facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 11 Mar, 2020
- 2 komentarze
Kultowe grzybobrania. Część 8. Wrzesień 1995 roku. Wyśmienity wysyp podgrzybków.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 8. Wrzesień 1995 roku. Wyśmienity wysyp podgrzybków.

Niedosyt. Z takim uczuciem zakończył się sezon grzybowy w 1994 roku na Wzgórzach Twardogórskich. Po sierpniowym, „prawdziwkowym natchnieniu” ostrzyliśmy sobie zęby na jesienny wysyp grzybów, który okazał się mizerny i bardzo wymagający. Grzybów było mało, rosły tylko punktowo, dlatego żeby nazbierać ich przyzwoitą ilość, trzeba było nachodzić się po lasach jak wielbłądy za wodą na pustyni.

Zresztą przyczyna tej włóczęgi była podobna – brak wody, a w naszym przypadku – brak przyzwoitych opadów, który spowodował, że pełny koszyk potrafili nazbierać tylko najgrzbniejsi z zagrzybionych. Do tej elity należał  wówczas kilkunastu znajomych z naszej paczki, którzy podnosili gula na stacji i w pociągu grzybiarzom dwu-trzy wycieczkowym w sezonie, czyli kompletnym amatorom.

No nic. Sezon 1994 roku upłynął pod znakiem grzybowej mizeroty i trzeba było czekać wiele miesięcy na grzybową odsłonę 1995 roku. Już lipiec i sierpień okazały się dobre, ponieważ mieliśmy pierwszy, letni wysyp grzybów, głównie koźlarzy pomarańczowożółtych, kurek, kani i miejscami prawdziwków. Generalnie, cała pierwsza część sezonu  była bardzo udana. Dopisały jagody, jeżyny, grzyby, a wszystko dzięki obfitym opadom, które przetaczały się nad bukowińskimi i okolicznymi lasami.

U progu września atmosfera wyczekiwania stawała się mocno zagęszczona. Zwiadowcy na dworcu Nadodrze pojawiali się w coraz większej ilości. Ja miałem stały kontakt z kilkoma grzybiarzami, a po południu, w czwartki i piątki obowiązkowo wychodziliśmy razem na zwiady, aby zobaczyć, kto wraca z lasu i przede wszystkim – co niesie w koszyku.

W pierwszym tygodniu września, po sierpniowym wysypie nastąpiła przerwa, ale do czasu. Wówczas chodziłem już do szkoły średniej i pamiętam, jak w środku pierwszego tygodnia września, przez cały dzień przechodził mocno uwodniony front z obfitymi opadami deszczu. Lało na terenie całego województwa i chociaż trzeba było się skupić na lekcjach i nauce, ja myślami cwałowałem już po zagajnikach. ;))

Przed połową września, atmosfera wśród grzybiarzy była już tak napięta, że o mało z butów nie wyskoczyliśmy. W czwartkowe popołudnie, dokładnie w dniu 14 września pojechałem na dworzec, żeby „prześwietlić” ludzi wracających z lasu. Na Nadodrzu koło blaszaka stała już znajoma ekipa obserwatorów/donosicieli w liczbie około 20 osób.

Byli: Jurek, Czesiek, Romek, Marian z ul. Jagiellończyka i drugi Marian – z ul. Słowiańskiej, Heniu „Kot”, Józef „Klawisz”, Stasiu i kilkunastu innych, czołowych grzybiarzy z Nadodrza. Jak mnie zobaczyli, od razu krzyknęli – Paweł! Na sobotę pełna gotowość grzybowa! Gęba ucieszyła mi się od ucha do ucha. Dochodziła godzina 18:30, czyli czas przyjazdu pociągu z grzybiarzami. Obstawiliśmy wejścia na dworzec jak żandarmi i nawet mucha nie przefrunęłaby niezauważona. ;))

Jurek powiedział, że do Bukowiny pojechał „Nerwowy” Heniek. Ksywka ta wzięła się z tego, że sam o sobie tak mówił. ;)) Był to też stary, znajomy grzybiarz, który wprawdzie nie należał ściśle do naszej paczki, ale bardzo często z nami przesiadywał w pociągu i także był zapalonym jagodziarzem i grzybiarzem. On zresztą był mistrzem w zbieraniu jagód.

