facebooktwitteryoutube
O Blogu Aktualności Las Grzyby Pogoda Perły dendroflory Wywiady Z życia wzięte Linki Współpraca Kontakt
Aktualności - 02 Mar, 2019
- 4 komentarze
Kultowe grzybobrania. Część 1. Wrzesień 1988 rok.

Zastanawiałem się, co by napisać o grzybach w czasie, kiedy one śpią, a ja nie biegam za nimi po lasach? Oczywiście mam na myśli te gatunki, których teraz nie ma w lesie, bo grzybiarze całoroczni lub zimowi, cały czas coś znajdują (płomiennice, uszaki, czarki, itp.), a wiosenni, wypatrują już smardzów, smardzówek i innych, pofałdowanych kapeluszy, wiosennego runa leśnego.

Ja – w pewnym sensie jako grzybiarz konserwatysta, nie zbieram zimowych gatunków i ich nie szukam, chociaż jak któryś z nich wypatrzę to chętnie mu się przyjrzę i zrobię zdjęcie. Obecnie, moim głównym celem są drzewa, chociaż i na nie mam ostatnio mało czasu do dyspozycji. Mniejsza z tym. Ten artykuł ma być zapowiedzią czegoś większego na blogu w kategorii las i grzyby. Chcę powrócić wspomnieniami do najbardziej spektakularnych grzybobrań, jakie miałem w życiu okazję przeżyć.

Zanim przystąpiłem do planów opisania każdego grzybobrania i wycieczki z kategorii „the best off”, zastanawiałem się, czy jest sens wracać do przeszłości? Obserwując innych grzybiarzy, szczególnie na Facebooku, zauważyłem, że powracanie pamięcią do wyjątkowych zbiorów i niezwykle emocjonujących grzybobrań jest dość często praktykowane. W końcu to, co przeżyliśmy, pozostaje z nami na całe życie, a jak jest się „grzyboświrkiem” to tym chętniej wracamy do wycieczek, które – mówiąc kolokwialnie – pozytywnie nas „pozamiatały”.

Moja „kariera” grzybiarza trwa już 31 lat. W maju tego roku, rozpocznę 32 sezon. Przez te ponad ćwierć wieku, wszechpotężna przyroda dały mi pokłady ogromnych emocji i wszelkiego dobra, które od niej i z niej płynie. Podczas leśnych wycieczek, przeżyłem prawie wszystko, co może zaskoczyć grzybiarza, czy też – mówiąc szerzej – leśnego włóczęgę. Od gradobicia, śnieżycy, mrozów, po upały, wielką mgłę, noc w lesie lub zgubienie się i przedreptanie przez to dodatkowych 15 kilometrów. Długo bym tak mógł wymieniać.

Pisząc o najbardziej niesamowitych wycieczkach z grzybobraniami w roli głównej, postanowiłem je opisać chronologicznie, a zatem, rozpocznę od pierwszego, super-grzybobrania, które miałem wraz z ojcem podczas jesieni w 1988 roku w ukochanej Bukowinie Sycowskiej. Były to czasy, kiedy jeszcze nie zbierałem biletów PKP i nie sporządzałem notatek z poszczególnych grzybobrań (na pomysł ten wpadłem w 1992 roku). Jedno, co pamiętam, to to, że na pewno był to miesiąc wrzesień.

W sumie, opiszę około dwudziestu-kilku wycieczek, dzięki którym moje zgrzybiałe serce, o mało co, nie wyskoczyło z przedsionkami i komorami na wylot. ;)) Kto jeszcze pamięta stare dzieje końca lat 80-tych bukowińskich grzybobrań, ten wie, że amatorzy runa leśnego, mieli dwie, główne drogi na zbiory. Pierwsza, za chlewnię, prowadziła na jagody. Na grzyby natomiast, „biegło” się wzdłuż torów. Nieliczni grzybiarze, wyłamywali się z tej reguły i szli w innym kierunku oraz inną drogą.

