facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Drzewa Wrocławia Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 20 Sie, 2020
- 2 komentarze
Kultowe grzybobrania. Część 11. Październik 1998 roku. Czerwony rekord.

KULTOWE GRZYBOBRANIA.

Część 11. Październik 1998 roku. Czerwony rekord.

Jedenasta część kultowych grzybobrań przypada na październik 1998 roku. Był to dla mnie bardzo szczególny rok w karierze grzybiarza. Nie dość, że praktycznie od późnej wiosny do końca października można było znaleźć jakieś grzyby, dzięki korzystnemu przebiegowi pogody, to jeszcze wygrałem “Turniej Czterech Stacji”, o którym napisałem kilka zdań w Historii Grzybobrań Pociągowych w części 3. ( https://www.lenartpawel.pl/historia-grzybobran-pociagowych-czesc-3-5.html ) oraz wreszcie rodzice pozwolili mi samemu jeździć do lasu, chociaż mama była wciąż niebyt chętna do wyrażenia na to zgody. W końcu miałem już 19 lat, a zatem byłem pełnoletni kozak.

To moje “kozaczenie” przełożyło się też na kozaki, które są głównym bohaterem tej części kultowych grzybobrań. ;)) Zbliżała się pierwsza sobota października. Sezon grzybowy trwał w pełni, a za oknem lał obficie deszcz i zrobiło się dość chłodno. Grzybowa paczka w najlepsze jeździła do lasu, generalnie panował stan grzybowego amoku i radości, ponieważ sezon grzybowy rozpętał się na dobre.

Jednak zanim napiszę o tym wspaniałym i kompletnie zagrzybionym dniu jaki przeżyłem, przedstawiam zdjęcia rozkładów jazdy wykonane przez bardzo miłego grzybiarza – Pana Mirosława Szklarczyka z Wrocławia, z którym miałem przyjemność osobiście się poznać w październiku 2018 roku w pociągu, kiedy to jechaliśmy wspólnie na grzyby do Bukowiny Sycowskiej.

W tym roku spotkaliśmy się pod koniec czerwca na stacji Dworca Głównego PKP we Wrocławiu kiedy celem wyprawy był m.in. jagody. Tak, jak kiedyś napisałem w piątej – ostatniej części Historii Grzybobrań Pociągowych, od 1992 roku zbieram wszystkie bilety PKP i PKS ze swoich leśnych wypraw. Kolekcja ta, co roku powiększa się o kilkadziesiąt nowych biletów z bieżących sezonów.

Pan Mirosław zrobił coś, co ja przeoczyłem. Do dzisiaj posiada rozkłady jazdy z lat 90-tych, m.in. do Bukowiny Sycowskiej, które obecnie są perełką, budzącą we mnie niezwykłe wspomnienia tamtych magicznych lat. Zdjęcia tych rozkładów odkopały w mojej głowie wielkie pokłady sentymentu, a myślami wróciłem do tych fantastycznych lat, które już nigdy nie wrócą i które zapisały się na stałe w mojej pamięci.

Kiedyś nie było tylu zmian rozkładów jazdy pociągów w ciągu danego roku, z czym mamy do czynienia obecnie. Także kupowałem książeczki z tymi rozkładami, ale po skończonym sezonie wyrzucałem je, gromadząc tylko bilety. To był poważny błąd, a raczej zaniedbanie. Dzięki Panu Mirosławowi mogę wrócić do czasów, które wprawdzie były uboższe w informację zbiorową i szybką komunikację między ludźmi, ale dzięki temu, ludzie częściej ze sobą spotykali się i rozmawiali w cztery oczy. Tym samym, rok 1998 stał się dla mnie jeszcze bardziej niezwykły. Panie Mirosławie – serdecznie dziękuję za te zdjęcia! ;))

Był piątek, 2. października 1998 roku. Startował sezon akademicki. Moi koledzy i koleżanki żyli już studencką codziennością, nowymi znajomościami, imprezami, podręcznikami, wykładami i ćwiczeniami. Też byłem tym zainteresowany, w końcu podjąłem się studiowania, chociaż radości z tego powodu nie okazywałem, pomimo, że dostałem się na Wydział Prawa i Administracji, ponieważ leśnictwo grało w mej duszy, a nie kodeksy, paragrafy i sztywna atmosfera Uniwersytetu Wrocławskiego.

