facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 09 lis, 2021
- 2 komentarze
Kultowe grzybobrania. Część 17. Lipiec 2002. Rekordowy niewypał w Bytnicy.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 17. Lipiec 2002. Rekordowy niewypał w Bytnicy.

Do tej pory w cyklu kultowych grzybobrań opisywałem najczęściej rekordowe grzybobrania, jakich doświadczyłem w moim życiu, począwszy od 1988 roku, kiedy to jako 9-latek rozpocząłem regularne wycieczki do lasu, a sezony grzybowe stały się dla mnie najważniejszymi wydarzeniami w roku. Część 17. będzie nieco inna, ale po kolei. Sezon grzybowy 2001 był fenomenalny i do dzisiaj wspominam go z wibracjami w duszy, kiedy pomyślę o nieprawdopodobnej ilości prawdziwków w Borach Dolnośląskich, rekordzie kurkowym w lasach Bukowiny Sycowskiej i ogólnej w skali województwa dolnośląskiego obfitości grzybowej, która wtedy mościła runo leśne.

Nasza paczka wrocławskich grzybiarzy, a ja wraz z nią, byliśmy niezmiernie ciekawi, jak ułoży się sezon grzybowy 2002. Jego rozpoczęcie tradycyjnie rozpoczęło się w maju w Bukowinie Sycowskiej. W okresie wiosenno-wczesnoletnim nic specjalnego się nie wydarzyło pod kątem grzybów, a głównym winowajcą tej nic-specjalności były dziadowskie warunki hydrologiczne. Majowe opady należy zaliczyć do kategorii bardzo skąpych, czerwiec też był lichy, zatem na dobre rozpoczęliśmy sezon jagodowy, które wystartował o czasie, czyli mniej więcej w połowie czerwca. W 2002 roku wyraźnie było już widać, że pociągiem do bukowińskich lasów jeździ zdecydowanie mniej ludzi w porównaniu do lat 90-tych. 

Jakbym miał wskazać na główne przyczyny zmniejszania się ilości grzybiarzy pociągowych to wymieniłbym dwie. Pierwsza, naturalna, spowodowana umieralnością pociągowej starszyzny grzybowej lub choroby uniemożliwiające im leśne wyprawy, a druga przyczyna jest sztuczna, spowodowana gwałtownym wzrostem ilości samochodów. Coraz więcej grzybiarzy zaczęło przechodzić na ten środek transportu, natomiast w następnych latach, samochód stał się dominującym środkiem dla przeważającej populacji grzybiarzy i tak już pozostało. Dzisiaj pociągiem na grzyby lub na wycieczkę do bukowińskich lasów i innych na trasie do Ostrowa Wielkopolskiego jeździ garstka ludzi. W okresie poza sezonem jagodowym i grzybowym, poza mną, można czasami jeszcze spotkać dosłownie 3-4 osoby. Za to w sezonie grzybowym lasy “oblepione” są samochodami ze wszystkich stron.

Samochód stał się środkiem transportu, do którego grzybiarze bardzo silnie się przywiązali i wręcz uzależnili od niego. Obecnie nawet kilku moich bliskich znajomych nie wyobraża sobie, “jak można pojechać do lasu pociągiem”? Samochód to wiele plusów, wygoda (chociaż w pociągu zawsze można rozprostować kości), nieograniczenie rozkładem jazdy PKP i koniecznością powrotu na stację przed odjazdem pociągu. Niemniej wyjazd pociągiem to nie zdobywanie szczytów Himalajów i wielkie trudy z tym związane, jak się wielu ludziom wydaje. Trzeba sprawdzić rozkład jazdy, kupić bilet tam i powrót i w obu przypadkach przyjść na stację przed odjazdem pociągu. Oczywiście należy też pamiętać o ekwipunku w plecaku i odpowiedniej odzieży. Tak więc nie jest to coś “strasznego”. ;))

Niemniej do wygody człowiek bardzo szybko się przywiązuje i najzwyczajniej nie chce mu się tłuc pociągiem, kiedy może pojechać samochodem. Poza tym autem można dotrzeć do wielu miejsc, do których nie dojedzie się pociągiem i nie dojdzie pieszo od stacji. W takich sytuacjach samochód wygrywa bezdyskusyjnie. W 2002 roku grzybowa paczka wciąż trzymała się prężnie i do lasu jeździliśmy pociągiem. Po suchym maju i czerwcu, w lipcu jakby drgnęło z opadami, ale bez rewelacji. Za to potężna nawałnica, sklasyfikowana jako zjawisko ‘derecho’ zdewastowała na początku siódmego miesiąca w roku lasy w Puszczy Piskiej (12 tys. ha, czyli 11% jej obszaru).