Kiedy pociąg przyjechał na dworzec, następowała cisza i wszyscy lustrowali niczego nie świadomych, wysiadających podróżnych. „Nerwowy” Heniek miał charakterystyczny, długi, pojemny kosz, do którego nawet z 15 kg grzybów potrafiło się zmieścić. Kiedy wyszedł spod dworcowego tunelu, „rzuciliśmy” się na niego, ponieważ natychmiast chcieliśmy usłyszeć o grzybowej sytuacji.

Heniu przystanął. Zdjął plecak, postawił kosz i odsłonił jego pachnącą zawartość. Był do granic możliwości załadowany malutkimi, słoiczkowymi podgrzybkami. Ciemne, brązowe kapelusiki na grubych, pękatych trzonach. Klasyczne, jesienne czarne łebki. Już nic nie musiał dopowiadać. Każdy ze zwiadowców wiedział, że tylko największy głupiec nie pojedzie w sobotę do lasu na grzyby. Heniu jeszcze dopowiedział, że warunki w lesie są fenomenalne. Jest bardzo wilgotno i ciepło, a podgrzybki dosłownie „rosną w oczach”. Ja z Jurkiem i kilkoma innymi grzybiarzami udaliśmy się do kas biletowych po zakup biletów na sobotę. Oczywiście uzgodniliśmy, że w sobotę mamy zbiórkę na dworcu o godz. 05:00.

Wróciłem do domu i radością pokazałem ojcu bilety na sobotę. Ojciec tylko się uśmiechnął i rzekł: „Jedziemy!” ;)) Nie będę pisać, jak mi się wtedy dłużył piątek, ale wiedziałem, że to oczekiwanie minie i w końcu, w pełnym „uzbrojeniu”, w gumowcach, z plecakami, koszami, nożami i niezbędnym ekwipunkiem staniemy uroczyście na Nadodrzu i wyruszymy pociągiem do Bukowiny. Nie tylko my wiedzieliśmy, że zaczyna się wysyp. Na Nadodrze przyszło chyba z 200-tu grzybiarzy. Romek podkręcał towarzystwo, kawały leciały jak z rękawa.

Co to niektórzy rozgrzewali się „elitarnymi” trunkami marki „bełt” lub „jabol”. ;)) Mniejsza z tym. Nie mi oceniać tych ludzi, liczyła się atmosfera napięcia przed-leśnego i przed-grzybowego. A była ona pierwszorzędna. Ktoś z boku mógł pomyśleć: „Co za banda głośnych i niewychowanych wariatów” i miałby w tym dużo racji. Emocje grzybowe przeważały nad przyzwoitym zachowaniem, chociaż poza naszym ekspresyjnym sposobem bycia, niczego złego nie uczyniliśmy. ;))

W końcu ruszył kultowy, rozklekotany, miejscami odrapany, pordzewiały i brudny pociąg do Bukowiny. W drużynie konduktorskiej trafiła się piękna konduktorka i od razu otrzymała od nas zaproszenie na grzybobranie. ;)) Powiedziała, że dopiero zaczęła służbę i nie da rady, wówczas Romek odpowiedział, że „kochana, my poczekamy”.

Z taką bandą świrów nie miała szansy na przekomarzanie się, dlatego po sprawdzeniu biletów, wartko uciekła do swojej kanciapy, aby nie wysłuchiwać tego „podejrzanego” towarzystwa. Zaczęło się wzajemne nakręcanie na grzyby. Ja z ojcem, postanowiliśmy tym razem nie iść za bukowińską chlewnię, ale wzdłuż torów. A że jechał z nami też Józef „Ścigany”, wiedzieliśmy, że razem będziemy napędzać peleton grzybiarzy wzdłuż torów do lasu.

Kolejne minuty podróży mijały szybko i w wyśmienitych humorach. Pociąg dojechał do Grabowna, gdzie „wysypało” się z niego połowę grzybowo-pociągowego ludu. Druga połowa jechała do Bukowiny. Ktoś tam jeszcze wyskoczył w Twardogórze, ale jak pociąg z niej wyruszył, emocje sięgały zenitu. Każdy chciał się już znaleźć na bukowińskiej stacyjce. Jurek odwrócił jedno z 20-litrowych wiader po farbie któregoś z grzybiarzy i walił w nie, jak rasowy bębniarz. To było to! Byliśmy w swoim żywiole! Banda wrocławskich rozbójników leśnych z fantazją, grzybicznym zapaleniem głowy, żądna przygody, grzybów, lasu i wszystkiego, co dostarczały nam bukowińskie lasy!