Na szczęście była odskocznia od mojego studenckiego debiutu i to w dziedzinie, w której to ja mógłbym wykładać i egzaminować. ;)) Poznałem moją grupę, z którą miałem spędzić pięć lat na studiach i właściwie po pierwszym dniu i wspólnym wyjściu na piwo wiedziałem, że nie ma wśród nich fanatycznych grzybiarzy czy ludzi lasu, a zatem będę musiał ukrywać moje hobby, żeby nie wzięto mnie za wariata. ;))

Wcale się tym nie zmartwiłem. Miałem swoją grzybową paczkę, z którą rozumiałem się bez słów! Część studentów z grupy okazało się być spod znaku nieprzeciętnych sztywniaków, część było z wygórowanymi ambicjami i nosiło głowy wyżej niż sięgają chmury pierzaste cirrus, a tylko kilka sztuk było w miarę ludzkich i normalnych. Drażniło mnie to towarzystwo i raczej ich unikałem, ale jakichś fason trzeba była zachować, dlatego nie powiedziałem im wprost, że są beznadziejni. ;))

Sam Wydział Prawa i Administracji to była ogromna mieszanka osobowości i to zarówno wśród studentów, jak i wykładowców, ale podobnie jest chyba na każdej uczelni. Jednak pewną specyfikę zachowań, gestykulację, sposób mówienia, a nawet poruszania się, można było wyodrębnić wśród przyszłych prawników, urzędników, adwokatów i innych tworów biurokratycznego aparatu państwa prawa. Pasowałem tam jak łysy proboszcz do zespołu deathmetalowego… ;))

Dobrze, że nadeszła sobota, 3 października 1998 roku. Ojciec nie mógł ze mną pojechać do lasu i tak naprawdę to do dzisiaj nie mogę sobie przypomnieć dlaczego? W każdym razie do lasu pojechałem sam, oczywiście w pociągu towarzyszyli mi leśni fanatycy z dworca Nadodrze i okolic, w tym Jurek, Czesiek, Romek, Marian “Jagiellończyk”, Heniu “Kot”, Irka, Andrzej “Cyjo”, Józef “Klawisz”, Józef “Ścigany” i kilku innych tuzów grzybowego rzemiosła.

Większość ludzi z grzybowej paczki wykupiła bilety do Bukowiny Sycowskiej, w tym także ja. Ponieważ trwał bardzo dobry wysyp podgrzybków, znaczna część grzybowej braci obrała kierunek za kultową chlewnię, aby tam nazbierać czarnych łebków, których w tamtych czasach rosło nie do wyzbierania. Jak sypnęło porządnie to wracało się pierwszym pociągiem z załadowanymi po pałąki wszystkimi pojemnikami, jakie wzięło się do lasu.

Józef “Ścigany” tradycyjnie wyrwał jak torpeda wzdłuż torów, Romek cmyknął koło klona Bukowianina w kierunku na wioskę Wydzierno, tylko Jurek z Cześkiem postanowili pojechać dalej i uderzyć na lasy Pawłowa aby przedeptać je do Sośni Ostrowskich. Ja zacząłem grzybobranie od młodnika brzozowego, który rósł naprzeciwko stacji. Sam jeszcze nie byłem zdecydowany, czy pójdę w kierunku Królewskiej Woli, czy wezmę na warsztat inny rejon. Pierwsze miejscówki grzybowe miały mi rozwiać to niezdecydowanie.

