facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 29 mar, 2022
- brak komentarzy
Kultowe grzybobrania. Część 18. Grzybowy maj 2004 roku.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 18. Grzybowy maj 2004 roku.

Czas kontynuować opowiadania, które dotyczą moich kultowych grzybobrań. Poprzednia, 17. część, ukazała się ponad 4. miesiące temu, a więc dość dawno. Pomału zbliżam się do końca całego cyklu opowiadań, ale nie wiem, czy w tym roku uda mi się zapiąć wszystko na ostatniego podgrzybka, ponieważ do napisania mam jeszcze 6. części, czyli łącznie opublikuję 24. opowiadania z “kultowych grzybobrań”, chociaż w lesie było ich znacznie więcej. Z całej puli leśnej przygody od 1988 roku, musiałem wybrać te najbardziej kultowe, czyli bardziej kultowe od przeciętnie kultowych. ;)) Biorąc pod uwagę tempo mojej pracy nad ich opracowywaniem i pisaniem, skłaniam się ku stwierdzeniu, że najpewniej ukończę wszystko w 2023 roku. Niemniej, postaram się w tym roku opublikować co najmniej 4. części. Następnie, w specjalnym wpisie podsumuję wszystkie części, z których wyciągnę praktyczne wnioski i spostrzeżenia, które przez te wszystkie lata zapisywałem w notatniku. Oczywiście będą one dotyczyć grzybów. To jest jednak jeszcze dość odległa perspektywa, najpierw trzeba ukończyć cały cykl kultowych opowiadań.  

W 18. części, od razu zrobiłem przeskok od sezonu grzybowego 2002 do sezonu 2004. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – rok 2003 był jednym z najgorszych sezonów w moim życiu i nie chodzi tu tylko o przewlekły i ciągnący się niedobór opadów, w związku z czym grzybów było jak na lekarstwo, a najczęściej w ogóle nie było. Jedyny pozytywny okres na grzyby to początek października, gdyż w połowie września, wreszcie zaczęło mocniej padać. Jednak zanim zdołał się ukształtować wysyp grzybów, przywaliło takim chłodem, że przez kilka nocy z rzędu odnotowano silne przymrozki (miejscami nawet -8/-9 stopni C). Młode klujące się grzyby zamarzły, a po ustąpieniu przymrozków przestały rosnąć. Dla naszej grzybowej paczki, najbardziej smutne wydarzenie nastąpiło przed sezonem grzybowym, na początku kwietnia 2003 roku, kiedy Jurek – mój Mistrz i grzybowy guru dla wielu grzybiarzy popełnił samobójstwo. To był koniec najpiękniejszego i najbardziej szalonego okresu dla zwariowanych grzybiarzy z Wrocławia. Dużo na ten temat napisałem w 4. części “historii grzybobrań pociągowych”: https://www.lenartpawel.pl/historia-grzybobran-pociagowych-czesc-4-5.html

Sezon 2004 roku rozpocząłem tradycyjnie w maju. Więcej o atmosferze, która wówczas panowała wśród paczki wrocławskich grzybiarzy po odejściu Jurka, również napisałem we wspomnianej, 4. części “historii grzybobrań pociągowych”. Początek maja był suchy, temperatury były przyjemne, wiosna na dobre zaczęła rozwijać swoją zieloną moc. Jednak im głębiej w maj, tym robiło się chłodniej i deszczowo, ale nie wszędzie. Pojawiło się sporo przelotnych opadów, niektóre były solidne, jednak obejmowały niewielkie tereny. Czasami dane z oficjalnych stacji meteo, zupełnie nie odzwierciedlały rzeczywistej sumy opadów, ponieważ zdarzało się, że nad stacją nie padało lub bardzo niewiele, a kilka kilometrów dalej porządnie lało.