Ten sztuczny, grzybiarski podział na trasę jagodową i grzybową, miał swoje uzasadnienie. Idąc wzdłuż torów i „wbijając” się w bukowińskie lasy w ich okolicach, grzyby rosły wszędzie. Podgrzybki, prawdziwki, kurki, koźlarze, piaskowce, maślaki dominowały. Pamiętnego, wrześniowego dnia 1988 roku (była to któraś sobota), zasuwałem z ojcem i wieloma innymi grzybiarzami wzdłuż torów. Jako dziewięciolatek, za wszelką cenę, chciałem dotrzymać im tempa i pokazać, że kiedyś też stanę się wielkim grzybiarzem. ;)) Całą otoczkę tych kultowych klimatów dopełniał fakt konwersacji o grzybach, które – pomimo szybkiego tempa przemieszczania się – licznie dało się słyszeć od grzybiarzy.

Wtedy też poznawałem pierwszych grzybiarzy, którzy w następnych sezonach, stali się dla mnie nauczycielami i niezwykle ważnymi autorytetami w sztuce wyszukiwania grzybów. Pierwszym mistrzem był oczywiście mój ojciec, ale ja cały czas byłem głodny wiedzy o grzybach i sposobach ich wyszukiwania, toteż słuchałem wszystkich, którzy tylko wypowiedzieli słowo „grzyb”. ;))

Tamta sobota była pierwszym w moim życiu grzybobraniem, podczas którego miałem przyjemność zobaczyć na własne oczy, jak wygląda wysyp, zwany prawidłowo pojawem. Weszliśmy w dość monotonne zagajniki sosnowe, z niewielką domieszką świerków i brzóz. Podgrzybki rosły w hurtowych ilościach. Ojciec kilka razy pouczał mnie, że mam chodzić wolno, bo chodząc szybko, część grzybów przegapię, a część mogę rozdeptać. To było moje pierwsze, tak potężne grzybobranie. W niecałe cztery godziny, zapełniliśmy wielki kosz ojca i moje, 12-litrowe wiadro.

W drodze powrotnej, ojciec odbił kawałek w inną stronę i powiedział mi, że poszukamy kilku prawusów na ozdobę. Jeszcze nie pozbierałem myśli i nie opanowałem emocji po podgrzybkowym eldorado, a przed nami w zasięgu wzroku, pojawiło się około 20-stu, wypasionych z brzuchatymi trzonami prawdziwków. Miałem w sobie taką miłą zachłanność dziecięcą, która polegała na tym, że chciałem zerwać grzyby jak najszybciej, bo myślałem, że zaraz inny grzybiarz chapnie nam je sprzed nosa. Efektem takiego myślenia było to, że pędząc po te prawdziwki, wyrżnąłem jak długi. Ojciec miał ze mnie ubaw i dał mi kolejną lekcję, mówiąc: „zobacz – wokół nikogo nie ma, a grzyby nam nie uciekną. Nie trzeba tak gnać bo można się przewrócić”. ;))

Gdy wróciliśmy na stację w Bukowinie, grzybiarze prezentowali swoje zbiory, ciesząc się z obfitości darów lasu. Kilku grzybiarzy miało w koszach przewagę prawdziwków, co jeszcze bardziej mnie nakręcało, aby dowiedzieć się, gdzie ich szukać. Niektórzy pokazywali bardziej okazałe owocniki, wyjmując je z koszyków i – świadomie lub nie – denerwując innych. ;)) Wtedy też poznałem jednego z czołowych grzybiarzy tamtych lat – Pana Józefa „Klawisza” – specjalistę od koźlarzy pomarańczowożółtych. Jego kosz to była istna „Armia Czerwona”. ;))

Inni grzybiarze, prezentowali rydze, opieńki, maślaki i kanie. Każdy był obładowany grzybami wszelakich gatunków, chociaż najwięcej emocji wywoływały oczywiście prawdziwki, krawce i podgrzybki. W przypadku tych ostatnich, mieliśmy do czynienia z kulminacją wysypu. Do pociągu z powrotem do Wrocławia wsiadły ze dwie setki grzybiarzy. W starych, piętrowych wagonach, zapach grzybów mieszał się z dymem papierosów. W tamtych czasach, można było jeszcze palić papierosy w pociągu. Wprawdzie był podział na wagony dla palących i niepalących, ale mało kto tego przestrzegał, a i konduktorom zdarzało się puścić dymka.