Pojechałem na to grzybobranie naprawdę ciężko uzbrojony. W jednej dłoni trzymałem kosz o możliwości załadunku do 20 kg, w drugiej ciut mniejszy o możliwości załadunku około 13-14 kg. Chciałem przeżyć szalone grzybobranie, z którego wracałbym z językiem i oczami na wierzchu od ilości i ciężaru zabranych grzybów. Było to dla mnie istotne, aby udowodnić grzybowej paczce, że dobrze odrobiłem zadanie domowe z nauk mistrzów grzybowej sztuki.

Nie było w tym dniu mojego taty, który wspomógłby mnie swoimi zbiorami w razie słabszej formy lub nietrafienia w dużą ilość grzybów. Atmosferę presji na moją osobę podkręcił Romek, który z uśmiechem na twarzy, jeszcze w pociągu oznajmił, że wprawdzie wygrałem Turniej Czterech Stacji, ale dzisiaj mam udowodnić, ile jestem wart i jakim jestem grzybiarzem. Wiedziałem, że i tak Romek wszystkich znokautuje prawdziwkami, ale są podgrzybki, kozaki, kanie i inne grzyby, którymi ja mam szansą dołożyć towarzystwu, tylko muszę ich sporo nazbierać.

Dzisiaj ja z uśmiechem na twarzy wspominam tamte lata, ale wtedy byłem zmotywowany, skoncentrowany i brałem to wyzwanie naprawdę bardzo na serio. Pogoda w Bukowinie była wyśmienita, tzn. panowało całkowite zachmurzenie, padała mżawka, temperatura wynosiła gdzieś około 13-15 stopni C, a las był bardzo namoczony po ostatnich, obfitych opadach.

Dla grzybiarzy taka aura to miód na serce i duszę. Bukowiński młodnik brzozowy obdarował mnie na początek grzybobrania dwoma, masywnymi koźlarzami pomarańczowo-żółtymi i kilkoma koźlarzami brązowymi, z których wybrałem tylko młode i twarde owocniki. Trwał ogromny wysyp olszówek. Nawet tam, gdzie z reguły nie rosną, było ich do zatrzęsienia.

W jesiennym lesie – jak to w lesie, było spokojnie, cicho, pachnąco i grzybowo. Wilgotność była wyśmienita, toteż grzyby rozpychały się w ściółce solidnie. Jednak w tej ciszy trwała silna walka między podrygami ciepłej jesieni, a jej surowszą odmianą – ciemniejszą, zimniejszą, mglistą, pochmurną i wilgotną. 

Wszędzie było mnóstwo kolorowych grzybów – muchomorów, olszówek, mleczajów, czernidłaków, czubajek, czubajeczek, maślanek, zasłonaków. Cały przekrój jesiennego asortymentu, który można było znaleźć w bukowińskich lasach. Wiedziałem, że gdybym nastawił się od razu na podgrzybki, to po prostu bym wszedł w stare sosnowe bory, postawił koszyki i donosił do nich usypane górki z czarnych łebków.

Przede mną był cały dzień, więc postanowiłem trochę pobiegać za prawdziwkami, koźlarzami, zielonkami i innymi grzybami. Rosło też mnóstwo maślaków, ale przy tej chłodnej i wilgotnej pogodzie, większość z nich była zbyt nasiąknięta wodą i nie nadawała się do zbioru. Wyjątkiem były młode owocniki, jeszcze nie w pełni rozwinięte.

Był to czas wybrzydzania w lesie. Z uwagi na bardzo dużą ilość grzybów, wybierało się tylko najdorodniejsze i najtwardsze okazy. Zebrałem kilkanaście maślaków na sos, po drodze drapnąłem ze 20 pięknych, czarnych, podgrzybkowych łebków, kilka średniej wielkości kani i może ze dwie niewielkie kolonie młodych opieniek, które także zaczęły masowy wysyp.

