facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 10 Cze, 2021
- brak komentarzy
Kultowe grzybobrania. Część 15. Lipiec 2001. Pieprznikowy (kurkowy) rekord.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 15. Lipiec 2001. Pieprznikowy (kurkowy) rekord.

Sezon grzybowy 2000 był na tyle niezwykły, że do dzisiaj jest wspominany przez wielu grzybiarzy. Dał on nowe spojrzenie na wysyp (pojaw) grzybów, które – jak się okazało – potrafią kompletnie zaskoczyć asortymentem jesiennym nawet w środku lata, czyli na przełomie lipca/sierpnia. Do chwili obecnej podobny wysyp grzybów z asortymentu jesiennego w lecie nie powtórzył się na Wzgórzach Twardogórskich, a minęło przecież 20 lat! Jednak sezon grzybowy 2001 roku nie chciał być mniej zaskakujący i przygotował dla grzybiarzy, w tym dla mnie – ciągle jeszcze młodego i uczącego się grzybiarza nie lada niespodzianki. Pierwsza nadeszła – podobnie jak rok wcześniej – na przełomie lipca/sierpnia.

Po połowie czerwca rozpoczął się sezon jagodowy – przyzwoity, chociaż było dość zimno jak na ten miesiąc i jagody trochę przystopowały w dojrzewaniu. Za to zbierało się je wyśmienicie, ponieważ chłodna, pochmurna pogoda jest najlepsza do wielogodzinnego okupowania stanowisk jagodowych. Człowiek nie męczy się szybko, nie poci, owady są bardziej wstrzemięźliwe w podkąsywaniu zbierających i owoce się nie zaparzają.

Opady były mniej więcej na przyzwoitym poziomie, oscylowały wokół normy, zatem po połowie czerwca – poza jagodami, zaczęły pojawiać się pierwsze grzyby, przede wszystkim koźlarze pomarańczowo-żółte i kurki. W drodze na jagody mieliśmy kilka miejscówek na te gatunki, dlatego chętnie buszowaliśmy po nich i za każdym razem wpadło nam do koszyka kilka sztuk dorodnych krawców i kilka garstek kurek na zupę i jajecznicę.

Na pewno nie był to pierwszy wysyp, a – jak ja to nazywam – punktowe wypryski. W niektórych miejscówkach grzyby się pojawiały, w innych nie było ani jednego owocnika. Największy uparciuch mógł wprawdzie niewielki koszyk uzbierać, ale musiałby łazić wiele godzin i przemierzać lasy od jednych miejsc do drugich. Myśmy ograniczali się do godzinki z rana przed jagodami i godzinki pod wieczór, czyli po zakończeniu zbierania jagód.

Były to niezwykle urokliwe chwile w bukowińskich lasach. Po całodniowym, w sumie dość monotonnym zbieraniu jagód i siedzeniu praktycznie w tym samym miejscu ponad 10 godzin, nagle mogłem swobodnie połazić przez godzinę po brzozowych alejkach i kilku wybranych zagajnikach. Znalezienie nawet jednego krawca od razu powodowało u mnie przypływ nowych sił witalnych i znaczne złagodzenie zmęczenia.

Wciąż były to beztroskie lata w bukowińskiej krainie. Do lasu jeździła cała nasza paczka grzybiarzy, oficjalne otwarcia i zakończenia sezonu miały się dobrze u Mietka w sklepie, Bukowiński Kult Lasu wrocławskich grzybiarzy wzmacniał się i był tylko dla wtajemniczonych. Poza nami i naszymi najbliższymi, ludzie wokół nie mieli pojęcia o nim, a my nie byliśmy skorzy do chwalenia się tym, ponieważ nie odczuwaliśmy takiej potrzeby. Ukręciliśmy nasze hobby wokół Bukowiny i jej lasów i tylko to się liczyło. Była to dobrze uformowana wspólnota, zarejestrowana wyłącznie w leśnych czeluściach, pod kierownictwem i przewodnictwem Bukowiny. ;))

Lipiec – podobnie jak rok wcześniej – przyniósł większe zmiany w pogodzie. Przede wszystkim rozpoczęły się deszcze świętojańskie. Nad bukowińskimi i okolicznymi lasami przeszło kilka potężnych ulew, a grzybiarze z naszej paczki już przebierali nogami, koszykami i nożykami. Czyżby szykowała się powtórka z czarodziejskiego wysypu 2000 roku? Tak nam się wydawało, ale las tradycyjnie napisał inny scenariusz. Grzyby zaczęły pojawiać się po połowie lipca, a im bliżej było sierpnia, tym grzybów było więcej.