Wtedy też coraz bardziej rozwijał się Internet. Czasami zaglądałem do niego z różnych kawiarenek internetowych, których we Wrocławiu przybywało w szybkim tempie. Nie miałem jeszcze pojęcia, jaki potencjał komunikacyjny ze światem tkwi w komputerze połączonym z siecią. Około połowy lipca, kiedy wróciłem z ojcem z całodniowej wyprawy do Bukowiny na jagody, spotkaliśmy na dworcu Nadodrze jednego z czołowych przedstawicieli naszej paczki – Jurka, który był bardzo podekscytowany informacjami, jakie pozyskał w zakładzie pracy. Okazało się, że zatrudnili w nim jakiegoś gościa z Zielonej Góry na stanowisku spawacza, który wprawdzie mieszkał we Wrocławiu, ale na weekendy wyjeżdżał do rodziny do Zielonej Góry.

Jurek bardzo szybko nawiązał z nim kontakt oraz znajomość, dzięki temu mógł mieć informacje z pierwszej ręki o sytuacji grzybowej z zielonogórskich lasów. Ten nowo przyjęty gość zdradził Jurkowi w tajemnicy, że za Zieloną Górą zaczyna się wysyp młodych podgrzybków, miejscami ludzie potrafią już nakosić po pełnym koszu pięknych, młodych lipcowych podgrzybków. Była to powalająca informacja, bo u nas było za gorąco i sucho, a o grzybach mogliśmy sobie pomarzyć. Jurek chciał zrobić coś szalonego i zaczął namawiać nas, żeby za 2-3 dni zaplanować lipcową wycieczką za Zieloną Górę. Pomimo zmęczenia po kilkunastogodzinnej skubaninie jagodowej, zarówno u mnie, jak i u taty zapalił się instynkt grzybiarza. Propozycja Jurka była świetna i postanowiliśmy umówić się na drugi dzień i omówić plan wyprawy. 

Wieczorem w domu gorączkowo rozmawiałem z ojcem o propozycji Jurka, tylko mama powiedziała, że za trzy dni mają jakieś ważne sprawy do pozałatwiania i wycieczka nie może się odbyć w tym dniu. Na drugi dzień pojechałem na Nadodrze, aby ustalić z Jurkiem konkrety zielonogórskiej wyprawy na grzyby. Jurek przyszedł punktualnie. Okazało się, że pasuje mu pojechać za 2 dni, ponieważ wtedy będzie miał wolne. Od razu mu powiedziałem, że za 2 dni tata nie będzie mógł pojechać, bo ma coś razem z mamą do załatwienia. Co tu wykombinować? – powiedział Jurek. Wiem! Pojedziemy we dwójkę. Ok. – odpowiedziałem. Tylko czy ojciec to przełknie, że taka wyprawa odbędzie się bez niego? Umówiłem się z Jurkiem ponownie na drugi dzień, wróciłem do domu i powiedziałem ojcu, jak wygląda sprawa. Podłamał się, ale od razu znalazł też optymistyczne rozwiązanie. Według tego co przekazał Jurkowi znajomy, wysyp dopiero się zaczyna, to pojedziemy razem za kilka dni. Rzekł do mnie: “Zrobicie z Jurkiem zwiady i jak się okaże, że naprawdę jest sporo grzybów to zaplanujemy kolejną wyprawę, tym razem wspólną, a i może ktoś z naszej paczki też będzie chętny na lipcowe grzybobranie za Zieloną Górą“. 

Ponownie zameldowałem się na Nadodrzu, gdzie czekał już Jurek. Powiedział, że rozmawiał m.in. z Cześkiem, Tadkiem “Góralem”, Heńkiem “Kotem” i Marianem “Jagiellończykiem” oraz Józiem “Klawiszem”, ale żadnemu z nich nie pasuje pojechać w tym dniu. A więc stało się jasne, że wyprawę odbędziemy tylko we dwójkę, natomiast pewnym jest, że wie o niej co najmniej kilkadziesiąt osób z naszej paczki, którzy będą z ogromną niecierpliwością czekać na nasz powrót i relację z wyprawy. Dla mnie to była też wyjątkowa wycieczka z uwagi na fakt, że Jurek był jednym z najlepszych grzybiarzy, jakich w życiu poznałem i od którego najwięcej się nauczyłem, jeżeli chodzi o wyszukiwanie najlepszych gatunków grzybów. Wspólna wyprawa z Mistrzem to było to. Szybko omówiliśmy wszystkie konkrety i na drugi dzień byliśmy umówieni na Dworcu Głównym, aby jeszcze w środku nocy wyruszyć do legendarnej Bytnicy, gdyż tam – według relacji nowego pracownika w zakładzie pracy Jurka – miało być najwięcej grzybów.

