facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 01 Kwi, 2021
- 3 komentarze
Kultowe grzybobrania. Część 13. Listopad 1999 roku. Niepodległościowa kumulacja gąsek liściowatych.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 13. Listopad 1999 roku. Niepodległościowa kumulacja gąsek liściowatych.

Sezon grzybowy 1999 roku dobijał do mety. U Mietka w sklepie w Bukowinie zrobiliśmy jego uroczyste pożegnanie na początku listopada i podsumowanie. Co tu dużo filozofować – był on kiepski, poza wiosennym incydentem grzybowym, lato zaoferowało upały i deficyt wody, jesień także była sucha, wrzesień poszedł na straty, jedynie październik dał trochę zagrzybienia w ściółce, ale trzeba było się mocno nachodzić po lasach, żeby coś więcej uzbierać. U progu listopada zaczęło mocniej padać, ale to już było za późno. Wszyscy doświadczeni grzybiarze stwierdzili, że teraz to sobie można boczniaki i pieczarki w warzywniaku kupić, a nie ostrzyć noże na porządne grzybobranie.

Jednak zakończenie sezonu, bez względu na jego przebieg, było zawsze uroczyste, bardzo wesołe, rozśpiewane, a i płynu do rozmowy towarzystwo nie szczędziło, wznosząc toasty za naszą paczkę, za dary lasu, za przyszły sezon, ale najwięcej toastów leciało za Bukowinę, bo to właśnie ta niepozorna wioska, która nas wszystkich oczarowała, połączyła tych zwariowanych i zbzikowanych na punkcie lasu ludzi. Dużo toastów była też za Mietka – gospodarza, który serdecznie przyjmował grzybowy gang z Wrocławia. ;))

Bardzo ciężko było się rozstać z lasem. Niektórzy grzybiarze jeszcze kombinowali, gdzie by tu pojechać, może na późne opieńki do Grabowna lub Dobroszyc, albo na zielonki w Bory Dolnośląskie, ewentualnie za Międzybórz – do Pawłowa lub Granowca. Rozpoczęła się żarliwa dyskusja o zielonkach w Bukowinie, a raczej o ich braku i rozprawiania nad przyczynami ich nieobecności w bukowińskich lasach, pomimo – wydawałoby się – występowania wyśmienitych stanowisk, które sprzyjają temu gatunkowi grzybów. Zielonki były zawsze “mitycznym” grzybem bukowińskich lasów. Tylko nieliczni grzybiarze potrafili je znaleźć, a jeszcze mniej liczni wiedzieli, że poza piaszczystymi siedliskami wśród sosen, zielonki rosną też w topolach osikach.

Po wielu latach okazało się, że jest to gąska liściowata, która właściwie wygląda, pachnie i smakuje identycznie jak gąska zielonka, jednak z uwagi na jej mikoryzowanie z osikami, nazwano ją inaczej, chociaż gdybym wtedy powiedział grzybiarzom, że zielonka spod osik to gąska liściowata to kazaliby mi się puknąć w czoło. Zielonka była tylko jedna i nieważne gdzie rosła, czy to pod sosnami, czy pod opadłymi liśćmi topoli osiki. O osikowych zielonkach opowiadał mi Mistrz Jurek i mówił, że wokół Bukowiny jest kilka miejscówek, w których można się nimi obłowić i to dosłownie. Mówił także, że raczej nikt tam nie chodzi i nie szuka ich, bo ludzie po prostu o tym nie wiedzą. Z ojcem wyczailiśmy jedną z takich miejscówek w 1996 roku, w której 2 razy nazbieraliśmy po kilka kilogramów “zielonek” z osik. Ta rozmowa z Jurkiem dała nam do myślenia, tym bardziej, że pod koniec października nazbieraliśmy całkiem przyzwoitą ilość tych grzybów.