Jednak nie był to asortyment jesienny. W pierwszej kolejności bardzo licznie pojawiły się prawdziwki. Często znajdowałem je w miejscach, w których nawet podczas dobrych jesiennych wysypów ich nie spotykałem. Pogoda była wilgotna, ale ciepła, miejscami duszna i parna. Prawdziwki rosły w dużych ilościach, ale stało się to, czego grzybiarze nie cierpią – do boju ruszyły robaki. Wysyp był tak robaczywy, że trudno mi to opisać. Do dzisiaj mam wzmiankę na jednym z biletów PKP z tamtego okresu, że na 100 znalezionych owocników, do kosza trafiło tylko 6 sztuk! To ukazuje skalę robaczywości wysypu. Prawdziwki były jak sito, nawet skrawków kapeluszy nie można było wykroić.

Grzybiarze byli załamani i wkurzeni. Mnie też ta prawdziwkowa robaczywość mocno irytowała. W końcu odpuściłem sobie ze szlachcicami i poszedłem przede wszystkim na koźlarze pomarańczowo-żółte, bo te – w przeciwieństwie do prawdziwków – były super jędrne i zdrowe. Zauważyłem, że krawce pojawiają się coraz liczniej, zatem następną wycieczkę zaplanowałem przede wszystkim na ten gatunek. Spotykałem też często większe skupiska kurek, zatem i one zostały wpisane do planu grzybobrania. Ojciec był zajęty i nie mógł pojechać, czyli szykowało mi się solowe grzybobranie. Wziąłem średniej wielkości koszyk o pojemności około 20 litrów. Był wtorek 31 lipca. Pogoda dość pochmurna, w nocy trochę padało, w powietrzu dominowało uczucie rześkości i przyjemnego chłodu.

Wycieczka od początku odbiegała od pewnych reguł. Przede wszystkim na dworcu Nadodrze we Wrocławiu nie spotkałem nikogo z naszej paczki. Część grzybiarzy pracowała, część nie pojechała z innych powodów. Niektórzy może zrezygnowali z powodu niepewnej pogody. W tamtych latach to była rzadkość. To znaczy brak grzybiarzy na Nadodrzu przed odjazdem pociągu do Bukowiny. Podróż minęła bezproblemowo i po ponad godzinie wysiadłem na stacji w Bukowinie. Zacząłem maszerować wzdłuż torów kolejowych, aby w miarę szybko, na skróty dotrzeć do kozakowych miejscówek. Później plan zakładał przemieszczenie się w okolice środkowej części bukowińskich lasów, w których przy okazji sprawdzę wiele innych miejscówek na koźlarze.

Przy pierwszych ścieżkach i duktach w lesie zacząłem znajdować prawdziwki. Część rosła, część była pokrojona i wyrzucona przez innych grzybiarzy. Na próbę wziąłem do oględzin, może z tuzin borowików. Wszystkie kompletnie robaczywe, niektóre aż raziły od ilości robaków. Trzony dosłownie przeżarte na wylot – “wypróchniałe” ja stare drzewo. Wtedy powiedziałem sobie, że nie schylę się już po ani jednego prawdziwka. Mam je w nosie. Niech się robale najedzą, to może na jesieni odpuszczą. To naiwne myślenie, ale tak wtedy ułożyłem sobie w głowie teorię zaspokojenia ogromnego apetytu tłustych larw. 

Wkrótce miałem przejść przez tory kolejowe, a że nie chciało mi się dreptać dróżkami przy których rosły prawdziwki, bo nie chciałem z raną na sercu ich zostawiać, postanowiłem przejść przez gęste zagajniki sosnowe, w których miejscami rosły też brzozy i krzewinki jagodowe. Tam nieraz spotykałem krawce, więc zacząłem iść wolniej i baczniej rozglądać się. Po przejściu kilku metrów znalazłem całkiem spore poletko kurek. Zdrowe, pachnące kury przyjąłem z ogromną radością. Chociaż im robaki odpuściły.

To poletko było całkiem obfite w kurki. Zanim się spostrzegłem, dno w koszyku było już zakryte. Pomyślałem sobie, że kurek już mi wystarczy, czas “zapolować” na grubego grzyba. Dość szybko ruszyłem przed siebie i wśliznąłem się w spontaniczny szpaler brzózek, który przebiegał przez jeden z zagajników. Koźlarza nie znalazłem, ale ponownie ujrzałem sporo żółtych, pofałdowanych kapeluszy kurek. Postawiłem kosz, czapkę zdjąłem z głowy i zacząłem zbierać dorodne pieprzniki. Kiedy już myślałem, że wyzbierałem wszystkie w zasięgu mojego wzroku, w brzózkach zacząłem znajdować kolejne skupiska kurek

Byłem zaskoczony ich ilością, we wszystkich poprzednich sezonach nie znajdowałem kurek na tych stanowiskach w takiej obfitości. W koszu było już całkiem przyzwoicie, dawno tylu kurek nie miałem, ale w końcu trzeba przejść przez tory i pójść na krawce. Tyle, że co chciałem przyspieszyć, to zauważałem skupiska kurek. Pomyślałem sobie, że jak tak dalej pójdzie to nie będę miał ich gdzie przesypać, oczywiście pod warunkiem, że znajdę większą ilość koźlarzy.