Po Bukowinie była Twardogóra. Tam wsiadało mało grzybiarzy. Byli to często ci, którzy wysiedli w Bukowinie i którym pochrzaniła się droga, tym samym przedreptali do Twardogóry i mieli już za mało czasu, aby wrócić do Bukowiny. Za to w Grabownie dosiadała się kolejna wataha grzybiarzy i pociąg pękał w szwach. Tu także koszyki były wyładowane grzybami, tylko nieliczni mieli ich mniej, ale oni byli zazwyczaj w odmiennym stanie trzeźwości. ;))

W tamtych czasach, kiedy dopiero co formowałem się jako grzybiarz, jazda z powrotem do Wrocławia, wiązała się z przesiadką w Oleśnicy. Czekało się tam na pociąg, który jechał z Kluczborka. Oczekiwanie trwało przeważnie godzinę czasu. Była to doskonała okazja do rozmów o grzybach, ale wielu grzybiarzy, nie zapominało odwiedzić sklepu przy dworcu, celem uzupełnienia płynów. „Uzupełniacze” te, zazwyczaj pachniały chmielem. ;))

Tak było w tamtych czasach. Wyjazd na grzyby był dla wielu ludzi jedyną odskocznią po pracowitym tygodniu i okazją do pogawędzenia z innymi grzybiarzami i napiciu się piwa (czasami czegoś mocniejszego). To był pewnego rodzaju rytuał, który był częścią tej społeczności. Nikt nie narzekał, że pociąg przeładowany, że godzinę trzeba czekać na drugi pociąg. Za to było wesoło, dowcipnie i generalnie kultowo. ;)) Ten klimat już się nie powtórzy.

Po powrocie do Wrocławia, obrabialiśmy zbiory do późnych godzin nocnych i z tego, co pamiętam, w niedzielę spałem gdzieś do południa. Jednak wszelkie trudy wycieczki zostały zrekompensowane, a nawet puszczone w niepamięć przez fantastyczny zbiór cudnych i pachnących grzybów, które było czuć prawie w całej kamienicy. To był pierwszy, tak szalony i wyjątkowy zbiór, który ukazał mi grzybowy potencjał bukowińskich lasów, które – jak się miało okazać w następnych latach – dały mi najwyższą, dopuszczalną dawkę grzybowej adrenaliny. ;))

DARZ GRZYB! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • wojek //03 Mar 2019

    Witaj Paweł:)
    Nawet nie wiesz jaką burzę wspomnień obudziłeś we mnie swoim artykułem:) Pamiętam doskonale wycieczki pociągiem na grzyby. Z tym, że chyba ze dwie pierwsze były tylko do Dobroszyc ale las tam jeszcze niezbyt ciekawy trzeba było daleko iść, etc. Ponieważ w Grabownie i po drodze „w lesie” – pamiętasz na pewno posterunek Nikodemów gdzie pociąg stawał niezbyt legalnie otwierał drzwi na obie strony i wypuszczał grzybniętych:) – i jeszcze dalej w Twardogórze wysiadało dużo ludzi jechaliśmy jeszcze kawałek dalej do Międzyborza Sycowskiego i laskami cofaliśmy się w stronę Bukowiny , a jakże Sycowskiej gdzie wsiadaliśmy w pociąg powrotny. Przesiadki w Oleśnicy znamy i to. Pociągi nabite grzybiarzami jak beczki śledziami:) Ale Paweł jakoś nie pamietam żeby ktoś się awanturował. raczej wszyscy podchodzili do tematu z humorem. Fakt w Międzyborzu udawało się jeszcze zająć nawet miejsce siedzące o ile tam wsiadaliśmy. Dalej to już wiesz:) Pamiętam słynną „Kuflotekę”niedaleko stacji w Bukowinie gdzie gasiliśmy pragnienie po całodziennej wędrówce po lasach, a i czasami po odrobinie płynu spożytego dla zdrowotności. Kto jak kto ale Ty na pewno rozumiesz, że takie szczepionki są niezbędne. Komary, gzy, kleszcze a i czasami żmije.
    Tradycyjnie muszę podzielić komentarz na dwie części bo jest za …….. długi:)