To wszystko budziło wiele leśno-grzybowych wątpliwości, ponieważ nie było wiadomo, jak wyglądała sytuacja z opadami w Bukowinie i jej lasach. Jedyną receptą na ich rozwianie była osobista rewizja wilgotności ściółki w terenie. Wprawdzie jakoś tak nie łudziłem się, że nagle coś wyjątkowego wydarzy się w lasach z grzybowego punktu widzenia, ale czułem, że umiarkowane temperatury i wzrastająca wilgotność, nakazują i rozkazują zachować wzmożoną grzybową czujność, i że wizyta w lesie, co najmniej raz w tygodniu to obowiązek każdego szanującego się grzybiarza. ;))   

Atmosfera wśród grzybowej paczki była kiepska, ale pomału uświadamialiśmy sobie, że trzeba iść dalej i pielęgnować bukowińskie tradycje grzybowe, poza oficjalnymi początkami i zakończeniami sezonu z uwagi na odejście Jurka. Mimo wszystko, marazm wkradł się do nas, wielu grzybiarzy odpuściło majowe poszukiwania pierwszych grzybów, jednak ja z niecierpliwością czekałem na pierwszego w sezonie rurkowca. Najbardziej obstawiałem pojawienie się koźlarzy, ewentualnie ceglasi lub kurek. Te gatunki grzybów, z podstawowego asortymentu, zazwyczaj najszybciej pojawiają się w lasach Bukowiny i okolic.

W połowie maja sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Było rześko, temperatury nie pozwalały na szybkie wyparowanie tego, co napadało, w procesie trzymania wilgoci pomagało też częste zachmurzenie. Po osobistych oględzinach lasów, wyraźnie zauważyłem, że w Bukowinie padało więcej niż we Wrocławiu. Grzybiarze, którzy o tym nie wiedzieli, prawdopodobnie przypuszczali, że pada za mało i na pierwsze grzyby to nie wystarczy. Sugerowanie się tylko wrocławskimi opadami mogło zapędzić grzybiarzy w grzybowo-kozi róg. Po powrocie z wycieczki, długo rozmawiałem z ojcem i zastanawialiśmy się, czy dobre warunki panujące w lasach pozwolą na ukształtowanie się majowego “mini wysypu”? Jeszcze nic nie znalazłem, ale za tydzień to może się już coś pokazać i trzeba będzie to koniecznie sprawdzić.  

Zbliżał się 22. maja 2004 roku, czyli 4. sobota miesiąca. To miał być dzień, w którym las odpowie nam na pytanie, czy po ponad dwóch tygodniach trwania przyzwoitych warunków na pierwsze punktowe wypryski grzybów, grzyby faktycznie się pokażą. Mieliśmy spory grzybowy niedosyt po fatalnym sezonie 2003 i bardzo chcieliśmy ujrzeć pierwsze kapeluszniki w nowym sezonie. Na wycieczkę pojechaliśmy sami, nikt z naszej paczki nie stawił się z rana na dworcu Nadodrze. Wzięliśmy ze sobą jeden niewielki koszyk, który schowaliśmy do torby, żeby ludzie z zewnątrz nie dowiedzieli się o naszej tajnej grzybowej misji. ;))

Po godzinie wysiedliśmy w Bukowinie na stacji i pomału wyruszyliśmy przez pola, łąki, dróżki i dukty za grzybem. Jak wędrowcy, którzy ciągle za czymś podążają, szperają w leśnych zakamarkach, kręcą się tu i tam. W lesie było piękne. Wiosenne aromaty mile drażniły nasze nozdrza. Były przeszywające od leśnej wilgoci, która uwalniała je pod postacią tysięcy niewidzialnych kropelek. Zwierzyna leśna radowała się z nastania czasu obfitości pokarmu na łąkach, skubiąc trawę i nawet niespecjalnie zwracała na nas uwagę. Po zimnych, ciemnych oraz trudnych warunkach zimowych, nastał czas ciepła, spokoju i leniuchowania.

