facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 03 Kwi, 2019
- brak komentarzy
Kultowe grzybobrania. Część 4. Wrzesień 1991 rok. Grzybobranie „na jednej ręce”.

Sierpień 1991 rok. Cały czas kształtowałem się jako przyszły postrach świata mykologicznego. ;)) Po lipcowych zbiorach jagód, sierpień – z reguły  – był miesiącem odpoczynku, ale od zbiorów, nie od lasu. Zresztą od lasu nie da się „odpocząć”, bo to właśnie w lesie się odpoczywa i ładuje akumulatory. Sierpniowe wycieczki często były przeznaczane na poznawanie nowych terenów. 

Sierpnie na Wzgórzach Twardogórskich z reguły bywają suche, a nawet, jak mamy trochę wilgoci, to grzyb, raczej rośnie w mniejszości niż w większości. Oczywiście bywały miłe wyjątki od tych niepisanych reguł. No, ale sierpień 1991 roku był dość suchy i ciepły, co nie pobudziło obficie runa leśnego. Tym bardziej, apetyt rósł, na myśl o jesiennym wysypie grzybów. Na mapie, zaznaczałem, gdzie to nie pojedziemy i w jakie lasy, chociaż i tak wiedziałem, że najczęściej i najpewniej wylądujemy w Bukowinie. ;))

Końcówka sierpnia nie była zbytnio oczekiwanym czasem dla dzieci. Wiadomo, koniec wakacji i początek szkoły. Ja, wyróżniałem się pod tym względem ponieważ dla mnie to był wielki czas przygotowań do wypraw na grzyby i myślami byłem już w zagajnikach. Ostatnie dni wakacji spędzałem przeważnie na podwórku i w okolicach domu z kilkoma kumplami.

Z nudów kombinowaliśmy, jakby sobie urozmaicić ostatnie dni przed szkołą. A to bączki robiliśmy z kapsli butelkowych po wódce, sypiąc do środka saletrę z cukrem i „przerzucaliśmy” je na drugą stronę kamienicy albo graliśmy w piłkę, bądź łaziliśmy po dachach. To ostatnie zajęcie lubiłem ponieważ dostarczało adrenaliny, szczególnie, jak się wlazło gdzieś wysoko.

Jedno z takich miejsc znajdowało się przy szkole, gdzie wchodziliśmy na dach sali gimnastycznej, a kilka metrów wyżej, znajdował się drugi dach. Zdobycie jego było dla nas wyzwaniem, ale postanowiliśmy się na niego wgramolić. Mój kolega, który był wyższy, wykorzystał jakąś starą, długą, drewnianą dechę i wszedł po niej na niezdobyty do tej pory wyższy dach. Ale decha złamała się pod nim, przy czym udało mu się jeszcze złapać końca wyższego dachu i podciągnąć do góry. Ja zostałem niżej, już bez możliwości wykorzystania dechy.

Wtedy wpadliśmy na „genialny” plan, że ja się rozpędzę i maksymalnie podskoczę do góry, a kolega złapie mnie za ręce i jakoś podciągnie do góry. Pierwsza część planu wypaliła, wziąłem duży rozpęd, wybiłem się do góry, a kolega – kucając na wyższym dachu, zdołał złapać mnie za ręce. Szybko oparłem nogi o ścianę, żeby pomóc sobie przy tej wspinaczce, nie zważając, że przeciągam kumpla niebezpiecznie do dołu. W końcu, wydawało się, że już za moment znajdę się na wyższym dachu, ale siła, którą wytworzyłem, opierając się nogami o ścianę i licząc, że kolega zdoła mnie wciągnąć do góry, była zbyt duża.

Pamiętam tylko tyle, że kolega leciał nade mną i z impetem walnął głową o twarde podłoże niższego dachu, a ja –  gruchnąłem na prawy bark. Ból był tak silny, że przez dłuższą chwilę nie widziałem za bardzo gdzie jestem i co się stało. Kolega również. Kiedy wstałem i popatrzyłem na bark, widać było kość, która znajdowała się tuż pod skórą. Do otwartego złamania zabrakło kilku centymetrów…

Kolega zakończył wspinaczkę wstrząśnieniem mózgu, a ja – rozległym złamaniem prawej obręczy barkowej z całkowitym oderwaniem odłamów i przesunięciem znacznego stopnia. Przeszedłem poważną operację i na 2 miesiące zostałem zwolniony z nauki w szkole. Jednak największym dramatem dla mnie był fakt, że przed oczami pojawiła mi się wizja straconego z powodu nieobecności sezonu grzybowego… ;((