W końcu wszedłem na znajomą mi miejscówkę topolowo-dębowo-brzozową, w której często spotykałem prawdziwki i czerwone koźlarze. Kilka niewielkich łebków koźlarzy, od razu rzuciło mi się w oczy, gdyż trawa była jeszcze mocno zielona i wspaniale kontrastowała z czerwonymi kapeluszami koźlarzy, które miały długie trzony, tak, jakby chciały się przebić przez to trawsko.

Koźlarze te były wyjątkowo jędrne. I chociaż ich smak – moim zdaniem, nie dorównuje podgrzybkom, czy duszonym na maśle maślakom, człowiek uwielbia je zbierać za nieprzeciętną urodę, która rekompensuje ich mniej grzybowy smak. Zresztą koźlarze czerwone mają też pewną zaletę, która jest doceniana przez grzybiarzy “nieśluzolubnych”, ponieważ są znacznie mniej śluzowate w potrawie, czy w marynacie od wyżej wymienionych gatunków grzybów. Znam grzybiarzy, którzy tę cechę kozaków bardzo sobie cenią.

Jeszcze nie skończyłem dobrze czyścić kozaki, a zobaczyłem 3 solidne, mocarne prawdziwki i od razu zrobiło się jeszcze milej na grzybowym sercu. Były perfekcyjnie ukształtowane, z wypasionym, brzuchatym trzonem i poduchowatymi kapeluszami. Lśniły bielą pod kapeluszem i pachniały jak cały las, w którym urosły.

Chociaż dreptałem w ich okolicy z dobry kwadrans, więcej kozaków i prawdziwków już tu nie znalazłem, ale co się serce uradowało to moje. Ważne, że są. A jak są, to je sobie wybiegam, choćby gumowce pękły. ;)) Dałem głębokiego nura w znane mi miejscówki i ruszyłem pomału w kierunku na Międzybórz.

Chociaż grzybów wszelakich było mnóstwo, prawdziwki wykazywały się pewną wstrzemięźliwością w swoim wysypie, ponieważ rosły, owszem, ale nie wszędzie i to po kilka sztuk. Nie był to prawdziwkowy szał, że można było w miejscu kosić po 30-40 sztuk. Trafiało się tak po 3-6 i tyle. To oznaczało wyzwanie dla grzybiarzy, tak, jakby prawdziwki w ten sposób “mówiły”: “Ok. Chcesz nas nazbierać, to nazbierasz, ale musisz się porządnie nałazić”. Uwielbiam takie wyzwanie i podjąłem je bez zastanawiania się.

Tyle, że las nakreślił mi w tym dniu inny scenariusz, którego nie brałem pod uwagę i na który nie byłem w pełni przygotowany. Owszem, prawdziwków nazbierałem i to prawie cały kosz, ale nie spodziewałem się, że czeka mnie życiowy rekord w zbiorze koźlarzy czerwonych

Skoro postanowiłem zmierzyć się ze zbiorem prawdziwków to skupiłem się na wszelkich na nie miejscówkach, które znam po trasie. Niektóre są od siebie sporo oddalone, do innych trzeba czasem przejść przez pole lub łąkę, ale ja to uwielbiam. Jestem takim spontanicznym grzybiarzem wszechstronnym i lubię chodzić tam, gdzie większość omija szerokim łukiem. Jak trzeba przejść przez zarośnięte po pachy chaszcze to idę. Jak przez błotniste pole – idę. Byle tylko poznać kawałek nowego terenu, zaprzyjaźnić się z nowymi drzewami i wywęszyć nowe miejscówki na grzyby.