Nie miałem jeszcze pojęcia, że nie dotrę do torów. Im bardziej chciałem przyśpieszyć, tym więcej kurek las mi oferował. Nie zdawałem sobie też sprawy, że ten dzień zapisze się w moich grzybobraniach jako rekordowo obfity pod względem pieprzników jadalnych. Cały czas chciałem w końcu dotrzeć na te kozakowe miejsca, ale jak miałem to zrobić, skoro wokół rosło pełno leśnego drobiu? Kurki były bardzo okazałe, mięsiste w konsystencji, pachnące brzoskwiniami lub mirabelkami. To cudowny aromat. Stawiałem kosz w miejscu i co kilkanaście minut donosiłem czapkę wypełnioną kurkami.

Znalazłem się w połowie brzozowego szpaleru. Kurki jakby zaczęły mi odpuszczać. Teraz znajdowałem przeważnie po 5-6 owocników, ale jakie one były wielkie! Nietaktem było nazywać je kurkami, bowiem ich rozmiary pasowały do kogutów i dorodnych, leśnych brojlerów. ;)) W końcu dotarłem do końca brzózek, przede mną były już tylko sosny. Kurki skończyły się, ale połowę kosza zapełniłem leśnym drobiem. To już była dla mnie ogromna ilość pieprzników i życiowy rekord.

Myślami byłem za torami kolejowymi na tajnych miejscówkach koźlarzowych i w licznych alejkach brzozowych. Z zagajnika wyszedłem na niewielką drogę, która prawie prowadzi do torów kolejowych. Prawie, ponieważ jakieś 100 metrów przed torami urywa się i trzeba przejść przez urokliwą buczynkę. Po prawej stronie drogi rósł wtedy gęsty zagajnik sosnowy, jeszcze nie zubożony i nie poprzecinany trzebieżami.

Szedłem wolno, ponieważ było to wspaniałe, zaciszne miejsce, które podczas jesieni obfitowało w podgrzybki i to te z górnej półki – z kasztanowatymi, ciemnymi kapeluszami i grubaśnymi trzonami. Korciło mnie, żeby na chwilkę tam wejść, pomimo, że był to naprawdę gęsty zagajnik, w którym panował swoisty i klimatyczny półmrok.

Odszedłem od ścieżki kilka metrów, za grubszą sosną, przy której był dołek postawiłem plecak, kosz i postanowiłem na kilka minut przejść się po sosnowym, gęstym i zwartym zagajniku. Pomyślałem, że może znajdę w nim podgrzybka, chociaż miałem świadomość, że to raczej moje widzi mi się, które las niekoniecznie zechce zrealizować. Mniejsza z tym. Po prostu tam wszedłem i po kilku krokach przecierałem oczy ze zdumienia. 

Runo w zagajniku było skąpe, przeważało igliwie sosnowe, a na nim, gdzie okiem nie zerknąć, kurka na kurce. Było ich znacznie więcej niż w poprzedniej miejscówce. Aż mi się gorąco zrobiło. Przez moment pomyślałem, że może przyjdę tu jak będę wracał z koźlarzowych miejsc. Szybko przyszła refleksja. A jak nie przyjdę? Który normalny grzybiarz pozostawi takie znalezisko, skoro jest jeszcze sporo miejsca w koszyku?

Trudno, koźlarze poczekają. Cofnąłem się po plecak i koszyk, wszedłem z nimi głębiej w zagajnik, postawiłem i wziąłem się za delikatną sztukę zbierania kurek. Tylu pieprzników na niewielkiej powierzchni jeszcze w życiu nie widziałem. Owszem, było jedno takie grzybobranie za Zielona Górą – dokładnie w Gądkowie Wielkim, gdzie udało mi się nazbierać około 5-6 kg kurek, ale tu już było widać, że łącznie z tymi co nazbierałem będzie ich więcej i ciężej.

Tak, jak na poprzednim stanowisku, tak i teraz donosiłem do kosza wypełnioną kurkami czapkę i wciąż znajdowałem kolejne skupiska tego grzyba. Jak kosz był zapełniony w 75%, postanowiłem, że koźlarze muszę dzisiaj odpuścić, bo nie będę miał je do czego zbierać. Nastąpiła definitywna korekta planu grzybobrania. Odpuszczam kozaki, dopełniam kosz kurkami i wracam do Wrocławia pierwszym pociągiem po godz. 13.