Wróciliśmy z ojcem do Wrocławia, ale już wiedzieliśmy, że poza oficjalnym pożegnaniem sezonu u Mietka, my pożegnamy go jeszcze ze 3 razy. Pierwszy tydzień listopada był klasycznie listopadowy. Późna jesień opanowała stery w pogodzie, przeważały pochmurne, szare dni, często padała mżawka, ale zdarzały się też solidniejsze opady. Było chłodno, na szczęście bez przymrozków. Postanowiliśmy, że pojedziemy do Bukowiny na Święto Niepodległości, czyli 11 listopada. Dzień ten wypadał w czwartek. Ojciec miał piątek wolny (odpracował go w inny dzień), ja na uczelni także miałem wolne, zatem nie wisiała nad nami presja następnego dnia roboczego i można było się wywłóczyć od rana do wieczora, chociaż dzień był już bardzo krótki. Zaplanowaliśmy leśną okupację kniei zakończyć około godz. 16 i powrót pociągiem z Bukowiny po godz. 17. ;))

Na kilka dni poprzedzających naszą późnojesienną wyprawę zrobiło się porządnie mokro. Przeszły obfite opady, ale temperatury były wciąż na odpowiednim poziomie i nie notowano przymrozków. Ja tradycyjnie zaciskałem zęby, bo nie mogłem doczekać się wyjazdu do lasu. W dzień poprzedzający wyprawę chodziłem jak na szczudłach, a wieczorem to już byłem nakręcony jak sprężyna w starym zegarze. Debatowałem z ojcem, czy mamy zabrać 1 kosz, czy może 2. Ojciec obstawał za jednym, ja za dwoma. W końcu uległ, chociaż – jak powiedział – będą z nas łacha drzeć, że z dużymi koszami jedziemy na grzyby, kiedy już jest po “ptokach”. Ja się tym nie przejmowałem.

Z rana stawiliśmy się na baczność na dworcu Nadodrze i ku naszemu zaskoczeniu, do lasu postanowili też pojechać Józef “Ścigany” oraz Czesiek “Cejo”. Mieli po niewielkim, małym koszyku, a my wtarabaniliśmy się z dwoma dużymi koszami w zbójnickich rozmiarach. Ojciec miał rację, zaczęło się wesołe darcie z nas łacha. Czesiek przywitał się i od razu zapytał – jedziecie podpieprzyć kury czy gęsi? ;)) Ścigany dodał, że mamy dobre miejscówki na kartofle i dlatego jedziemy “na grzyby”. Głupawka nam się udzieliła i do samej Bukowiny jechaliśmy roześmiani, a jeszcze bardziej rżeliśmy, jak ktoś patrzył na nas i nasze kosze ze zdziwieniem. Swoje dołożył konduktor, który stwierdził, że wprawdzie sezon na szaber się zakończył, ale w sadach są jeszcze późnojesienne odmiany jabłek… ;))

Wysiedliśmy w Bukowinie około 6:30. Było jeszcze ciemno. Czesiek wysiadł z nami, a Ścigany pojechał do Sośni. Postanowiliśmy poczekać, aż trochę się rozwidni. Oglądałem teraz mroczną sylwetkę klona Bukowianina na stacji. Drzewa w nocy zawsze wyglądają bardziej tajemniczo, stoją w bezruchu jak wielkie duchy, budząc podziw, respekt i dając upust ludzkiej wyobraźni. Taki pozytywny mrok z nich bije. Wypiliśmy po kubku gorącej herbaty, żarliwie podyskutowaliśmy o wyższości zielonki nad opieńką i oczywiście o Bukowinie i jej lasach. Kilkadziesiąt minut szybko zleciało i dzień nieśmiało zaczął się przedzierać nad listopadową, całkowicie pochmurną Bukowiną.