Mniej więcej w połowie września, kiedy minęły ponad 3 tygodnie od pechowego złamania barku i operacji, zaczynał się rozkręcać jesienny wysyp grzybów. Mój stan zdrowotny był coraz gorszy z powodu nasilającego się bólu pod prawą pachą i postępującej gorączki. Okazało się, że założyli mi za dużo gipsu i powietrze nie miało szansy dostać się pod pachę. Ciało zaczęło się psuć, aż doszło do zagrożenia życia. Rodzicie kilka razy interweniowali na pogotowiu, ale tam nas zmywali ponieważ nikomu nie chciało się ściągnąć gipsu. W końcu, mama po znajomości załatwiła innego lekarza, który bez wahania rozciął kilka kilogramów twardego gipsu i zaczął leczyć ranę. 

Poczułem wyraźną ulgę i szybko wróciłem do lepszego stanu, ale teraz trzeba było inaczej usztywniać bark i po wyleczeniu rany i codziennym zmienianiu opatrunków, nadal mieli wsadzić mnie w gips. Tak też się stało, ale teraz wycięli okienko w gipsie w okolicach pachy i nie powtórzył się dramat z pierwszego gipsowania. Już wtedy uświadomiłem sobie, że są lekarze z powołania (ten, który mnie operował, wykazał się najwyższym kunsztem chirurgicznym), jak i lekarze, którzy mają pacjentów w nosie.

Kiedy mój stan był już stabilny i spokojnie mogłem siedzieć w domu i zdrowieć (nauka nie za bardzo mi wtedy wchodziła do głowy, bo myślami byłem w lesie) ;)), ojciec postanowił, że w najbliższą sobotę pojedzie na grzyby, bo ma sprawdzone informacje, że zaczął się wysyp. Była to trzecia albo czwarta sobota września. Kiedy to usłyszałem, o mało nie wyszedłem z siebie. Jak tu przekonać rodziców, żeby pozwolili mi pojechać? Dużo bym wtedy mógł zrobić, żeby tylko wyrwać się do lasu. 

Chęć pojechania na grzyby była tak silna, że musiałem zapytać mamę, czy mogę w sobotę pojechać z ojcem na grzyby?. Oczywiście odpowiedź był natychmiastowa i jednoznaczna: „NIE”. W takim stanie? Zwariowałeś? Jeszcze się potkniesz i znowu się połamiesz… Wtedy zaczęły się negocjacje. Po pierwsze oświadczyłem, że będę chodzić bardzo wolno i blisko ojca. Po drugie – będziemy włóczyć się tylko po wygodnych, „dywanowych” lasach sosnowych, żeby zminimalizować ryzyko, a po trzecie – jak nie pojadę to zwariuję!!! ;))

Rodzice niechętni byli na moje argumenty, ale ostatecznie udało się ich przekonać i z rana o godzinie 5, zameldowałem się z ojcem na dworcu Nadodrze, gdzie czekała już na pociąg cała elita grzybowej paczki z koszami, wiadrami, plecakami, z roześmianymi gębami i tryskająca pozytywną energią. Romek o ksywce „długi” z uwagi na nieprzeciętny wzrost wtórował elicie, co rusz rzucając dowcipem i prawdziwkowymi opowieściami.

To był najlepszy lek na mój połamany bark! Ludzie lasu i wyprawa na grzyby. Niech wszystkie rehabilitacje świata się schowają. Kiedy grzybowe towarzystwo dowiedziało się o moim wypadku i zobaczyli moją prawą rękę na temblaku, a w lewej wiadro na grzyby, zgodnie stwierdzili, że jestem tak „poryty”, jak oni, tym samym dając mi do zrozumienia, że należę do ich „gangu”. ;))

Kiedy wyruszyliśmy z Wrocławia, rozpoczęły się pogawędki o grzybach. Panowała miła atmosfera napięcia grzybowego, podkręcana przez czołowych przedstawicieli grzyboświrków – Cześka, Jurka, Romka, Józefa, Henia i kilku innych tuzów. Heniu oświadczył, że był dwa dni temu w Bukowinie i naciął wielki kosz samych, młodych podgrzybków. Powiedział: „Panowie – zaczął się wysyp, a więc ten, kto nie nazbiera całego kosza, nie zostanie z powrotem wpuszczony do pociągu. Tylko młody ma taryfę ulgową bo zagipsowany, ale widząc jego fanatyzm, wiaderko powinno być pełne”. ;))

Trochę żałowałem, że miałem „tylko” 15 litrowe wiaderko, ale na większy pojemnik rodzicie mi nie pozwolili, żebym nie nadwyrężał jedynej, sprawnej ręki. Ojciec wziął oczywiście kosz. Kiedy wysiedliśmy w Bukowinie, pomyślałem: „To jest to, czego mi brakowało! Tato – w te pędy do lasu!” Mieliśmy iść wzdłuż torów, ale ojciec powiedział mi, że tam jest zbyt nierówno i ze względu na moją rękę, idziemy klasycznie – za chlewnię.