Kurki rosły w tym zagajniku jak “opętane”. Były dosłownie wszędzie. Wszedłem jeszcze głębiej, gdzie widniał niewielki prześwit i rosło trochę mchów. Tam to dopiero się działo. Kurki, koguty, brojlery. W każdym rozmiarze. Najmniejsze zostawiałem, zbierałem tylko te średnie i największe.

Cała drobiowa akcja trwała maksymalnie około 2 godzin i kosz został zapełniony. Teraz to on nieźle ważył, więc tym bardziej nie chciało mi się lecieć na drugą stronę za kozakami. Naciągnąłem na kosz pończochę, żeby zwiększyć możliwości załadunku, ponieważ wciąż znajdowałem następne kurki. Gdzieś zaczęło do mnie docierać, że chyba to jest wyjątkowy zbiór i kurkowe szaleństwo, które przejdzie do mojej prywatnej historii jako niesamowite i kultowe grzybobranie.

Kiedy kosz został załadowany po pałąk i ważył chyba ponad 18 kg, postanowiłem wyjść z zagajnika i za wszystkich mocy podziękować lasom za to kurkowe, wyjątkowe i niesamowite szaleństwo. W duchu pomyślałem. Lesie! Coś ty narobił! Jechałem po krawce, a wracam z czubatym koszem drobiu! Tak pięknie krzyżować plany grzybiarzom potrafisz tylko Ty! ;)) To była kolejna, bardzo ważna i cenna lekcja od lasu, że nawet bardzo starannie przygotowany plan na wycieczkę lub grzybobranie powinien zawierać klauzulę – “Plan będzie zrealizowany, o ile Las go nie zmieni”. ;))

Po powrocie do Wrocławia, opowidziałem kilku znajomym grzybiarzom z naszej paczki o tym, co mi się przytrafiło. Gratulacji nie było końca, a ja po raz pierwszy w życiu nazbierałem taką ilość kurek, że mogłem je przerabiać na wszystkie sposoby – od sałatek i dodatku do jajecznicy do marynat, suszu i mrożonek. W domu pachniało kurkami wszędzie, w każdym zakątku. To był nieprawdopodobny zbiór, którego do dzisiaj nie udało mi się powtórzyć. Po zagajnikach kurkowych pozostało tylko wspomnienie. Obecnie są to dobrze prześwietlone po kilku trzebieżach, bardziej wyrośnięte bory sosnowe, a kurki rosną w nich rzadko i w małych ilościach.

Na koźlarze pojechałem za kilka dni i ominąłem kurkowe miejsca. Mieliśmy ich tyle, że starczyło dla wszystkich. Za to krawce dopisały świetnie. Do mniej więcej 10-12 sierpnia było chłodno i wilgotno i punktowo mieliśmy do czynienia z całkiem przyzwoitym wysypem koźlarzy pomarańczowo-żółtych. W sumie na koźlarze pojechałem wtedy 3 razy i za każdym razem przywiozłem prawie cały kosz kozaków, czym wzbudziłem żarliwe dyskusje w pociągu i wśród ludzi, którzy widzieli moje zbiory.

Później szybko się ociepliło, ściółkę przesuszyło i grzyby zaczęły zanikać. Miejsca kurkowe odwiedziłem ponownie po połowie sierpnia i znalazłem w nich dosłownie dwie garście podsuszonych owocników. Za to pojawiały się pierwsze podgrzybki, ale te letnie, o chudych trzonach i jasnobrązowych kapeluszach. Koźlarze były w zaniku, po prawdziwkach nawet robaki nie zostały. ;))

Rozpoczął się okres ciszy przed jesiennymi grzybobraniami, ale pierwszą część sezonu można było podsumować i uznać jako udaną, zarówno pod względem jagód, jak i grzybów, przy czym kurkowe, rekordowe grzybobranie było dla mnie najbardziej niezwykłe, niesamowite, nieplanowane i spontaniczne, którego scenariusz ułożył się bezpośrednio w lesie.

Ale nawet tak wybitne jak dla mnie kurkowe grzybobranie miało zostać trochę przyćmione w tym sezonie przez grzybobranie, którego doświadczyłem w połowie września w Borach Dolnośląskich. Pod koniec sierpnia ponownie zaczęły napływać chłodniejsze i wilgotne masy powietrza. Na początku września stan uwodnienia ściółki w dolnośląskich lasach był na dobrym poziomie, a prognozy pogody wskazywały na dalsze opady i korzystne temperatury.  

Wrzesień miałem wolny z uwagi na rok akademicki startujący w październiku i nie mogłem doczekać się początku jesiennego wysypu grzybów. Wraz kolejnymi opadami i przyjaznymi dla grzybów temperaturami, ciśnienie wśród grzybiarzy zaczęło gwałtownie rosnąc, przekraczając wartość tysiąca grzybopaskali. ;)) O tym będzie już w następnej części kultowych grzybobrań.

DARZ GRZYB! 😉

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.