Jakże niesłychanie i fantastycznie rozpoczął się ten dzień. Kompletna szarówka, mgła tak gęsta, że świata prawie nie widać, padająca, gęsta mżawka i wszechogarniająca cisza. Bezwietrznie. Kropelki mżawki łączyły się w większe krople i spadały z drzew na zrzucone dywany liści. Nostalgia i przemijanie z jednej strony. Niepohamowana radość i poczucie niezwykłości z drugiej strony. Zahipnotyzowało nas to wszystko. Przenikliwa wilgoć w powietrzu, chłód i rześkość. Od małego byłem łasy na takie mroczne klimaty i upajałem się tym wszystkim. Ojciec i Czesiek także chłonęli mistrzowski spektakl z gatunku “listopadowy dreszczowiec” w Bukowinie.

Odeszliśmy od stacji może ze 50-60 kroków, a budynku już prawie nie było widać. Wszystkie około-bukowińskie krajobrazy i pejzaże zostały zasłonięte przez rozlaną obficie mgłę. Rzadko mam okazję oglądać tak gęstą, mleczną powłokę. Ta była jakby z innej krainy. Dzień zamieniła w półmrok, Słońce chyba zapomniało wstać. Dzień na kręcenie horrorów, prawdopodobnie najlepszy w całym roku. I ta mżawka oraz cisza. Człowiek mógł się wsłuchać w bicie własnego serca, gałęzie drzew wydawały się zesztywniałe w bezruchu na wieczność.

Szliśmy do lasu bardzo pomału. Stwierdziliśmy, że mgła jest tak gęsta, że gdyby pojechał z nami Romek, który był najwyższym grzybiarzem z naszej paczki, to by własnych gumowców na nogach w niej nie dostrzegł. ;)) Wtedy też, po raz kolejny zresztą, uświadomiłem sobie, jak wielki błąd robią ci, którzy nie odwiedzają lasu poza zasadniczym sezonem grzybowym. Przecież taka mroczna aura to jest przyrodniczo-pogodowa wirtuozeria, jakiej nie mamy szansy obejrzeć w ciepłej porze roku.

Za to uwielbiam nasz klimat. Za wspaniałą różnorodność i przejście przez wszystkie pory roku. Bo w każdej z nich jest coś urzekającego, niepowtarzalnego i jedynego. Długo by o tym rozmawiać i pisać. Dnia i nocy by nie starczyło. A więc szliśmy na nasze ukochane, bukowińskie pagórki, dołki, dukty, pola, łąki, zarośla. W tej mgle, wszystko wyglądało inaczej, niesamowicie i do tego było polane sosem wielkiej tajemnicy, a przecież to “tylko” mgła.

Doszliśmy do lasu. Wciąż urzekała nas przenikająca cisza, przerywana tylko kapiącymi kroplami wody z drzew na opadłe liście i wszechobecna wilgoć. Las został zaczarowany przez duchy listopadowego mroku, które wcisnęły się w jego każdy zakątek. Czesiek rozejrzał się wokół i powiedział: “Ale niesamowity klimat! Jak ja się cieszę, że dzisiaj tu przyjechałem”. Ja z ojcem także byliśmy onieśmieleni aurą, którą przygotowała nam Bukowina.

Ojciec jeszcze dopowiedział, że dzisiaj mamy Święto Niepodległości, a las był zawsze sprzymierzeńcem Polaków, zwłaszcza w trudnych czasach powstań i wojen. Las dawał schronienie, pożywienie, pozwalał uniknąć palących promieni słonecznych, można było w nim przygotować strategię obrony i ucieczki. Historia naszych skomplikowanych i trudnych dziejów to w dużej mierze historia związana z lasami. 

Po dłuższej chwili zadumy, życzyliśmy sobie pomyślnej wycieczki i pełnych koszy. Czesiek po kilkunastu krokach przepadł we mgle, myśmy skręcili na lewo i zaczęliśmy zmierzać w kierunku naszej tajnej miejscówki na osikowe zielonki. To miejsce było ewenementem w promieniu wielu kilometrów. Podczas, gdy nigdzie nie można było znaleźć ani jednej zielonki, tam rosły w hurtowej ilości. Trafiliśmy na nie w 1996 roku, ale nie pod kątem zielonek, a koźlarzy czerwonych.