Wczesnym wieczorem miałem już wszystko przygotowane, tylko nie mogłem się zdecydować, jaki wziąć kosz? W końcu postawiłem na największego “bandziora”, gdyż Jurek powiedział, że też weźmie największy. Noc minęła mi z “szarpanym” snem jak to bywa przed takimi wyprawami, nerwowo budziłem się, żeby nie zaspać, byłem maksymalnie podminowany i nie mogłem się doczekać, kiedy wyruszymy z Wrocławia. W końcu przysnąłem głębiej, nie wiem, ile to mogło trwać, może 1,5 godziny i zadzwonił budzik. Skoczyłem na równe nogi. Po 30 minutach jechałem już nocnym tramwajem na Dworzec Główny, który przejeżdżał przez Nadodrze, gdzie dosiadł się Jurek. Za kilkanaście minut szliśmy na pociąg. Na dworcu było mało ludzi, niektórzy dziwnie na nas spoglądali, a my trochę byliśmy zaskoczeni, że jesteśmy jedynymi grzybiarzami, którzy maszerują na pociąg do Zielonej Góry. Powiedziałem do Jurka – a może z grzybami jest krucho i dlatego nikogo nie ma? Jurek odpowiedział, że ma nadzieję, że nikt jeszcze nie wie o wysypie i stąd jedziemy sami. Oby tak było – pomyślałem. Znajomy Jurka z pracy zapewniał, że podgrzybków jest już bardzo dużo, i że po koszu spokojnie nazbieramy.

W końcu wyruszyliśmy pociągiem pośpiesznym do Zielonej Góry, aby później przesiąść się na pociąg osobowy do Rzepina, który zatrzymuje się w Bytnicy. Lipcowe noce są bardzo krótkie i na niebie można było już dostrzec budzący się dzień. Po około 30 minutach przyszedł konduktor, który aż zakaszlał się ze zdziwienia na nasz widok. Co wy z takimi koszami jedziecie na szaber? ;)) Chyba nie na grzyby, bo przecież w lasach nic nie ma. Byliśmy zaskoczeni taką postawą konduktora, Jurek odpowiedział – “zobaczymy w drodze powrotnej kto ma rację”. ;)) Konduktor stwierdził, że on i dopowiedział – “panie, stale jeżdżę na tej trasie, w tym roku jeszcze nikt nie wracał z grzybami, trzymam za was kciuki, ale coś czuję, że tylko papierówki w sadzie mogą was uratować”. ;))

U mnie ponownie pojawiła się niepewność. Jurek, a jeżeli faktycznie jest krucho? Odpowiedział krótko – to powieszę tego nowego w pracy za jajca. ;)) Zaczęliśmy się śmiać i gawędzić o grzybach. Była to cenna rozmowa, Jurek dużo mi opowiadał, jak się nauczył wyszukiwać grzyby. Zdradził mi, że właściwie to nikt go nie nauczył tej sztuki. Wszystko osiągnął sam poprzez wnikliwą obserwację lasu, rodzaju gleby, rosnących w nim krzewów, gatunków drzew, ich wieku, ukształtowania terenu, itp. Dzięki temu udało mu się w pewien sposób wyćwiczyć instynkt, który “podpowiada”, gdzie poszukiwać grzybów podczas grzybobrania. “Tylko pamiętaj Paweł, jak nic nie rośnie, to sto instynktów ci nie pomoże, ale jak grzybów jest mało i rosną tylko w nielicznych, wybranych stanowiskach i fragmentach lasów, to wtedy możesz zapełnić kosz, podczas gdy inni wracają z lasu prawie na pusto”. 

Czas podróży upłynął nam wspaniale, prawie bez przerwy rozmawialiśmy o grzybach. W Zielonej Górze przesiadka na pociąg osobowy, kilka stacji po drodze i wreszcie wysiadamy sami w Bytnicy. Na stacji kompletna cisza, spokój i anielskie śpiewy licznych ptaków. Wyruszamy na wyczekiwaną wyprawę do Puszczy Rzepińskiej. Przypomina mi się mój pierwszy wyjazd za Zieloną Górę do Budachowa w 1992 roku (chociaż był zaplanowany właśnie do Bytnicy), który był ubarwiony tak wspaniałą atmosferą i klimatem, że nie sposób tego dokładnie opisać, ale namiastkę tych wrażeń starałem się uzewnętrznić słowem w piątej części kultowych grzybobrań ( https://www.lenartpawel.pl/kultowe-grzybobrania-czesc-5-wrzesien-1992-rok-pierwszy-wyjazd-za-zielona-gore-do-budachowa.html ).