    • Paweł Lenart //05 Mar 2019

      Cieszę się, że obudziłem u Ciebie miłe wspomnienia. Myślę, że paru osobom także. Nikodemów pamiętam doskonale i piękne lasy, które zostały zdewastowane w nocy 25 lipca 1988 roku podczas szalonej burzy, która wtedy przeszła i powaliła ponad 4500 ha lasów. Przez kilka lat, obowiązywał zakaz wstępu do lasu, ale grzybiarze i tak tam jeździli i ryzykowali. Zresztą było to widać na jesieni, kiedy w Grabownie wysiadało i wsiadało sporo osób z koszami i wiadrami. Szczepionki procentowe to nieodłączny element wyposażenia grzybiarza, zabezpieczającego przed insektami. ;-))))

  • wojek //03 Mar 2019

    Z grubsza bo dokładnie trasy nie będę już w stanie odtworzyć – szliśmy na lewo od torów stojąc twarzą w stronę Bukowiny. Był tam jakiś zakład chyba drzewny, za nim były jakieś porozwalane bunkry porośnięte młodą dębową samosiejką. Tam zawsze upolowaliśmy kilka boletusów, a później zwrot w lasy w stronę Bukowiny. Przechodziliśmy wąską drogę do zdaje się miejscowości Ose, w lesie była bocznica kolejowa (bodajże do magazynów wojskowych) i tak wędrowaliśmy sobie lasami do Bukowiny starając się nie iść nigdy tą samą drogą. Piszę w liczbie mnogiej bo na ogół jeździłem z kumplem lub dwoma ale bywało, że jechałem sam co było chyba najlepsze. Żadnego tam pilnowania się, nawoływania ustalania tras, szedłem sobie gdzie mi się podobało. Do Bukowiny albo z powrotem do Międzyborza a co najważniejsze zawsze z łupem. Były i boletusy i wszelkiej maści kozaki w październiku nie brakowało dorodnych opieniek. O „brunatnych” nawet nie wspominam. Zresztą sam to doskonale wiesz:)
    Paweł dużo by jeszcze można napisać ale o tym może następnym razem.
    Serdecznie pozdrawiam

    • Paweł Lenart //05 Mar 2019

      Na lewo od torów to słynna fabryka mebli Wajnert (chociaż mniej znana od Bodzia i Gawina – ludzie w większości kojarzą te właśnie przedsiębiorstwa z tych terenów). Bunkry są nadal, chociaż mocno zarośnięte, samosiejek trochę powycinali, trochę istnieje, ale największą zmorą są śmieci. Niestety, za fabryką jakieś półmózgi urządziły sobie dzikie wysypisko i w kilku miejscach mamy tam sterty śmieci. ;-(
      Znam i Ose, oraz bocznicę kolejową. Terasz to Ty obudziłeś u mnie wspomnienia. Naprawdę, mało kto w ogóle kojarzy tą bocznicę, bunkry, itp. 😉 Aż dziw bierze, że nigdy się tam nie spotkaliśmy. A może gdzieś przypadkowo minęliśmy się, nie wiedząc nawet o tym? ;)) Także najbardziej preferuję indywidualne grzybobrania, chociaż z zaufanymi osobami i wspólne mają swój urok. 😉
      Darz Grzyb! 😉