Pierwsze zielonki znajdowaliśmy w nim podczas jesieni 1997 roku, a rok później doszedł do naszej świadomości fakt, jaki potencjał grzybowy tkwi w tej cudownej alei osikowej, bo poza przepięknymi koźlarzami czerwonymi, znajdowaliśmy też dużo koźlarzy topolowych i właśnie osikowych zielonek. To było tylko preludium do tego, co miało wydarzyć się za kilkadziesiąt minut. Zanim doszliśmy do ukrytej alei między lasami, a ciągnącej się wśród pól i łąk, przeszliśmy kilka podgrzybkowych zagajników i w naszych koszach wylądowało kilkanaście późnojesiennych, czarnych łebków. Trzymaliśmy się blisko siebie, bo mgła ani na moment nie zelżała, a miejscami mieliśmy wrażenie, że jeszcze mocniej gęstniała.

Wyszliśmy z zagajników na skraj lasu. Mgła trzymała wigor, a naszej alejki nie było widać. Mieliśmy wrażenie, że zniknęła za dotknięciem czarodziejskiej różdżki duchów lasu albo… pomyliliśmy się i wyszliśmy w innym miejscu. Rozejrzeliśmy się wokół. Nie nie pomyliliśmy się. Wszystko znajome, tylko trzeba ścieżką przejść przez łąkę. W końcu zaczęliśmy dostrzegać niewyraźne sylwetki, praktycznie ogołoconych już z liści topoli osik, stojących w bezruchu jak całe bukowińskie lasy w tym magicznym dniu.

Ziemia była dobrze namoknięta, miejscami gumowce rozjeżdżały się w niej na boki. Wkroczyliśmy pomału na początek alejki, z wytrzeszczonymi oczami, bowiem dywan liści bardzo mocno potrafi przykryć grzyby, a szczególnie gąski, którym raczej nie śpieszy się do przebicia wyżej i ukazania swoich zielonych owocników. Już po przejściu kilku kroków, zorientowaliśmy się, że gąski w tym dniu rosną. Jest dużo młodych i średnich grzybów, czyli takich w najbardziej pożądanym stadium. Do tego odznaczają się jędrnością i zdrowotnością.

Zgodnie stwierdziliśmy, że postawimy koszyki i zaczniemy, krok po kroku, z pochylonymi sylwetkami wypatrywać grzybowe skarby ukryte pod liśćmi. Nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że pod nimi kryją się setki gąsek! Podczas zbierania danego gatunku grzybów, wzrok grzybiarza przyzwyczaja się do “filtrowania” podłoża i odnajdowania w nim owocników. Z każdą minutą byliśmy coraz bardziej wyczuleni (zaprogramowani) na osikowe gąski. Zebraliśmy kilka dużych garści grzybów, a przecież dopiero weszliśmy w alejkę, której długość wynosiła około 350-400 metrów.

Gąski były mocno wilgotne, a że rosły na żyznej ziemi, a nie w piachu, jak to ma miejsce u prawdziwej gąski zielonki, to i z czyszczeniem ich było mniej kłopotu. Zaczęliśmy się rozkręcać. Co chwilę donosiliśmy do koszyków pełne garście gąsek. Kiedy po kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że chyba dobrze wyczyściliśmy ten kawałek alejki, chwyciliśmy za kosze oraz plecaki i podeszliśmy kilkanaście kroków dalej.