Ten “niepoukładany” styl chodzenia po lasach wielokrotnie się sprawdził. Wszedłem na znane nielicznym w bukowińskich lasach “dołki sosnowe”, które znajdują się prawie na środku pola. Nic specjalnego, kilkadziesiąt sosenek samosiejek, które zakorzeniły się w miejscu, w którym kiedyś kopano żwir. Za to można tam spotkać, a raczej znaleźć wyjątkowych gości. Było to najliczniejsze skupisko prawdziwków w tym dniu, całe 16 sztuk, ale za to jakich! Wszystkie z serii beczułkowatych baryłek, zdrowe i twarde jak kamień. W koszyku lśniło od pięknych grzybów, a ja systematycznie parłem do przodu, tak, żeby przed godziną 16 znaleźć się na skraju międzyborskich lasów.

Po sprawdzeniu kilkunastu miejscówek, kosz był prawie pełen. Przeważały cudne prawdziwki, trochę podgrzybków, maślaków i kani trafiło na wierzch. Wtedy zaciągnąłem pończochę i zacząłem zbierać grzyby do drugiego kosza. Ten pierwszy sporo ważył, dlatego tempo mojej wycieczki stanowczo spadło. W takiej sytuacji pełen kosz stawiałem na początku danej miejscówki, a z drugim – jeszcze z pojedynczymi grzybami, brałem ze sobą i przechodziłem teren wzdłuż i wszerz. Zbliżała się godzina 14:00, a ja już w sumie zacząłem chodzić po skrajach lasów w Międzyborzu, ponieważ tam też miałem dobre stanowiska na prawdziwki. Tak więc tempo wycieczki było dobre pomimo targania od pewnego czasu całego kosza grzybów.

Skraje lasów to jednak nie tylko dobre miejsca na króla grzybów, ale także na koźlarze czerwone. Blisko pola z kukurydzą rosła, w sumie niewielka, tak na 30-40 metrów długości alejka topoli osiki, która była początkiem niewielkiego zagajnika sosnowo-brzozowo-osikowego. Dotarcie do niego wiązało się ze sporym ryzykiem pośliźnięcia się na gliniastym podłożu pola, poza tym, grunt miejscami bardzo mocno się zapadał. Niemniej, ja już miałem wyrobioną własną ścieżką i znałem sposób, którędy tam wpełznąć jak najbezpieczniej.

W sumie to było jedno z ostatnich miejsc grzybowych, które miałem zamiar w tym dniu odwiedzić, ale okazało się, że będzie ono tak naprawdę tym ostatnim. Postawiłem delikatnie pierwszy pełny kosz, zdjąłem plecak i z drugim koszykiem, który miał jeszcze 3/4 pustego miejsca, wszedłem w gęsty, zacieniony, dość solidnie zwarty zagajnik, przedtem spoglądając na prawo w kierunku środka stanowiska, w którym rosły topole osiki. To, co tam ujrzałem, można porównać tylko z wysypem pieczarek w pieczarkarni. Ilość młodych, czerwonych kozaków kompletnie mnie powaliła. Widziałem już trochę punktowych wysypów w życiu, ale ten widok na nowo zdefiniował u mnie pojęcie “grzybowego strzału”. Przez moment nie mogłem uwierzyć, że tyle koźlarzy może rosną na niewielkiej przecież powierzchni i tak blisko siebie.

Może to maślanki ceglaste albo jakieś inne grzybki rosnące na pniakach w koloniach – pomyślałem. Jednak jak wziąłem pierwsze okazy do ręki, wiedziałem, że to się dzieje naprawdę i trafiłem w tym dniu kumulację w grzybowym totolotku, zgarniając główną pulę. Zacząłem je delikatnie wykręcać i kłaść po 10 sztuk obok siebie. Pękałem z ciekawości, ile ich tam wyrosło? Czy to są trzy setki, cztery, czy jeszcze więcej? Ratunkiem w tej całej sytuacji był fakt, że grzyby były bardzo młode, w fazie klucia się, idealne do słoików. Nie chciałbym ich znaleźć, gdyby były kilka razy większe… Wtedy to bez przyczepy do lasu ani rusz. ;))