Zaczęliśmy skrupulatnie sprawdzać alejki brzozowe, w których lubują się koźlarze pomarańczowożółte i doczekaliśmy się pierwszych krawców w nowym sezonie! Nie były to duże ilości, ale po przejściu kilku alejek, około 10-ciu pięknych kozaków leżało na dnie w koszyku, a my cieszyliśmy się do nich jak głupcy do sera. ;)) Tak to już jest wśród grzybiarzy – zapaleńców, których rozumieją tylko inni grzybiarze zapaleńcy. Znalezienie pierwszych rurkowców sprawiło nam ogromną radość, ale też dało wielką motywację do dalszego poszukiwania następnych koźlarzy. Przeszliśmy lasami prawie pod Golę Wielką, aby później odbić w prawo, aż za szlak kolejowy. Nasz entuzjazm trochę okrzepł, ponieważ wokół Goli grzybów nie było, ale przed nami było jeszcze wiele miejscówek do sprawdzenia i nie wierzyliśmy, że na tym, co znaleźliśmy do tej pory, nasz zbiór się zakończy. 

W 2004 roku grzybne miejscówki za torami były jeszcze bardzo gęste, niepoprzecinane i nie przerzedzone trzebieżami. Grzyb ścielił się gęsto i mniej ludzi tam zaglądało, ponieważ niewygodnie się chodziło. To był ich wielki atut. Obecnie, nie ma śladu po tej młodzieńczej dzikości i nieokiełznaniu lasów za torami. Wszystko jest równe, przestronne i wygodne, czyli klasyka gospodarczego lasu. Enklawy leśnej ciasnoty i niedostępności są tam na wymarciu. Pewnie kiedyś powróci ta dzikość, prawdopodobnie po całkowitych zrębach i odnowieniach lasu, ale później przyjdą następne trzebieże zrównoważonej (i niestety anty-grzybowej) gospodarki leśnej. I tak w kółko. Obecnie, nie widzę tam szansy na obfite wysypy grzybów, które ostatni raz notowałem w sezonie 2016. Przypuszczam, że pojawi się za kilka lat, kiedy drzewna młodzież bardziej podrośnie. 

W maju 2004 roku były to jeszcze wspaniałe miejscówki. Zaczęliśmy z ojcem chodzić po bukowym zagłębiu (nazwa wymyślona przez nas) i znaleźliśmy w nim kilka sztuk pięknych młodych krasnoborowików ceglastoporych. Kilkaset metrów dalej mieliśmy miejscówkę na kurki, w której znaleźliśmy ze 3 spore garście żółtych rarytasów do jajecznicy. Później odbiliśmy na alejki brzozowe i to w nich rosły kolejne koźlarze pomarańczowo-żółte. Za torami istniała wtedy wyjątkowa miejscówka na krawce. W środku młodych lasów sosnowych – wtedy jeszcze bardzo gęstych, znajdowało się spore zagłębienie terenu, w którym sosny były pomieszane z brzozami. Miejsce to odkryłem w 1997 roku. Było wyjątkowo obfite w koźlarze pomarańczowo-żółte, ale pojawiały się w nim również podgrzybki, kurki, a nawet prawdziwki.

Za każdym razem, kiedy przedzieraliśmy się przez gęstwinę zwartych, ciasno rosnących obok siebie sosenek, ciarki przechodziły nam po plecach na samą myśl, że oto wchodzimy do wyjątkowej, grzybowej enklawy, która nieraz tak obfitowała w grzyby, że praktycznie dobijaliśmy w niej do pełnych koszy i kończyliśmy zbiory grzybów. 22 maja 2004 roku miejscówka ta obdarowała nas kilkunastoma młodymi, bardzo jędrnymi krawcami. Poza ogromną radością i frajdą wynikającą ze znaleziska, uświadomiliśmy sobie z ojcem, że grzybnia została tu solidnie pobudzona. Zatem powstało pytanie – co może się w niej wydarzyć w ciągu następnego tygodnia? Wiedziałem już, że do nadejścia czasu następnej wycieczki, będę przebierał nogami z niecierpliwości i ciągle rozmyślał o tym, co się dzieje w bukowińskich lasach.  