Wreszcie wyjechaliśmy z lasu i zobaczyliśmy upragniony nasyp kolejowy. Pociąg zaczął skręcać w kierunku stacji. Już za chwilę… Już za moment… Wszyscy przygotowani. Koszyki pod pachę, plecaki na grzbiet, czapki na głowę. Wysiadamy. Witamy dendrologicznego króla stacji – Bukowianina, chwila na zadumę, przygotowanie i start! Ruszyła wataha do lasu! Gnaliśmy tak szybko, jakby to były zawody o puchar sołtysa Bukowiny, w kształcie złotego grzyba. Romek jeszcze podkręcał atmosferę mówiąc: „Szybciej, bo miejscowi wam już koszą”. ;))

Trasę od stacji wzdłuż torów do lasu pokonaliśmy chyba w 15 minut, a to jest naprawdę dość długi odcinek. To świadczyło o tym, jak byliśmy nakręceni na las i jak szybko pragnęliśmy się w nim znaleźć. „Ścigany” rwał naprzód jak torpeda. My za nim. Kilku czołowych grzybiarzy z naszej paczki także. Wąska ścieżka pozwalała tylko na marsz gęsiego. W końcu stanęliśmy u wrót bukowińskich lasów. Teraz wszyscy się zatrzymali, każdy każdemu życzył pomyślności i udanych zbiorów. W znacznie wolniejszym tempie, zaczęliśmy się rozchodzić, tak, że po kilku minutach nikt nikogo już nie widział.

Ja z ojcem, nie namyślaliśmy się długo, ponieważ początek lasów w tym miejscu to były bardzo dobre zagajniki podgrzybkowe. Wypiłem ze trzy łyki herbaty i wtarabaniliśmy się w dość gęsty i trochę mroczny zagajnik. Ojciec szedł równolegle do mnie, w odległości jakieś 20, może 30 metrów. Wiedziałem już, że za podgrzybkami trzeba chodzić bardzo wolno i obracać głowę prawie jak sowa. W przeciwnym razie, połowę grzybów można przegapić, a część rozdeptać.

Widzę pierwszego podgrzybka. Uroczyste, delikatne wykręcenie, całus w kapelusz z przemową, aby był tak dobry i zdradził, gdzie ukryli się jego bracia. Ojciec zawołał, że znalazł już pierwsze podgrzybki. Odpowiedziałem mu, że ja też i że szukam następnych. Ostrożnie postawiłem koszyk, zdjąłem plecak i zacząłem żółwim tempem chodzić po ściółkowo-mszastym, mięciutkim podłożu.

Z rana była obfita rosa, poza tym, czuć było wilgoć po ostatnich opadach. Wśród tego dywanowego, leśnego podłoża, zacząłem dostrzegać coraz więcej grubotrzonowych, ciemno-brązowych, jesiennych czarnych łebków. Niektóre odważnie rosły na środku igliwia lub na stanowisku z mchem, inne, dyskretnie czaiły się, częściowo przykryte igliwiem lub wychylały się spod gałęzi.

Wziąłem kilka z nich do ręki. Kwintesencja leśnych aromatów. Zaczerpnąłem i zachłysnąłem się wręcz zapachem tych grzybów. Bardzo ostrożnie wykręcałem następne owocniki. Zachowywałem się rozważnie jak saper na poligonie. Nie chciałem żadnego podgrzybka nadepnąć lub wyrwać ze ściółką i grzybnią. Wszak grzybiarze i ojciec uczyli mnie, że należy jak najostrożniej wykręcać grzyby, aby nie uszkodzić grzybni, a powstały otwór delikatnie przykryć materiałem leśnym, aby nie narazić grzybni na przesuszenie.

Czułem, że rozkręca się wyśmienite grzybobranie. Chodziłem mocno przygarbiony i co chwilę znajdowałem kolejne podgrzybki. Zbierałem je do czapki i po jej napełnieniu, przesypywałem do kosza. Ojciec zbierał tak samo. Pomału, przeszliśmy ten pierwszy zagajnik, a w koszykach, każdy z nas miał na oko, około 2 kg cudownych, jesiennych czarnych łebków.