Drugi kosz wypełniłem po pałąk, zaciągając pończochę, aby doładować ich jeszcze więcej. Podobnie zrobiłem z pierwszym koszem, który – dzięki pończochom, mógł zmieścić jeszcze sporo młodych grzybów. To nie wystarczyło. Z plecaka wyciągnąłem starą, solidną po dziadku torbę (parciankę), którą też załadowałem do granic możliwości. Zanim to jednak zrobiłem, policzyłem wszystkie zabrane koźlarze. Wynik wbił mnie ziemię. 724 sztuki. Chociaż były młode, w tej ilości i to jeszcze z innymi grzybami ważyły bardzo dużo. Nawet, jak dla takiego upartego i niesłabego fizycznie grzybiarza jak ja.

Do stacji niby nie było już daleko, tak około 1,5 km, ale z takim łupem, droga ta “wydłużyła” mi się znacznie. Wyglądało to tak, że szedłem przez 40-50 sekund i przystawałem, odpoczywając przez dłuższą chwilę i zmieniając kosze i torbę z ręki do ręki. Dobrze, że miałem w zapasie jeszcze dość dużo czasu i w żółwim tempie, z wieloma przystankami mogłem dowlec się do stacji. Kiedy już wychodziłem na główną szosę, obejrzałem się jeszcze raz w kierunku lasów i podziękowałem mu za ten niesamowity dzień i fenomenalne grzybobranie. Pomyślałem. “Kochany lesie, ale mi numer na koniec wyciąłeś”. Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że “dopóki jesteś w lesie, wszystko z grzybowego punktu widzenia może się wydarzyć”.

Kiedy w końcu wsiadłem do pociągu, objuczony grzybami jak wół roboczy, spotkałem Jurka i Cześka, którzy mieli języki na wierzchu nie mniej wywalone niż ja, z tym, że oni natachali podgrzybków. Jurek pokiwał głową na mój zbiór i stwierdził, że jestem godnym następcą grzybowych stachanowców i psychopatów. ;))

Ta miejscówka kozakowa dała mi jeszcze wiele razy powody go grzybowej radości pod postacią dużej ilości koźlarzy czerwonych, a nawet topolowych. Istnieje ona do dzisiaj, topole już mocno powyrastały, została też nieco przecięta i zredukowana od strony pola. Jednak nigdy więcej nie znalazłem w tej takiej ogromnej ilości kozaków czerwonych, a obecnie, nawet podczas dobrych sezonów grzybowych znajduję w niej co najwyżej kilkanaście koźlarzy. Niemniej, ta miejscówka będzie jeszcze bohaterem jednego wpisu kultowych grzybobrań.

Specjalne podziękowanie przesyłam do Asi Zielińskiej i Jej małżonka – świetnych grzybiarzy z okolic Garwolina, których część zdjęć z bogatej grzybowej kolekcji mogłem wykorzystać w tym wpisie.

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  • wojek //05 Wrz 2020

    Witam Towarzysza Pawła:)
    Zaliczamy Wam Towarzyszu to grzybobranie choć mieliśmy podejrzenia, że podana przez Was liczba usieczonych Kozaków powstała po ciężkim boju u Towarzysza Mieczysława lub po Waszych potyczkach u Reinbachów z tym jak mu tam Serpentynkiem zdaje się:) Nam Staremu Wojciechowi tylko dwa razy udało się usiec więcej Kozaków z Towarzyszami Wołodyjowskim i Wiśniowieckim kiedyśmy to pod Zbarażem a później pod Beresteczkiem przeciwko temu łajzie Chmielnickiemu czynili:) No ale to inna historia:)
    Darz Grzyb Przyjacielu:)

    • Paweł Lenart //07 Wrz 2020

      Gdybym wtedy nie robił notatek i zapisków z grzybobrań to pewnie sam bym nie uwierzył. Niemniej tak było, bez udziału kogokolwiek z wyżej wymienionych. Pozdrawiam. 😉