W sumie nazbieraliśmy prawie cały koszyk, w drodze powrotnej skubnęliśmy jeszcze kilka młodych krawców, kurek i ceglasi. Jak na drugą połowę maja to zbiór był wyśmienity, ale wiedzieliśmy, że to jest dopiero początek, i że najważniejszy majowy poker grzybowy rozegra się za tydzień, pod warunkiem, że nagle warunki pogodowe nie zmienią się na dużą niekorzyść i wówczas grzyby ogłoszą powszechny bunt, a więc przestaną się wykluwać. Na szczęście dobre warunki utrzymywały się, chociaż deszcze jakby zaczęły mizernieć, ale w lesie, wciąż zalegała wilgoć po opadach wcześniejszych. Po powrocie do Wrocławia, nikt nie wyszedł na przeszpiegi z naszej paczki, co wzbudziło w nas zdziwienie. Mniejsza o to. Myślami byliśmy już w lesie za tydzień.

Jak się czeka na wypad do lasu to tydzień wlecze się okropnie. Wreszcie nadszedł piątek i czas przygotowania się na majowe grzybobranie. Wieczorem mieliśmy wszystko zapięte na ostatni guzik, a ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Chociaż miałem już 25 lat, to wciąż zachowywałem się jak małe dziecko czekające na wymarzony prezent. Już widziałem alejki brzozowe, bukowe zagłębie, ukryte dukty, lśniące w wiosennej trawie, machach i jagodnikach kapelusze koźlarzy. W sobotni poranek przyjechaliśmy na dworzec Nadodrze około 30 minut przed odjazdem pociągu do Bukowiny. Z naszej paczki stawił się Tadek “Góral” oraz Czesiek. To byli starzy wyjadacze i doskonale wiedzieli, że trzeba sprawdzić las, ponieważ coś jest nie tak. Coś gna człowieka do lasu. Jest przyzwoicie z wilgocią, opady też były jako takie, więc bez wizyty w lesie się nie obejdzie.

Do Bukowiny – poza naszą czwórką, nikt w dniu nie pojechał. Ludzie o tej porze roku nie myślą jeszcze o grzybach. Największa ilość grzybiarzy odwiedza lasy późnym latem i jesienią, kiedy pojawia się szansa na najobfitszy wysyp grzybów. Mnie od małego uczono, że w maju warto pochodzić za pierwszymi grzybami, a jeżeli warunki wydają się korzystne, to tym bardziej należy sprawdzić miejscówki. Majowe grzybobrania są niezwykle emocjonujące, ponieważ nie mamy w nich do czynienia z hurtowym wysypem, czyli takim, że grzyby można “kosić” kosą. W maju grzyby trzeba wybiegać, wyszperać, wywęszyć i wytropić. Tu nie chodzi o ich ilość. Chodzi o emocje, które towarzyszą człowiekowi przy znalezieniu każdego owocnika. Czasami przez dwie godziny nic się nie znajdzie i w momencie, kiedy przychodzi zniechęcenie, czy nawet zmęczenie przez filtrowanie leśnej ściółki, nagle znajdujemy 3-4 przepiękne grzyby, dzięki którym wraca stan grzybowej euforii.

Poza tym, w lesie panuje błogi spokój, nie ma nawoływań innych licznych grzybiarzy, parkingi są puste, czyli same plusy dodatnie. ;)) I właśnie w takiej atmosferze spokoju, chociaż wewnętrznego, wielkiego napięcia grzybowego, podążaliśmy 29 maja 2004 roku do bukowińskich lasów. Tadek poszedł za chlewnię, Czesiek obrał kierunek na Wydzierno, a my z ojcem tup, tup wzdłuż torów, aby jak najszybciej dotrzeć do brzozowych dołków koźlarzowych ukrytych w gęstwinie tysięcy sosen. Zanim tam doszliśmy, zaczęliśmy znajdować koźlarze pomarańczowo-żółte we wcześniejszych miejscówkach. W bukowym zagłębiu czekały na nas piękne krasnoborowiki ceglastopore, a w miejscach na kurki, pieprzniki lśniły żółtymi barwami w soczystych, zielonych paprociach i mchach.