Postanowiliśmy pójść dalej, za tzw. „pięciodroże” (pięć piaszczystych dróg w różnych kierunkach), które istnieje do dzisiaj i tam odbić na prawo, żeby wejść w kolejne zagajniki. Po dłuższej chwili, weszliśmy głębiej. Kolejne, perfekcyjne czarne łebki tłoczyły się na leśnym „wypasie”. To ich czas i pora. Wyszły spod ziemi, aby zerknąć na świat podczas swojego krótkiego, grzybowego żywota.

Grzybiarze z bezwzględną premedytacją skracali im czas tego podziwiania. Nasz grzybo-rządny instynkt był silniejszy. Ponownie postawiliśmy graty w jednym miejscu i zaczęliśmy się kręcić wokół. Pamiętam, że mniej więcej w ciągu 20 minut nazbierałem 5 czapek podgrzybków, a ojciec chyba jeszcze więcej. Co chcieliśmy podjeść dalej, to kolejne podgrzybki nas zatrzymywały. Ogarnął nas stan euforii i grzybowego amoku. Zbieraliśmy złoto runa leśnego i ćwiczyliśmy sztukę odróżniania igliwia, liści, kory drzew, gałęzi i wszelkich składników ściółki leśnej od maskujących się wśród nich podgrzybków.

Zanim na dobre obejrzeliśmy się, koszyki zdały się być „zapodgrzybkowione” w około 40-50 procentach. Ponieważ szliśmy w kierunku Twardogóry, nie mogłem sobie odmówić „szturmu” na aleję brzozową, ukrytą w jednym z zagajników. Było to jedno z lepszych miejsc na koźlarze pomarańczowożółte, które znałem w tej okolicy. Chociaż wiedziałem, że mogę być trochę za późno i że ktoś mógł mnie już wyprzedzić, jednak po cichu liczyłem, że a nuż nikt tam dzisiaj nie chodził. Intuicja tym razem nie zawiodła.

Podczas, gdy ojciec oddawał się podgrzybkowemu szaleństwu, ja – prawie bezszelestnie, „zaatakowałem” aleję od lewej strony. Na początku znalazłem ze trzy, spore garście dorodnych kurek, które niezmiernie mnie ucieszyły. Już widziałem je skąpane w oleju z cebulą, boczkiem, doprawione solą, pieprzem i zatopione w jajecznicy.

Zacząłem się kręcić pomiędzy brzozami i dostrzegłem trzy, dorodne, pomarańczowe łby, rosnące blisko siebie. Zanim do nich doszedłem, spostrzegłem kolejne dwa. Puls przyspieszył, serce wali. W ich sąsiedztwie kolejne kozaki, ale też nieco większe, grubonożne podgrzybki. Tyle szczęścia w jednym miejscu.

Postawiłem koszyk i tym razem, grzyby od razu do niego wkładałem, a nie – jak wcześniej  – do czapki. Przeszedłem alejkę do końca, wycinając z niej około trzydziestu jędrnych, maczugowatych koźlarzy i ze dwa razy tyle podgrzybków. Myślałem, że pęknę z dumy! Gorzej z wagą koszyka, która była już mocno odczuwalna. Ale co tam, póki jest w nim miejsce, zbieram, chociaż wiem, że w drodze powrotnej, barki z zawiasów mało nie wylecą. ;))

Po dokonaniu grzybowego rozboju w alejce wróciłem do ojca, który pogratulował mi pięknego zbioru, mówiąc, że on wprawdzie zbiera tylko podgrzybki, ale trafił też cztery, dorodne i piękne „goryczaki”. Kiedy spojrzałem do jego koszyka, zobaczyłem fenomenalnie brzuchate i grubaśne prawdziwki. Były to pękate, cudowne owocniki. Radość nie do opisania! Po przejściu tych kapitalnych miejscówek, pojemność koszyków wynosiła jeszcze około 15 procent. Ciężkie były już jak diabli, ale jakościowo to był grzybowy majstersztyk. W końcu złoto lasu ma swoją wagę. ;))

Pozostało nam odpocząć, posilić się i dopełnić grzybowego dzieła w następnych miejscach oraz zastanowić się nad godziną powrotu. Mieliśmy do wyboru pociąg o godz. 13:30 i 16:00. Podjęliśmy decyzję, że wrócimy wcześniej, ponieważ nie będzie już do czego zbierać, a poza tym, mamy roboty na wiele, wiele godzin. Tak też uczyniliśmy. Przeszliśmy przez jeszcze jeden zagajnik i koszyki zostały zapełnione pod pałąki. Oczywiście trzeba było skorzystać z pończochy, dzięki czemu mogliśmy do koszy dorzucić jeszcze małe, grzybowe co nieco.