Dzień już trwał na dobre, Słońce oświetlało wiejskie chatki, często jeszcze drewniane, takie przytulne, oldskulowe, na widok których człowiek od razu ma ochotę wejść do środka, powitać gospodarzy dobrym słowem, może wypić herbatę i pójść dalej. Z oddali słuchać było poranne pianie kogutów – najlepsze żywe budziki oraz szczekanie wiejskich burków, oznajmiających przybyszom z Wrocławia, że o ich obecności we wsi wie cały zwierzyniec i lepiej niech nic nie kombinują. Owszem, kombinowaliśmy, ale tylko pod kątem jak najszybszego znalezienia się w lesie. Po dłuższym marszu otworzyły się przed nami wrota Puszczy Rzepińskiej. Klasyczna brama zbudowana z piaszczystej drogi i kolumnowych, jednolitych sosen. Zapach lasu jeszcze bardziej pobudził nas do wejścia w głębię Puszczy

Plan naszego grzybobrania zakładał, że najpierw wyruszymy za grzybami w kierunku Jeziora Bytnickiego (zwanego też Środkowym) po lewej stronie torów w kierunku Radnicy, później zbliżymy się do Jeziora Głębokiego, gdyż tam zawsze rosło dużo prawdziwków i następnie wyruszymy w drogę powrotną do Bytnicy, trzymając się bliżej torów. Jednak najpierw rozciągały się przed nami hektary lasów typowo podgrzybkowych i to w nich upatrywaliśmy szansę na najlepsze zbiory, zgodnie z tym, co mówił kolega z pracy Jurka. Pierwsze wejście, idziemy bardzo wolno, “zaprogramowując” wzrok do wyszukiwania brązowych kapeluszy podgrzybków. Już miałem krzyknąć do Jurka – jest pierwszy podgrzybek, kiedy zorientowałem się, że to krowiak aksamitny, zwany obecnie ponurnikiem aksamitnym. Jurek po chwili też znalazł ponurnika, a więc mieliśmy pewność, że jakieś grzyby się pokazują i jest szansa, że w końcu trafimy na podgrzybki.

Minęło około 40 minut od wejścia w zwarte sosnowe lasy, a w koszach ani jednego grzyba. Od czasu do czasu w ściółce przewijały się jakieś gołąbki, ponurniki, goryczaki żółciowe i kilka innych, głównie letnich gatunków grzybów. Ściółka taka sobie, nie za wilgotna, nie za mokra, ale zero śladów jakichkolwiek grzybów rurkowych. Doszliśmy do wniosku, że skoro w zagajnikach nic nie ma, to podgrzybki rosną pewnie w bardziej prześwietlonych, starszych drzewostanach. Wyszliśmy na jedną z licznych leśnych dróg, obraliśmy kierunek na Jezioro Bytnickie, gdzie po drodze rosło sporo starszego drzewostanu sosnowego, takiego około 70-80-cio letniego. Po kilku minutach znaleźliśmy się wśród wyselekcjonowanych, witalnych starszych sosen, delikatnie kiwających się na wietrze. Mech, ściółka, gleba – wszystko perfekcyjne, ale podgrzybków wciąż nie ma. Niezrażeni, choć już lekko zaniepokojeni idziemy dalej. 

Przed nami na horyzoncie ukazała się piękna, długa aleja brzozowa. Spojrzeliśmy tylko na siebie i od razu wiedzieliśmy, że zaraz przejdziemy się po niej. Którą stronę wybierasz? – zapytałem Jurka? “Obojętnie” odpowiedział. “A wezmę lewą”. Czyli ja będę szedł po prawej. Ok. Kilkadziesiąt metrów i już wchodzimy w około 200-stu metrową, po prostu cudną alejkę brzozowo-sosnową ze szczyptą modrzewia, z licznymi wrzosami, stanowiskami borówek i mchów. Miejsce idealne nie tylko na koźlarze, ale też na kurki, prawdziwki, czasami podgrzybki, maślaki i inne gatunki grzybów. Idziemy bardzo wolno, skupieni, prześwietlamy ściółkę, zaglądamy w dołki, rowki, obok drzew, pod leżące gałęzie, ale wciąż zero podgrzybków i innych rurkowców.