Po drodze mieliśmy jeszcze kilka zakamarków do sprawdzenia, ale zgodnie stwierdziliśmy, że sprawdzimy je w drodze powrotnej. Nogi były niesione myślami o koźlarzach w krawcowym eldorado. Znaliśmy drogę na skróty, przez zagajnik podgrzybkowy, okopy prawdziwkowe i zajęczą ścieżkę. To były charakterystyczne dla nas punkty, które sami nazwaliśmy. Istnieją do dzisiaj, ale obecnie są bardzo prześwietlone i przecięte. Ich dawny magiczny, “duszny” i tajemniczy klimat został znacznie zredukowany przez prace gospodarcze. W 2004 roku były to jeszcze miejsca wybitne z grzybowego punktu widzenia.

Byliśmy coraz bliżej magicznej miejscówki, przyśpieszyliśmy i nagle TRACH! Wyrżnąłem jak długi! Pod piaszczystym podłożem skrywał się gruby korzeń sosny, o który zahaczyłem lewym gumowcem. O mało salta w powietrzu nie wykonałem! Nic mi się nie stało, ale nieźle się wystraszyłem. Ojciec, kiedy upewnił się, że nic mi nie jest, śmiał się od ucha do ucha. Rzekł – “Paweł, spokojnie, grzyby nie uciekną, nikogo w pobliżu nie ma. Nie musimy tak gnać, damy radę.” ;)) Dawno takiej gleby w lesie nie zaliczyłem, parsknąłem i śmiałem się sam z siebie. Boże, przez te grzyby to człowiek jeszcze nogi połamie albo zniszczy koszyk. Na szczęście zdołałem odrzucić go w bok, aby nie upaść na niego z całym impetem.

Wreszcie weszliśmy do sosnowego młodnika. Wysokość drzewek wynosiła wtedy 5-6 metrów. Rosły w rzędach, ale było tam bardzo ciasno. Po przejściu zaledwie kilku metrów, człowiek był cały w igłach, kawałkach pędów, pajęczynach, pająkach i innych owadach. Kosze były zabezpieczone, na głowach mieliśmy czapki, ale za koszulki i tak naleciało nam sporo leśnego materiału. Nie traktowaliśmy tego w kategoriach niewygody czy dyskomfortu, ale w kategorii grzybowej przygody, trochę szalonej, niezwykłej i wyjątkowej. Gdzieś w pobliżu czmychnęły sarny, a my pomału zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie zaczynają się brzozy, natomiast teren wyraźnie się obniża.

Zaczęliśmy się rozglądać, otrzepując ubrania z igieł. Pierwsze brzózki rosnące w pakiecie z sosnami były na widoku. Podeszliśmy bliżej i ujrzeliśmy kilka sztuk, bardzo mocarnych w trzonach oraz okrągłych w kapeluszach koźlarzy pomarańczowo-żółtych. Wystawały spod grubej warstwy igieł i mchów. Wyglądały jak zaczarowane, tak, jakby rosły w odległej krainie, za pradawnym lasem dębowym, dwustu-letnią buczyną i dziesiątkami hektarów nieprzebytych trzęsawisk. Docierali tam nieliczni, z których większość zagubiła się i nie trafiła do koźlarzowej enklawy, gdzie grzyb panuje i króluje.

Dalej to już poszło tak, jak mieliśmy w zwyczaju. Postawiliśmy plecaki i z samymi koszykami wyruszyliśmy obejrzeć całą miejscówkę. Łza w oku się kręci, kiedy przypominam sobie te grzybowe wydarzenia i wyprawy, które przecież miały miejsce nie tak dawno, ale przykryła je mgła, biegnącego bezwzględnie czasu. Wkrótce minie 20 lat od tamtego grzybobrania, a ja wciąż widzę śp. ojca, który schyla się po kolejne krawce, czyście je pieczołowicie, ogląda, zachwyca się nimi i dumnie układa w koszyku. Czyniłem podobnie. Kiedy znajdowaliśmy jakieś wyjątkowo piękne egzemplarze, jeden wołał drugiego i wspólnie podziwialiśmy dzieło lasu i Matki Natury. 