Idziemy pomału, prawie jak na szczudłach, serca biją mocniej, grzybowe napięcie wzrasta do maksymalnego poziomu. Stawiamy koszyki, rozglądamy się i wszędzie widzimy dziesiątki gąsek osikowych, zwanych prawidłowo liściowatymi. Przez środek alejki przebiega niewielki rów z wodą. Po obu stronach rowu, także widzimy niespotykaną przez nas wcześniej ilość gąsek. Po prostu nas zamurowało. Spojrzałem tylko na ojca i powiedziałem, że chyba wzięliśmy za małe kosze… ;))

Ojciec zaśmiał się i odpowiedział, że też ma takie wrażenie. Przystąpiliśmy do mozolnego, ale jakże cudownego koszenia grzybów. Trzeba było bardzo ostrożnie chodzić, żeby nie rozdeptać gąsek ukrytych pod liśćmi. A było ich mnóstwo. To nie było grzybobranie, a hurtowy zbiór na okaziciela. I to wszystko w tej zaklętej mgle oraz bezwietrznej i ponurej aurze, która jakby nas ukryła w osikowej alejce przed całym światem. ;))

Nie minęły dwie godziny i nasze kosze były załadowane po pałąki gąskami, które pachniały w nich jak świeżo zmielona mąka, prosto z młyna. Przerażała nas tylko wizja zarwanej nocy nad ich przeróbką i myśl, co by z nich zrobić, bo przecież nie będziemy wszystkiego marynować, ponieważ wyszłoby ze 100 albo i więcej słoików. Jednak ojciec od razu wpadł na pomysł, że spróbujemy większą ilość grzybów zakisić, ale to wszystko już w domu, a teraz skupmy się na tym, żeby spokojnie wrócić na stację i zabezpieczyć grzyby przed wysypywaniem się z koszy.

W tym celu posiłkowaliśmy się związanymi rajstopami, dzięki czemu można było dozbierać grzybów pod sam pałąk. W plecaku miałem jeszcze starą torbę na zakupy, tzw. parciankę, którą też załadowaliśmy grzybami. Ten niezwykły zbiór zakończyliśmy mniej więcej w połowie osikowej alejki, natomiast drugiej połowy nie tknęliśmy, bo nie mieliśmy już w co zbierać.

Także w tej drugiej połowie alejki gąsek było zatrzęsienie. Byliśmy zagrzybieni po uszy, szczęśliwi i maksymalnie zaskoczeni, ponieważ tak ogromnej ilości gąsek osikowych na niewielkiej przecież powierzchni w życiu nie widzieliśmy. Owszem, czasami znajdowaliśmy duże skupiska gąsek zielonek w Pawłowie, za Kobylą Górą lub w Borach Dolnośląskich, jednak te osikowe gąski to było jakieś szaleństwo, inny wymiar grzybobrania. Jego nieobliczalność skutecznie wzbogaciła nieprawdopodobna aura, jaka panowała w Bukowinie 11 listopada 1999 roku.

Oddaliliśmy się nieco od maksymalnie zagrzybionej w tym dniu gąskami alejki, siedliśmy na pniakach drzew i podziwialiśmy zaczarowaną enklawę zatopioną we mgle i mroku listopadowej Jegomości. Jak to było możliwe, że w lesie nie można było znaleźć ani jednej gąski, a tu, dosłownie na środku pola, rosły ich nieprawdopodobne ilości. Pomyślałem, że wszystkie bukowińskie zielonki skumulowały się właśnie w tej alejce. ;))

Kiedy wróciliśmy na stację, na ławce pod klonem Bukowianinem siedział już Czesiek, który złapał się za głowę, kiedy zobaczył nasz łup. On także nazbierał grzybów, ale przede wszystkim podgrzybków i maślaków. Mówił, że miał swój złoty strzał pod Golą Wielką, gdzie w przerytym przez dziki kawałku lasu, znalazł enklawę czarnych łebków, a w młodniku na skraju dużo maślaków. Jednak stwierdził, że my rozbiliśmy dzisiaj grzybowy bank, łącznie z akcjonariuszami, zarządem, radą nadzorczą i prezesem. ;))

Przebywaliśmy na stacji jeszcze długo, ponieważ do pociągu mieliśmy grubo ponad godzinę. Mgła, mżawka i cisza, które opanowały Bukowinę od samego rana, wciąż królowały nad nią, dzięki czemu szybko zaczęło się ściemniać. Nie mogłem nasycić wzroku tymi widokami. Wtedy też powiedziałem do ojca, że musimy przyjechać do Bukowiny za tydzień, aby ponownie pójść po gąski. Ojciec odpowiedział, że za tydzień raczej nie będzie mógł pojechać, bo ma umówione jakieś spotkanie, ale mogę pojechać sam.