Mniej więcej w połowie alejki wreszcie mamy pierwszy mini sukces grzybowy na koncie. Ja znajduję 5 kurek, Jurek 11. Dosyć duże, rozwinięte, świeże i pachnące. Kręcimy się wokół znalezisk skrupulatnie, bardzo powoli, rozglądamy się wokół jak sowa, oczy biegają niczym u kameleona, ale na tym kończy się kurkowy epizod. Później, do samego końca alejki już nic nie znaleźliśmy. Przed nami ponownie otwierały się wydzielenia starszych sosnowych lasów, ale w oddali było również widać młodsze i bardziej zwarte zagajniki. Postanowiliśmy przejść się po nich wzdłuż i wszerz. Nieśmiało zapytałem Jurka – czy masz podobne odczucie, że chyba niezłe jaja wyjdą z tej wycieczki. Jak dno w koszach zapełnimy to będzie sukces… Jurek od razu odpowiedział – “Paweł, już miałem ci to powiedzieć około pół godziny wcześniej, coś czuję, że ten nowy będzie wisiał za jajca tak, że w gazecie o tym napiszą”. :))

Cóż, na razie idziemy do samego jeziora, tam zrobimy sobie przerwę i popatrzymy, którędy najlepiej wyruszyć do drugiego jeziora, czyli słynnego wśród zielonogórskich grzybiarzy Głębokiego. Upływa sporo minut, Słońce przesuwa się po niebie, świecąc coraz wyżej i mocniej, na szczęście w lesie nie jest zbyt gorąco. Trochę dokuczają owady, ale w normie. Przechodzimy przez lasy znajdujące się w różnych strukturach wiekowych, poza gęstymi młodnikami. Las żyje lipcem i załatwia sprawy drzew i zwierząt. Dwóch wariatów z Wrocławia przemierza puszczańską krainę z wielkimi koszami jak na kopanie ziemniaków, w których znajduje się “gigantyczna” ilość 16 kurek. ;)) Czasami przystajemy na chwilę, żeby się napić i odpocząć od dźwigania takiej ilości grzybów. ;)))) Po kilku godzinach dochodzimy do Jeziora Bytnickiego. Spotykamy przy nim myśliwego, który wybrał się na leśny spacer. Był to starszy człowiek, dosyć tęgi, wysoki, z długą brodą. Darz Bór! – krzyknęliśmy. Darz Bór – odpowiedział. Zapytał nas skąd jesteśmy i po co nam tak duże kosze? Panie, na grzyby z Wrocławia przyjechaliśmy. Myśliwy za brzuch się złapał, nie mogąc się powstrzymać od śmiechu. Teraz? Grzyby? Codziennie jestem w lesie, jeszcze nic nie ma, czasami tylko kurki lub maślaki. 200 km jechaliście z takimi koszami? ;)))) Chyba ktoś was głupot nagadał i nieźle zrobił w trąbę. ;)))) Jurek powiedział – no jest taki jeden egzemplarz w mnie w pracy… 

A nie wie pan, gdzie cokolwiek można coś nazbierać? Myśliwy odpowiedział, jaki tam pan, Staszek jestem. Tu gdzie jesteśmy są dobre miejscówki grzybowe, natomiast jeszcze lepsze są jak się idzie na Głębokie. My właśnie tam będziemy iść – odpowiedziałem. W porządku, jak znacie te tereny to ok., bo są dosyć rozległe i wielu się tu pogubiło. Zaprowadziłbym was na świetne miejsca, ale co z tego, teraz naprawdę jeszcze nic w nich nie rośnie. Może na przełomie sierpnia/września będzie lepiej, jak nie dowali upałami i więcej popada. Teraz warto wybrać się na jagody, ale o grzybach niestety możecie zapomnieć. Pogawędziliśmy z myśliwym jeszcze z pół godziny, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy w kierunku Jeziora Głębokiego. Przy drodze udało nam się znaleźć kilka maślaków żółtych (obecnie modrzewiowych). Ja miałem 2 sztuki, Jurek 3. Chociaż przed nami było jeszcze kilka godzin pobytu w lesie, nasze zbiory grzybów już się nie powiększyły.

Lasy między Jeziorami były wówczas przepiękne. Nie wiem, jak wyglądają obecnie, ponieważ wiele lat w nich nie byłem. Rzekłem do Jurka – ale jaja, nieźle cię wkręcił ten gość z pracy. Nic mi nie mów – odpowiedział Jurek. Jutro się z nim rozprawię, jak nie postawi po robocie czegoś porządnego to będzie po nim… ;)) Pomyśl, jak na Nadodrzu chłopaki będą z nas pociskać. Co najmniej do końca sezonu. A co powiem w domu? Wygoniłem kobietę, żeby dokupiła ocet, marchew, cebulę, pieprz, liście laurowe, żeby też umyła i przygotowała ze 30 słoików do marynowania bo powiedziałem jej, że wrócę z pełnym koszem młodych podgrzybków. ;))) Czyli prawdziwe jaja to się dopiero zaczną! Już słyszę drącego z nas łacha Romka w pociągu, jak będziemy jechać do Bukowiny.   