Następnie jeden z nas ostrożnie wykręcał grzyba, chociaż tę przyjemność, ojciec najczęściej pozostawiał dla mnie. Każdy grzyb był cenny jak sztabka złota. Co tam sztabka złota, był jeszcze cenniejszy. W ciągu półtorej godziny, dwa średniej wielkości koszyki zapełniły się majowymi koźlarzami, które wyglądały jak malowane. Tak pięknych i mocarnych kozaków to często nawet podczas jesiennych grzybobrań nie udawało nam się znaleźć. Następnie zrobiliśmy sobie przerwę na kanapki i picie. I ponownie instynkt grzybiarzy dał o sobie znać. U nas przerwa śniadaniowa oznaczała chodzenie z kanapką w dłoni za grzybami… ;))

Po wyjściu z super-miejscówki, postanowiliśmy zajrzeć w zakamarki, których nie obeszliśmy z rana. W nich dozbieraliśmy grzybów pod same pałąki, przy czym – poza krawcami, zaleźliśmy sporo ceglasi i kolejne garście kurek. Jak na tę porę roku, były to zbiory fenomenalne, wybitne i w rozważaniach o “kultowych grzybobraniach” nie mogłem opuścić tego grzybobrania. Po przyjściu na stację, podzieliliśmy się wrażeniami z buszowania po lasach z Tadkiem “Góralem” i Cześkiem. Oni też nazbierali po pełnym koszyku. Stwierdzili, że dawno nie było takiego grzybnięcia pod koniec maja, i że natychmiast należy planować następną wycieczkę, ponieważ wysyp ten, szybko może się zakończyć, tym bardziej, że w prognozach pogody straszą coraz wyższymi temperaturami.

Udało nam się pojechać na majowo-czerwcowe grzybobrania jeszcze dwa razy, tj. 3 i 5 czerwca. Grzybobranie z 3. czerwca było na podobnym poziomie, chociaż zrobiło się zdecydowanie cieplej i część koźlarzy miała już bardziej wyblakłą barwę kapeluszy, a ceglasie zaczęły robaczywieć. Zmniejszyła się też ilość kurek. To grzybobranie miało miejsce w lasach Bukowiny, gdzie ponownie najwięcej krawców znaleźliśmy w ukrytych obniżeniach terenu, wśród sosen i brzóz za szlakiem kolejowym. To również było kultowe grzybobranie. ;))

5. czerwca dla odmiany pojechaliśmy do Grabowna Wielkiego. Zrobiło się już sucho i gorąco, ale krawce jeszcze dawały radę, chociaż było ich znacznie mniej niż w Bukowinie. Z dużym wysiłkiem nazbieraliśmy jeden kosz i zakryliśmy dno w drugim. Za to kilometrów nazbieraliśmy chyba ze trzydzieści. ;)) Kiedy myśleliśmy, że na grzyby poczekamy pewnie do września, niespodziewanie zaczęło mocno padać po połowie czerwca. Przyzwoite opady utrzymywały się do połowy lipca, co zaowocowało drugim krawcowym uderzeniem w lasach podczas sezonu 2004.

Po połowie lipca nastąpił definitywny koniec letnich grzybobrań, za to było bardzo dużo jagód i to nich skupiliśmy się podczas kolejnych wypraw. Jesień 2004 roku grzybowo była taka sobie. Wysyp wprawdzie się pojawił, ale był raczej skąpy, bardziej punktowy niż obfity z uwagi na małą ilość opadów. Wytrwali grzybiarze potrafili uzbierać sporo grzybów, mimo to, zasadnicza część sezonu grzybowego była wymagająca. Wiosenno-letnie grzybobrania trochę zrekompensowały niedosyt po fatalnym sezonie 2003, niemniej jesień raczej zawiodła, ponieważ oczekiwano od niej wielkiego odreagowania po zeszłym roku, a tymczasem była średnia na grzybowego jeża.

