszerz. W sumie wyciągam ze 30, może o kilka więcej „wypasionych” koźlarzy.

Jeszcze raz przechodzę całą miejscówkę i na jej skraju znajduję cztery, przecudowne kozaki. To jest koniec zbioru w tym miejscu. Dumny jak paw idę w umówione miejsce z ojcem, który już na mnie czekał. Byłem przekonany, że nakosił sporo grzybów, tymczasem u taty ledwie kilka sztuk wylądowało w koszu, ale głównie piaskowców modrzaków, kurek i koźlarzy babka.

Jak pokazałem ojcu mój zbiór, pogratulował mi i powiedział, że na samym wstępie grzybobrania czuje się znokautowany. ;)) Ale wyciągnęliśmy ważny wniosek z tej sytuacji. W topolach osikach koźlarzy czerwonych brak i trzeba dzisiaj postawić na krawce rosnące w brzozach. 

Dalsza część trasy to zagajniki sosnowe i „pięciodroże”, o którym wspomniałem w ósmej części kultowych grzybobrań. Trzeba było je szybko przejść i dojść do alejki brzozowej, która w tamtych latach, także była wybitnym miejscem na koźlarze pomarańczowożółte. Przy drodze znaleźliśmy kilka, pięknych i kompletnie zapiaszczonych piaskowców modrzaków. Kiedyś ten gatunek znacznie częściej był tu spotykany. Obecnie w Bukowinie piaskowców praktycznie się nie znajduje, nawet podczas dobrego sezonu grzybowego.

W lesie nikogo nie ma. Ludzie zajęci obowiązkami trochę jakby przeoczyli, że ponad dwa tygodnie temu przyroda zainicjowała warunki, które wykurzą grzyby ze ściółki. To już któreś grzybobranie w życiu, że trafiamy na początek wysypu, a większość grzybiarzy o tym nie wie. Uwielbiam takie akcje. Nie ma konkurencji, krzyków i nawoływań. Idziemy śmiało, wprost do początku alejki brzozowej, wśród której mieszają się sosenki i świerki. Aleja jest gęsta, jeszcze przed trzebieżami. Za kołnierz wpada igliwie i liście, ale nam to zupełnie nie przeszkadza. Wręcz zachęca do wejścia w środek i poszukania krawców.

Była to magiczna alejka (tak jak cała Bukowina do dzisiaj jest magiczna, chociaż duch lat 90-tych bezpowrotnie w niej przeminął). Schowana od drogi za ścianą gęstych i nieprzystępnych sosen, które nie za bardzo zachęcały do przedzierania się przez nie. Ale jak ktoś nie zraził się tym i postanowił wejść głębiej, nagroda czekała nieprzeciętna.

Ja odkryłem tę alejkę bardzo wcześnie, bo już w 1990 roku, a więc w moim trzecim sezonie grzybowym z prawdziwego zdarzenia. Jak często to bywa w lesie, wiele miejsc odkrywa się przypadkiem i tak było z omawianą alejką. Wracaliśmy z ojcem od strony Domasławic i przeszliśmy na skróty przez tory kolejowe w kierunku Bukowiny.

Był to czas grzybobrania i taszczyliśmy sporo grzybów, stąd szliśmy na skróty. Wtedy postanowiliśmy zrobić sobie przerwę przy piaszczystej drodze i zaczynającym się obok zwartym zagajniku sosnowym. To był moment, jakieś leśne dotknięcie czarodziejskiej różdżki, że po prostu chciałem tam wejść nieco głębiej i wtedy ujrzałem szeregowo posadzone brzózki, przy których kozaki aż prosiły się, żeby je chapsnąć do koszyka.

Od tamtej pory, zawsze, kiedy chodziliśmy za grzybami wzdłuż torów, nie omieszkaliśmy ominąć magicznej alejki. Do mniej więcej 2004 roku było to fenomenalne miejsce na grzyby. Później przyszły trzebieże, które diametralnie zmieniły w niej klimat, a kozaki zbuntowały się i przestały rosnąć.