Jednak po 11. listopada pogoda zaczęła się zmieniać. Już dobę później napłynęło mroźne, arktyczne powietrze, a z 12 na 13 listopada chwycił kilkustopniowy mróz. Następne, także mroźne noce nie napawały optymizmem, ale gąski to grzybowe twardziele i niejednej mroźnej nocy potrafią stawić kapelusze. Pojechałem do Bukowiny ponownie, w sobotę 20 listopada, a więc 9 dni po naszym rekordowym zbiorze. Wziąłem koszyk, nieco mniejszy niż w Święto Niepodległości i od razu poszedłem do magicznej alejki.

Zebrałem może ze 2,5 do 3 kg gąsek i to po bardzo wnikliwej penetracji terenu. Leżało mnóstwo odciętych końcówek trzonów sprzed 9 dni, natomiast gąski, których wtedy nie zebraliśmy z drugiej części alejki, po prostu zanikły. Do dzisiaj zastanawiam się, co stało się z pozostałymi gąskami, których nie zebraliśmy 11 listopada i których wtedy zostawiliśmy mnóstwo. Nie było śladów zbierania ich przez innych grzybiarzy, liście nie wyglądały na wzruszone i poprzerzucane w celu wyzbierania grzybów. Nie zdołały się też rozłożyć, ponieważ było zdecydowanie za zimno na przyśpieszony proces rozkładu. Tajemnica lasu pozostała na zawsze nierozwikłana…

Magiczna alejka istnieje do dzisiaj. W 2003 roku została dość mocno przecięta z najstarszych drzew. Pomimo tego, gąski w mniejszej lub większej ilości wciąż w niej rosły, chociaż ich ilość, nigdy już nie osiągnęła nawet połowy tego, co widziałem w niej w 1999 roku. W ostatnich latach są już rzadkością, pomimo iż przybyło w alejce mnóstwo młodych osik, które rozsiały się w niej spontanicznie. Za to przybyło koźlarzy topolowych, a i czerwonych czasami rośnie w niej sporo. Alejka też mocno zarosła trawami, przez co trzeba się przez nią przedzierać.

Dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że gąski “zielonki” rosnące w topolach osikach to tak naprawdę gąski liściowate, a prawdziwe zielonki rosną tylko na kwaśnym, piaszczystym podłożu pod sosnami. W między czasie, najnowsze badania wskazały, że w pewnych warunkach, przy częstym spożywaniu gąsek zielonek, może dojść do silnego zatrucia (rabdomioliza). W związku z tym, autorzy niektórych atlasów grzybowych, umieścili gąskę zielonkę na liście grzybów trujących. Nie ma natomiast analogicznej wiedzy i wyników badań, co do gąski osikowej, czyli liściowatej. 

Ja od około 30 lat spożywam gąski, przy czym większą ilość, którą spożyłem to były gąski liściowate (o czym, przez większy okres mojej dotychczasowej kariery grzybiarza nie miałem pojęcia). Jednak nie przesadzam z ich konsumpcją, ograniczam się do ich spożycia maksymalnie 10-12 razy w roku, głównie w postaci gotowanej lub marynowanej. 