Teraz mamy już 2022 rok, a zatem minęło ponad 17 lat od majowo/czerwcowego wysypu w 2004 roku i nadal widnieje on w mojej kronice na liście tych, które do tej pory nie powtórzyły się pod względem obfitości koźlarzy pomarańczowo-żółtych, ceglasi i kurek w lasach Bukowiny Sycowskiej i okolicach. Przecież bywały bardziej mokre maje i to znacznie, np. w sezonach 2005, 2010, 2013 czy 2014, ale żaden z nich, nawet w 50% nie może równać się w ilości grzybów z majem 2004. Zawiodły też bardzo podobne termicznie i wilgotnościowo maje sezonów 2019,2020 i 2021. Co więcej, ostatnie 3. sezony notowały w maju większe opady, niż sezon 2004.

Gdzie zatem tkwi tajemnica warunków, które ukształtowały majowy wysyp 2004? Do dzisiaj się nad tym zastanawiam i wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi. Czy to ogromna chęć grzybów do wyjścia po bezproduktywnym sezonie 2003, sprowokowała ich masowe pojawienie się, czy jednak w następnych sezonach czegoś zabrakło w warunkach termicznych, wilgotnościowych, itp.? Można sobie tylko gdybać przy kanapce z wędliną, przegryzaną marynowanym podgrzybkiem. ;))

Mam jeszcze jedną teorię, która mówi, że wybitne miejscówki grzybowe, w których rosły w dużej obfitości koźlarze i inne gatunki grzybów, zostały zbytnio zniszczone przez gospodarkę leśną i nawet lepsze warunki niż te, jakie zaistniały w fenomenalnym maju 2004, nie sprowokują już takiego wysypu. Jednakże istnieją jeszcze inne miejscówki, do których nie doszły trzebieże i zręby i one też nie sypią grzybami tak obficie, jak to miało miejsce w 2004 roku. Może przyczyna jest gdzieś pomiędzy? Trochę warunki pogodowe, trochę gospodarki leśnej i grzyby zastopowały?

Trudno to wszystko ogarnąć. Jedno nie ulega wątpliwości – sezon sezonowi nierówny, złożoność procesów grzybotwórczych jest tak różnorodna, jak ilość gatunków leśnych grzybów, wraz z ich kształtami, barwami i zapachami. Nie ma sezonu, który by czymś mnie nie zaskoczył, i myślę, że tak już pozostanie do końca życia. Po opracowaniu wszystkich części kultowych grzybobrań, postaram się rozwinąć ten wątek, dla usystematyzowania obserwacji z praktyki leśnego włóczęgi i dla przyszłych pokoleń grzybiarzy, którzy dopiero kopią brzuchy swoich mam. ;))

Podsumowując – majowy i częściowo czerwcowy wysyp koźlarzy pomarańczowo-żółtych, krasnoborowików ceglastoporych oraz kurek z dogrywką na początku lipca, który miał miejsca na Wzgórzach Twardogórskich w sezonie grzybowym 2004, do dzisiaj nie powtórzył się. Wszystkie następne maje i czerwce były znacznie uboższe pod kątem grzybów, pomimo, że niektóre sezony charakteryzowały się bardzo podobnymi lub nawet lepszymi warunkami pogodowymi w tym okresie. Może maj 2022 roku przełamie “legendę” 2004? Jakoś bez przekonania to piszę, ale grzyb jeden wie, jaki scenariusz napisze las na nadchodzący sezon. Wkrótce się o tym przekonamy, bo do rozpoczęcia Tour De Las & Grzyb 2022 jest już blisko, zaledwie kilka tygodni.

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.