Wracając do sierpnia 1996 roku, byliśmy chyba pierwszymi grzybiarzami, którzy w tamtym dniu wyczaili, że las ostro „przykozaczył”. Może w innych partiach lasu, miejscowi grzybiarze też buszowali i wiedzieli, że coś się święci w ściółce, jednak do alejki brzozowej weszliśmy – jak to się powiada – na gotowe. Jeżeli miałbym opisać to, co w niej zobaczyliśmy, to napiszę, że były to jedne z najpiękniejszych koźlarzy pomarańczowożółtych, jakie w życiu znaleźliśmy w bukowińskich lasach. To było magiczne miejsce w pełnym tego słowa znaczeniu z magicznymi kozakami. Zdrowe jak dąb, twarde jak jego drewno i piękne jak lasy w których rosły. Nic je tam nie brało. Ani robaki, ani ślimaki, czy skoczogonki.

Była w niej kulminacja fenomenalnych warunków dla krawców i optymalne stanowisko. Do dzisiaj, jak tamtędy przechodzę, mam ciarki, chociaż wiem, że takich kozaków jak wtedy raczej w życiu tu już nie znajdę. Alejka ta darzyła krawcami co roku i wrócę jeszcze do niej w jednym z kultowych grzybobrań z późniejszych lat. Rzeczowniki, które pasowały jak ulał do opisu tych kozaczków to przede wszystkim: baryłki, beczułki, maczugi, bambaryły, buły, grubaski czy nawet spaślaczki, ponieważ niektóre z nich miały niebywale rozwiniętą i maczugowatą podstawę, zupełnie nieproporcjonalną do wielkości kapelusza. Rzeczownik „mutant” również do nich pasował.

W tamtym dniu, armia takich baryłek dumnie prężyła się pomarańczowo-żółtymi kapeluszami i kosmkowato-brzozowymi trzonami. Już miałem wystartować do nich, ale ojciec powiedział: „Zaczekaj. Nikogo oprócz nas tu nie ma, a grzyby nam nie uciekną. Pooglądajmy je trochę jak rosną. Takie widoki zostają na całe życie w pamięci grzybiarza. Warto przez chwilę zachwycić się leśnym artyzmem, zanim zaczniemy je wykręcać”. To były mądre słowa. I do dzisiaj w głowie słyszę słowa ojca.

W magicznej alejce było wiele stanowisk mchów, trochę jagodników i paproci. Rośliny po deszczach nabrały soczystej zieleni oraz mocnego turgoru i z tą zielenią kontrastowały żarówiaste łby szlachetnych krawców. Cudownie to wszystko wyglądało i termin „magiczny” użyty setki razy na określenie tego miejsca był w pełni uzasadniony. Zatem zaczęliśmy z ojcem wykręcać rasowe kozaki, co przy wielu okazach nie było to takie łatwe. Siedziały w ściółce tak, jakby magnes je trzymał. Ależ one były dorodne i piękne! I nawet ich zapach był bardzo intensywny, chociaż krawce nie należą do specjalnie aromatycznych grzybów.

Magiczna alejka była długa, miała jakieś 300 metrów i na całej jej długości krawce „pasły” się w najlepsze. Efektem przedreptania przez nas alejki było zapełnienie naszych koszyków w 90%. Reszta została na dozbieranie czegoś w drodze powrotnej. Szkoda, że wtedy nie robiłem zdjęć. Po wyjściu na drogę z drugiej strony, gdzie także trzeba było się przedzierać przez gęsty zagajnik sosnowy, wyglądaliśmy jak prawdziwi włóczędzy leśni. Pot kapał nam z czoła. Na ubraniach i za kołnierzem pająki, igliwie, liście, ślady odrapań na karku i na twarzy. Gdzieś tam zgarnąłem jeszcze gałązką po nosie. Ale to wszystko było nieistotne w porównaniu z radością z tak niesamowitego zbioru.