W 1999 roku po rekordowym zbiorze, przeważającą część gąsek zakisiliśmy i podjadaliśmy je po upływie około 4 tygodni do kanapek, drugiego dania i jako składnik do sałatek. Ostatnie, kiszone gąski liściowate (które są przepyszne), jedliśmy pod koniec lutego 2000 roku. Należy pamiętać, że trzeba je przechowywać w chłodnym miejscu (np. w piwnicy), i że kiszonki wydzielają niezbyt miły dla większości zapach. To w końcu kiszone grzyby a nie perfumy COCO CHANEL. ;))

O kontrowersjach związanych z gąskami zielonkami napisałem artykuł w 2015 roku, który warto przeczytać dla przypomnienia: https://www.lenartpawel.pl/jak-tam-panie-zielonka-kontrowersyjny-rarytas-poznojesiennego-lasu.html. Natomiast rekordowy zbiór gąsek liściowatych w Święto Niepodległości 1999 roku podczas całkowicie mglistej, ponurej i bezwietrznej pogody było grzybobraniem, które do dzisiaj, na samą myśl o nim, wywołuje u mnie gęsią skórkę (w końcu dotyczy gąsek). ;)) Część grzybowych zdjęć w tym wpisie mam od Janka Kochanowskiego – wybitnego grzybiarza ze stąporkowskich lasów, któremu bardzo za nie dziękuję z leśną mocą!

DARZ GRZYB! 😉

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  • wojek //03 Kwi 2021

    Witam serdecznie Towarzysza Pawła:)
    Powiem wam Towarzyszu, że łowy zielonkowe wyjątkowo Wam się udały:) Paweł czy to był jednorazowy połów czy bywały tam one regularnie? Zbierałem i ja wspomniane gąski może nie aż w takich ilościach ale głównie na Kresach a bliżej jeździliśmy w okolice mniej więcej Kobylej Góry. Na temat zielonek “wschodnich” będzie na pewno coś w części trzeciej lub czwartej. A powiem Ci ciekawostkę z naszego Pomorza. Zwiedzaliśmy miejscówkę nad jeziorem Siecino jest to samosiejka sosnowo – brzozowa. Rosną ( a właściwie rosły) maślaki w ilościach hurtowych, nie brakowało też kozaków czerwonych i brązowych, były i rydze a trafił się i boletus:) Skąd czas przeszły. Ano stąd, że samosiejka jest wycięta a miejscówki przerobione na działki budowlane. Ale któregoś tam razu wracam znad Siecina do samochodu drogą przez łąkę. Po lewej miałem pas osiki.

    • Paweł Lenart //17 Kwi 2021

      Cześć Wojtek. W tym miejscu przez wiele lat znajdowałem gąski liściowate, ale już nigdy w takiej ilości jak w opisanym listopadzie 1999 roku. W 2017 roku podczas wspólnej majowej wycieczki przechodziliśmy w pobliżu tej alejki, tylko już nie pamiętam, czy Ci o niej wspomniałem, czy rozmawialiśmy o czymś innym.

      Co do miejscówek z dawnych lat – niestety postępujący rozwój i zabieranie terenów pod wszelakie inwestycje powodują, że dużo stanowisk pozostaje już tylko wspomnieniem. ;-(

  • wojek //03 Kwi 2021

    Do złudzenia to miejsce przypomina Twoje zdjęcie chyba czwarte od góry robione przez Ciebie 4 lipca 2020. Idę więc sobie widzę, że rośnie trochę kapeluszników ale nie ma niczego godnego uwagi. Czyżby? Odszedłem zamyślony może dwadzieścia metrów kiedy coś mnie tknęło. Wróciłem się i … ależ tak rośnie cała paczka zielonek. Niech będzie gąsek liściowatych. Nie były to ilości nawet w przybliżeniu takie jak Twoje ale nie było ich tam tak mało. Zaglądam tam oczywiście zawsze jak jestem na Pomorzu ale jeśli znajduję to już tylko pojedyncze owocniki. Natomiast ciekawostką jest że wspomniane gąski spotykam w starodrzewiu sosnowych ale w grubym mchu – trzeba mieć szczęście żeby je wypatrzeć albo pod bukami w lesie sosnowo-bukowym.
    Serdecznie pozdrawiam
    Darz Grzyb!!!