Nie pamiętam ile czasu zajęło nam dojście do drugiego jeziora, czyli Głębokiego, za to pamiętam, że można było wtedy ułożyć regułę dotyczącą zagrzybienia zielonogórskich lasów i brzmiała ona mniej więcej tak: “im dalej w las tym większe bezgrzybie”. Przechodziliśmy przez różne typy lasów, alejki, zwarte zagajniki, luźne dojrzałe bory, a grzyby jakby diabeł ogonem nakrył. Kiedy doszliśmy do Jeziora Głębokiego mieliśmy już pewność, że nic nie uratuje naszego honoru grzybiarza. Nawet papierówek nigdzie nie ma, o których wspominał konduktor w pociągu. ;)) Jurek dodał, że ma nadzieję, że w drodze powrotnej będzie inna drużyna konduktorska, żeby chociaż mieć spokojną podróż do Wrocławia, bo tam to się zacznie…

Mimo wszystko nie traciłem jeszcze optymizmu. A nuż jakaś cudowna miejscówka po drodze się trafi, w której będzie dużo grzybów. W końcu jedna z zasad grzybobrań mówi o tym, że dopóki jesteś w lesie, wszystko może się zdarzyć. Powiedziałem o niej Jurkowi. Zatrzymał się, spojrzał na mnie i powiedział: “Pawcio, to wszystko prawda, ale reguła ta potwierdza się wtedy, kiedy gdziekolwiek coś rośnie i doświadczenie oraz szczęście sprzyjają grzybiarzowi. Dzisiaj ta reguła po całości bierze w łeb”. Trudno, trzeba się pogodzić z “klęską pod Bytnicą” i jedną z najbardziej spektakularnych grzybowych porażek w ostatnich latach. Jurek dodał – ty to się jeszcze jakoś wytłumaczysz, bo chłopaki wiedzą, że wyjazd do Bytnicy wziął się z mojej inicjatywy, ale co ja im powiem? Że stary i durny popełniłem taką gafę? Pojadą po mnie jak po łysej i szarej kobyle.; ))

Wracaliśmy w kierunku stacji, w pobliżu torów kolejowych. Lipcowe lasy Puszczy Rzepińskiej czarowały nas i mamiły, że może jeszcze coś znajdziemy, może warto odbić gdzieś dalej, w bok lub większą gęstwinę. Wiedzieliśmy, że w tym leśnym czarowaniu i zachęcie lasów do włóczenia się gdzie popadnie, grzybów i tak nie znajdziemy. Po prostu przejechaliśmy się na piękną wycieczkę, obejrzeliśmy wspaniałe lasy, ale jako grzybiarze zaliczyliśmy taki niewypał, że jego legenda i echo będą się po nas odbijać co najmniej przez kilka sezonów. ;)) Na stację do Bytnicy wróciliśmy około 20-stu minut przed przyjazdem pociągu. Siedziało w nim niewielu pasażerów. Wsiedliśmy do przedziału, w którym nikogo nie było. Lepiej nie pokazywać ludziom naszych “gigantycznych” zbiorów. ;))) Za to humor mieliśmy coraz lepszy, w końcu zaczęliśmy się śmiać jak po usłyszeniu świetnego dowcipu. “Dwa głupki” – powiedział Jurek. Stary i młody! ;)))) Zachciało się im lipcowego grzybobrania za Zieloną Górą to mają! 16 kurek i 5 maślaków! ;))))

Pamiętam, że bolała mnie twarz i brzuch od śmiechu. Na to wszystko przychodzi konduktor, na szczęście inny niż z rana. Był służbistą, z ponurym wzrokiem. Dzień dobry. Proszę bilety do kontroli – wypowiedział lekko ochrypłym grubym głosem. Parsknęliśmy na cały przedział. Wyciągnąłem bilety i prawie z ze łzami w oczach wręczyłem je konduktorowi. Ten – jeszcze bardziej posępny na twarzy sprawdził dokładnie bilety i skierował swój przeszywający wzrok do nas wypowiadając – “a co tak wam panowie wesoło, sprawdzanie biletów was tak śmieszy?” Jeszcze bardziej rąbnęliśmy śmiechem! ;)) Konduktor wyraźnie podirytowany nie wytrzymał i powiedział. To może mi zdradzicie, z czego się tak śmiejecie, chyba nie ze mnie? Ponownie nie mogliśmy się powstrzymać ze śmiechu, ale w końcu Jurek wziął kosze do ręki, skierował je do konduktora i powiedział, że jechaliśmy z takimi koszami na grzyby 200 km i nazbieraliśmy tyle, że tylko zapłakać lub śmiać się. My wybraliśmy to drugie. ;))) Wreszcie na twarzy konduktora pojawił się uśmiech. Powiedział do nas – faktycznie, ‘trochę’ wam nie wyszło to grzybobranie. ;))