W drodze powrotnej znaleźliśmy jeszcze kilka krawców, natomiast przy samym skraju lasu z radością drapnęliśmy rodzinkę kurek i piaskowców modrzaków. Kiedy wróciliśmy na stację w Bukowinie, dobry znajomy zawiadowca Zbyszek, zdębiał na widok naszych zbiorów. Sam był zapalonym grzybiarzem, a do Bukowiny dojeżdżał z pobliskiego Granowca. Powiedział, że w następnym dniu ma wolne i rusza na podbój swoich miejscówek, która ma pomiędzy Granowcem a Sośnie Ostrowskim. Tam pojechało dwóch grzybiarzy (Julek i Kapral), których z rana spotkaliśmy na Nadodrzu, ale w drodze powrotnej nie spotkaliśmy ich, czyli zostali w lesie do późniejszego pociągu.

Natomiast na Nadodrzu spotkaliśmy Cześka, który mieszkał w kamienicy przy ulicy Chrobrego i miał rzut beretem na stację. Wiedzieliśmy, że za dzień, góra dwa, część grzybiarzy z naszej paczki bankowo pojedzie do lasu, a ci, którzy są na wczasach będą zagryzać zęby, że przegapili pierwszy, letni wysyp. Ja natomiast przeżyłem kolejne, fenomenalne grzybobranie w życiu, a Bukowina Sycowska stała się już dla mnie grzybową Mekką i kultem absolutnym. Grzybobranie to określiłem jako „krawcowy zawrót kosza”.

Ten pierwszy, letni wysyp grzybów trwał około półtora tygodnia. Przeoczone kozaki osiągały wielkie rozmiary i niektórzy grzybiarze chwalili się 1,5 kilogramowymi znaleziskami. Jednak nie robiły one na nas dużego wrażenia w świetle kultowego grzybobrania, które zaliczyliśmy z ojcem na początku sierpnia. Sezon jesienny także dopisał. Nie był on ani wybitnie grzybny, ale na pewno też nie słaby. Po prostu przyzwoity. Tradycyjnie, jego oficjalnie zakończenie odbyło się u Mietka w sklepie w Bukowinie, gdzie „pito grzybiarzy zdrowie, rosół z kury podano i po kilku głębszych, głośno śpiewano lub na harmoszce fałszowano”. ;))

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  • wojek //29 Mar 2020

    Witaj Paweł:)
    Pozwól, że dzisiaj zamiast komentarza opiszę swoje dwie przygody z „czerwońcami”. Obydwie oczywiście miały miejsce na Kresach. Zatem incipiam:
    Było pochmurny sierpniowy dzień. Rano trzymały mnie w domu obowiązki także udało mi się wyrwać do lasu dopiero około południa. Żeby nie tracić czasu na dojście (niby tylko około 7-8km) ale była późna pora, pojechałem PKS. Wysiadłem po kilkunastu minutach na tzw. pętli PKS w Studziankach. Piszę pętli bo dalej PKS nie bardzo już miał gdzie jechać:) więc zawracał. Ludzie widząc mnie z pustym koszem troszkę się śmiali. „O tej porze po grzyby”? Na marginesie oni już wracali z koszami ale pełnymi. Nic to czasu nie cofnę:) ale przecież swoje muszę zebrać. W bojowym nastroju maszeruję do Puszczy. Odwiedzam swoje miejscówki i ten bojowy nastrój zaczął się pomału zamieniać we frustrację. Znajdywałem tylko pojedyncze kapeluszniki, gdzieś tam garstkę kurek i już coraz bardziej zły zachodzę w głowę gdzie ci ludzie nazbierali pełne kosze przecież nie na polu?! Ale przecież dopóki piłka jest w grze nie wolno się poddawać. Brnę dalej w głąb Puszczy, sprawdzam co ciekawsze miejsca i nic. Zrobiła się godzina 15 i trzeba było obierać kurs powrotny.

  • wojek //29 Mar 2020

    Ale zauważyłem na horyzoncie ładną górkę porośniętą samosiejką młodej brzozy i osiki. No tutaj was mam. I faktycznie miałem aż jednego kozaka:) Górka opadała łagodnie w stronę pola ale brzózki i osiki ustępowały miejsca młodnikowi sosnowemu dość rzadkiemu sosenki na oko miały z 15 lat. W desperacji postanowiłem sprawdzić ten młodnik. Gdzieś tliła się myśl, że może choć natnę maślaków. W młodniku była praktycznie czysta ściółka bez mchu trawy itd. Widzę z daleka kilka czerwonych owocników. Chyba muchomory? Podchodzę bliżej i victoria! To czerwone i owszem ale kozaki. Delektuję się chwilkę widokiem ślicznej kozaczej rodzinki zanim wyląduje ona w koszu. Przyklękam i ostrożnie wykręcam owocniki. Przy okazji rozglądam się wokół. I cóż widzę następną rodzinkę i jeszcze jedną.