Szedł z nami jakichś gość. Nie należał do paczki grzybowej, ale znał się z ojcem z lat szkolnych. Po latach spotkali się na grzybobraniu. Ponieważ rozmowa się kleiła, wszyscy w trójkę, zaczęliśmy wytrzeszczać oczy w poszukiwaniu grzybów. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsze zagajniki i pierwsze podgrzybki. Musiałem co chwilę stawiać wiadro i wykręcać grzyby lewą ręką. Obierać i czyścić też. Brakowało mi sprawności i dyspozycji prawej ręki, ale szybko przyzwyczaiłem się do leworęcznego grzybobrania.

To było wszystko nieistotne. Najważniejsze, że byłem w lesie na grzybobraniu. „Grzybów było w bród” – pisał kiedyś Mickiewicz i to powiedzenie, dobrze oddawało wrześniowy wysyp podgrzybków w Bukowinie w 1991 roku. Podgrzybki były jędrne, twarde, zdrowe a jednocześnie suche, bo kilka dni nie padał deszcz. W koszu i wiadrze zaczęło pachnąć na kilka metrów kwintesencją jesiennego zapachu runa leśnego.

Znam ludzi, którzy nie jedzą grzybów, a nawet takich, którzy wręcz nie lubią ich jeść. Ale nawet oni stwierdzają, że zapachy grzybów są wspaniałe. Podgrzybki należą do grzybów aromatycznych i ich zapach jest po prostu z najwyższej półki runa leśnego. No i jeszcze pozostaje ich wygląd. Półokrągłe, brązowe łebki wystające z igliwia, mchu, paproci lub spod gałęzi, czynią dla oczu tak wiele, jak dla zmysłu węchu, czyni ich zapach. ;))

Po około 4 godzinach, zagrzybiliśmy się po uszy, tzn. pełne wiadro i kosz. Teraz to jednak czułem też ich ciężar, bo mały grzyb w dużej ilości, waży więcej, niż duży grzyb w małej ilości. Ale to także w żadnym stopniu nie było dla mnie niedogodnością. Poza rozwijającym się u mnie kultem lasu, miałem też wielką szansę wykazać się wśród Grzybowej Braci, że jestem „twardziel” i jak trzeba jechać na grzyby to i w gipsie i po operacji pojadę. ;))

Kiedy z dumą patrzyliśmy na zbiory i podjadaliśmy śniadanie, ja oczywiście nie byłbym sobą, żeby jeszcze nie zajrzeć tu i ówdzie. Zresztą ojca też korciło, żeby jeszcze depnąć na miejscówki, które nie tylko podgrzybkami darzą. I tak, pomału, na luzie, przeszliśmy jeszcze kilka ścieżek, duktów i rowów, wyciągając z kniei kilka prawdziwków, koźlarzy pomarańczowożółtych oraz ze trzy, porządne garście kurek.

Zbiór został odpowiednio przyozdobiony. Ja jeszcze lubiłem dodać do kosza i wiadra, kilka gałązek wrzosu lub innego, leśnego zielska, aby na stacji udowodnić, że ze mnie nie tylko „kozak”, ale też esteta i profesjonalista. ;)) Na stacji i w pociągu w drodze powrotnej nie było chwili wytchnienia od gawędzenia grzybiarzy. Sypały się gratulacje za moją wytrzymałość i grzybową determinację. ;))

Zostać docenionym przez tak zacne grono, było dla mnie niezwykle budujące. Ale żeby nie było za słodko, Romek postawił swój wielki kosz załadowany samymi prawdziwkami. Nie ukrywałem, że płytkie uczucie zazdrości przelało się przeze mnie. Powiedziałem, że muszę zrobić wszystko, aby taki kosz, samych prawdziwków, kiedyś samemu nazbierać. Romek widział mój błysk w oczach i tylko rzekł – „Spokojnie młody, kiedyś się doczekasz”. ;))

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.