W Zielonej Górze mieliśmy przesiadkę i kilkadziesiąt minut do dyspozycji. Zrobiło się gorąco, kupiliśmy w sklepie po 2 piwa i wsiedliśmy do pociągu na Wrocław. Humor dopisywał nam nieprzeciętnie, jeszcze rozbawił nas jakiś dziadek, który przechodził przez pociąg. Zatrzymał się przy nas, bo zobaczył ogromne kosze i pokiwał głową, coś mamrocząc pod nosem. Jurek zapytał – nie chce pan kupić grzybów? Nie przerobimy tego przez 3 dni. ;))) Dziadek spojrzał na nas, machnął ręką i poszedł. Dopadała nas głupawka, śmialiśmy się dosłownie ze wszystkiego. I w takiej atmosferze radosnej porażki grzybowej po ponad dwóch godzinach zbliżyliśmy się do stacji Wrocław-Główny. Trzeba się szybko ogarnąć, a najważniejsze to przemknąć do domu tak, żeby ktoś nas z naszej paczki nie zauważył. Jednak na dworcu czekała na nas niespodzianka. Wychodzimy z pociągu i szybko zmierzamy do wyjścia a tam mój ojciec, Romek, Czesiek, Józio Klawisz i Tadek Góral czekają na nas w trybie powitalnym… Jurek tylko spojrzał na mnie i powiedział , a niech to cholera weźmie. ;))

No i się zaczęło. ;))) Romek swoim donośnym głosem oznajmił, że jakbyśmy potrzebowali pomocy przy obieraniu to jest pierwszy chętny. ;)) Wszyscy razem poszliśmy na tramwaj, śmiechu było nie mniej niż w pociągu. Czesiek szybko zapytał – to co, w sobotę jedziemy za Zieloną Górę? ;))) Jurek odpowiedział – Czesiu, wiesz, że bardzo cię lubię i szanuję, ale zamknij się. ;)) Czesiek odparł – nie gniewaj się Jureczku, jakby co, to mogę ci podarować 3 butelki octu na marynaty, gdyby ci zabrakło. ;)) Tadek Góral dołożył swoje i powiedział, że ma dużo marchwi z działki i też może się podzielić. ;))) Józio Klawisz stoickim głosem dopowiedział – nawet jak sezon jesienny będzie lichy to zapasów już sobie narobicie. ;))) Żeby było jeszcze milej, mój tata powiedział, że dobrze, że wyszedł po nas na dworzec, bo sami nie dalibyśmy rady donieść tylu grzybów do domu… ;)))

Tak, jak z Jurkiem przypuszczaliśmy, darcie z nas łacha trwało do końca sezonu, ale i w następnych sezonach nutka uszczypliwości towarzyszyła nam ze strony naszej paczki. ;)) Kiedy po “bytnickim niewypale” jeździliśmy do Bukowiny, Romek zawsze nas witał pytając – “Są grzyby Bytnicy?” ;)) Jurek “rozprawił się” z nowym w pracy, przez którego pojechaliśmy do Bytnicy. Z tego co mówił, musiał okiełznać jego gniew dużą ilością płynu do rozmowy. ;)) Wieści o legendarnym grzybobraniu za Zieloną Górą szybko się rozeszły. Było wesoło, z duża dawką humoru i pozytywnych emocji, bo tak wyglądała atmosfera w naszej grzybowej paczce. Dystans samych do siebie i do wszystkiego, ale przede wszystkim przyjaźń, którą cementowało wspólne leśne i grzybowe hobby. Sierpień 2002 przyniósł pierwszy wysyp grzybów, ale – jak to ma często miejsce w letnich wysypach, trwał krótko i po upływie tygodnia, półtora szybko wygasł. Za to wrzesień – pomimo, że opady były raczej w normie, okazał się bardzo skąpym grzybowo miesiącem. Dopiero w ostatnich dniach coś drgnęło.

Największy wysyp wystąpił w październiku. Co ciekawe, bardzo mało było prawdziwków (chyba “wystrzelały” się w fenomenalnym sezonie 2001), koźlarzy i innych gatunków. Za to świetnie dopisały podgrzybki, których duże ilości zbierało się prawie do połowy listopada. Ogólnie sezon zapisał się jako przyzwoity. Jeździliśmy wtedy na przemian – raz do Bukowiny, a raz do Studzianki lub Wierzbowej. Prawdziwków było mało, ale prawdziwkowi wyjadacze dolnośląsko-borowi potrafili nakosić całe kosze szlachciców. Nasze zbiory w przeważającej ilości stanowiły podgrzybki. Pamiętam też jedno grzybobranie w Studziance, w strugach deszczu, który ustąpił dopiero w drodze powrotnej na stację. W tym samym czasie we Wrocławiu świeciło Słońce i było pogodnie.