  • wojek //29 Mar 2020

    Duży kosz szybko się napełnia. Idę dalej w dół zbierając czerwońce doszedłem szybko do kraju młodnika. Ten był dla odmiany porośnięty dość mocno paprocią i mchem. Włażę więc w paproć z myślą a może… I dokładnie trafiłem. Na deser zbieram kilkanaście pięknych boletusów. I robi się godzina 17 czyli trzeba szybko wracać bo i mam dobre kilka kilometrów do PKS no i pełny pod pałąk kosz dobrze mi ciąży.
    Czyli nigdy nie należy się poddawać. Chodźmy sprawdzajmy miejscówki. Jeśli nawet nic nie nazbieramy to trudno. Przecież nie to jest chyba najważniejsze. Zawsze pozostaną leśne wrażenia a może odkryjemy jakąś ciekawostkę przyrody ale może ta nasza ostatnia miejscówka wynagrodzi nam trudy całego dnia i obdarzy nas pięknymi okazami grzybów:)
    Pozdrawiam serdecznie
    Darz Grzyb!

  • wojek //29 Mar 2020

    I zgodnie z umową drug przygoda. Tym razem po akademii ku czci jakiejś tam:) rano miałem delikatnie mówiąc niezbyt dobre samopoczucie postanowiłem więc pójść na dłuższy spacer. Nawet nie szedłem do Puszczy. Poszedłem łęgami nad rzeką wiedząc, że w dołach, w których z rzadka rosły brzózki i osiki (pozostałości po istniejących tutaj bagnach) można czasami znaleźć kilka kozaków. I faktycznie nie było ich może dużo ale w końcu łąka to nie las:) Poszedłem więc dalej przez most w Nowodworcach przeszedłem rzekę postanowiłem obejrzeć okrawek lasu (teraz to chyba są wokół zabudowania) pod wioską i wrócić przez drugi most już w naszym miasteczku.

  • wojek //29 Mar 2020

    Idę więc piaszczystą leśną drogą sprawdzam co nieco zagajniki. Znajduję gdzieś kilka maślaków, garstkę kurek. Trafił się nawet boletus. Ale ogólnie nie jest to nic ciekawego. Zresztą nie jest to zwarty kompleks leśny ot kilka zagajników, troszkę nawet starodrzewiu sosnowego z jednej strony ograniczony kiedyś bagnami, teraz po arcymądrych decyzjach urzędników nieużytkami porośniętymi chaszczami , ostem i rzeką a z drugiej graniczący z Białymstokiem. W końcu trafiam na zagajnik z dołami a jakże tym razem nie po bagnach ale po starych kopcach po ziemniakach ze spora ilością starej słomy. A w dołach o dziwo zamiast kartofli znajduję całkiem sporo czerwońców:) Nazbierałem ich z pół koszyka i pomału wracam do domu. Czeka mnie jeszcze przeprawa przez wspomniane chaszcze ale co tam. Zebrany łup miło ciąży w koszyku a po drodze wstępuję jeszcze do Baru Plażowego na kufelek zupy chmielowej w końcu zapracowałem na nią:)
    Darz Grzyb!

    • Paweł Lenart //05 Kwi 2020

      Dzięki Wojtek za ciekawe historyjki. Z grzybami i lasem tak jest zawsze. Dopóki jesteś w lesie, wszystko może się zdarzyć. Wiele razy w życiu przeżyłem coś podobnego. Pozdrawiam serdecznie. 😉

  • krzysiek z lasu //29 Mar 2020

    Przydał by się wehikuł czasu….
    Pozdrawiam 😉

    • Paweł Lenart //05 Kwi 2020

      Oj przydałby się. Póki go nie wymyślą, pozostaje mi pisać o minionych latach świetności. 😉
      Pozdrawiam.