Pamiętam też (zapisałem to w moim grzybowym pamiętniku), że przed wyjściem z lasu znaleźliśmy rodzinkę, około 20-stu piaskowców modrzaków, które dumnie wystawały na usypanych w naszych koszach, grzybowych górkach. Powrót na stację zajął nam trzy razy więcej czasu w porównaniu do sprintu porannego. Spotkaliśmy po drodze Józia „Ściganego” i Henia „Kota”, którzy ledwo szli, tak byli obładowani grzybami.

Na stację wrócili chyba wszyscy grzybiarze. Nie wiem, czy ktoś został do następnego pociągu. Na pewno nikt z naszej paczki. Nie było jedynie Cześka, ale – jak się później okazało – przedreptał on lasami do Twardogóry i tam wsiadł do pociągu. Wprawdzie podgrzybków miał mało w porównaniu z nami, ale nakosił prawdziwków, tym samym uświadamiając nam, że król grzybów także ma wysyp, tylko trzeba go szukać w innych miejscach.

W Grabownie do pociągu także wsiadły tłumy grzybiarzy z pełnymi koszami. Do pociągu wszedł też śmieszny, starszy dziadek z koszem maślaków, ale ledwie trzymał się na nogach. Był pijany w dziesięć pośladków. ;)) Jak usiadł w pociągu to tylko mu głowa poleciała na bok i od razu odleciał. Trzeba pochwalić chłopa za to, że w takim stanie dał radę doczłapać się do pociągu i jeszcze nakosił kosz maślaków. ;)) Powrót z lasu odbył się w szampańskich nastrojach. Wszyscy zagrzybieniu po uszy. Ponoć w okolicznych sklepach na Nadodrzu stwierdzono wzmożony popyt na ocet, cukier, przyprawy i cebulę. ;))

Jesienny sezony grzybowy w 1995 roku byś świetny i długi. Jeszcze po połowie października można było wrócić z obfitymi zbiorami grzybowego złota runa leśnego. Jednak ten skomasowany i fenomenalny jakościowo początek wysypu był tym najbardziej niesamowitym i spektakularnym grzybobraniem, które miałem okazję przeżyć w tamtym roku i stąd sobotę, 16 września 1995 roku zapisałem na liście tych najbardziej kultowych grzybobrań.

Specjalne podziękowanie przesyłam do Sabiny Grzybowej – jednej z administratorek facebookowej grupy „Grzyby, Grzybiarze, Grzybobranie” za zdjęcia podgrzybków, które barwią ten wpis. ;))

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  • wojek //11 Mar 2020

    Witaj Paweł:)
    We wrześniu 1995 roku przebywałem tradycyjnie na urlopie na naszych Kresach Wschodnich. Powiem Ci Paweł, że tam podgrzybków było bardzo mało. Dlaczego nie mam pojęcia. Co innego boletusy tych nie brakowało. A i wszelkich innych naszych kapeluszników. Zresztą we wrześniu a już szczególnie w jego drugiej połowie tam dominowały gatunki późnojesienne zielonki, siwki (gąska niekształtna bodajże), rydze czasami opieńki chociaż te bywały i w lipcu no ale o tym bardziej szczegółowo w przygotowywanych opowiadaniach o kresach:)
    Pozdrawiam serdecznie:)
    Darz Grzyb Paweł:)

    • Paweł Lenart //12 Mar 2020

      Z grzybami jest jak z kobietami. Są nieprzewidywalne. 😉 Twoje rodzinne tereny to jednak zimniejszy klimat niż Dolny Sląsk i szybsze postępowanie jesieni, stąd – tak myślę – szybsza reakcja grzybni na wydanie owocników późniejszej jesieni. A o kresach poczytam z wielką przyjemnością.
      Darz Grzyb! 😉