Natomiast bytnicki niewypał w lipcu był dla mnie i Jurka najbardziej spektakularną grzybową porażką, która również zasługuje, aby znaleźć się w gronie kultowych grzybobrań. Uświadamia nam, że nawet doświadczeni grzybiarze mogą ulec podpuchom i przejechać się 200 km po 16 kurek i 5 maślaków. ;)) W obecnych czasach wydaje się to trudniejsze, z uwagi na znacznie większe możliwości śledzenia stanu grzybności poszczególnych lasów przez Internet, ale jeszcze w 2002 roku, najbardziej wiarygodnym (lub nie) źródłem grzybowych informacji były przekazy ustne. Następny sezon – 2003 okazał się jednym z najsłabszych na przestrzeni wielu lat. Przewlekły brak opadów i susza trzymały do września. Kiedy we wrześniu przeszły wreszcie większe opady i dawały nadzieję na październikowy wysyp, szybko zrobiło się bardzo zimno, natomiast solidne przymrozki zahamowały wzrost wykluwających się grzybów.

Zatem sezon 2004 miał być tym, który zrekompensuje dziadowszczyznę grzybową sezonu 2003. Czy prośby i życzenia grzybiarzy zostały wysłuchane przez pogodę i lasy? O tym będzie w następnej części kultowych grzybobrań, którą postaram się napisać jeszcze w tym roku, chociaż najpewniej pojawi się ona na początku Nowego Roku. Krótko scharakteryzuję w niej przebieg sezonu grzybowego 2004, ale daniem głównym będzie opis niezwykłego maja i początku czerwca, kiedy to można było nazbierać pełne kosze grzybów w lasach Bukowiny Sycowskiej. Na liczniku mamy już przełom 2021/2022 i pomimo wystąpienia w niektórych majach podobnych warunków hydrologicznych i termicznych, to do dzisiaj, tak grzybny maj na tych terenach nie powtórzył się.

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  • wojek //16 lis 2021

    Witam serdecznie Towarzysza Pawła:)
    Cóż tak to w naszym fachu bywa. Nie zawsze dolce vita:) No ale po kolei. Wspominasz o środkach transportu. Pociąg czy samochód? Paweł i jeden i drugi ma swoje wady i zalety. Pociąg wiadomo zawiezie Ciebie tylko na stację i nie będzie czekał. Spóźnisz się z jakichś przyczyn na odjazd – masz pecha a często i problem. Kiedyś miałem taką przygodę, wprawdzie przy wyjeździe na ryby a nie na grzyby ale to de facto to samo. Uciekł mi pociąg, następny za kilka godzin bodajże 22:30. Dojadę do Białegostoku a co dalej. Trzeba się jeszcze dostać do miasteczka pod Białymstokiem. Na szczęście był jeszcze PKS bodajże o 20:30. Także udało się:) samochodem takich problemów nie masz. Ponadto zawsze można sprawdzić kilka miejsc. Długo by można pisać na ten temat. Paweł dla mnie sprawa jest prosta: co kto lubi i już:) Jeszcze innym tematem były kultowe wycieczki na grzyby autobusami zakładowymi. Niektórzy grzybiarze nie zdążyli dojechać do Leśnicy już spali. Później wypadali z autobusu (zamiast wysiąść) i układali się do dalszego snu gdzieś pod sosenką. Można i tak tylko zastanawia mnie po co gdzieś jeździć. Schlać to można się i w domu:) A i wstyd jakby mniejszy. No dość tych wstępów. Przejdźmy do rzeczy.

  • wojek //16 lis 2021

    Widzicie Towarzyszu nie wolno bezkrytycznie przyjmować doniesień o wysypie grzybów nie sprawdziwszy tych doniesień z kilku źródeł. Ale tam Towarzyszu. Ileż to razy przemierzałem kolejne kilometry Puszczy na początku z wielkimi nadziejami i małymi cholerami a później z każdym kolejnym kilometrem było coraz bardziej na odwrót. Do domu wracałem opłotkami żeby sąsiedzi nie widzieli ile to grzybów nazbierałem:) Ot czasami jakaś wysuszona kurka, gdzieś maślak albo piaskowiec modrzak, jakiś kozak nad brzegiem bagna na kilkanaście kilometrów lasu. Tak bywa. Natomiast uważnie przeczytałem fragment, w którym opisujesz wykład Towarzysza Jurka. To jest to. Wielu rzeczy tak samo jak Towarzysz Jerzy uczyłem się sam przemierzając kolejne połacie lasu, obserwując i wyciągając wnioski. I rzeczywiście kiedy grzybów nie było na nic była choćby największa znajomość lasu ale kiedy grzybów było mało swoje znalazłem zawsze a inni cóż…
    Paweł skończę na tym ten przydługi elaborat.
    Darz Grzyb!!!