facebooktwitteryoutube
Aktualności - 19 maja, 2017
- brak komentarzy
Historie wędkarskie Wojciecha. Część 1.

Mija prawie pół roku od czasu, kiedy na moim blogu ukazała się 4. część Leśnych Opowiadań Wojciecha Dziewierskiego z serca Puszczy Knyszyńskiej. Wojciech, żyjący z naturą za pan brat, umiejący – jak mało kto – odnaleźć się w czeluściach puszczy, przeżyć w niej kilka dni pomimo nocnego zimna, braku pożywienia i czyhającego wszędzie niebezpieczeństwa, jest także zapalonym wędkarzem. Bo prawdziwi ludzie puszczy potrafią polować, łowić i wykorzystać wszystko to, co daje las.

Historie wędkarskie Wojciecha to początek nowego cyklu, który do tej pory był dla mnie czymś „egzotycznym” na blogu. Osobiście jestem zbyt niecierpliwy, aby godzinami siedzieć nad wodą i patrzeć na spławik, chyba, że siedzę z kimś. Mój żywioł to las i łażenie kilometrami, gdzie diabeł nawet nie zdąży powiedzieć dobranoc. ;)) Niemniej bardzo podziwiam pasję wędkowania, która dostarcza niezapomnianych przeżyć, będących źródłem opowiadań i niezwykłych historii. Dzięki Wojciechowi możesz przeczytać, że zarzucenie wędki i przynęty to dopiero początek przygody… ;)) Do tego – retoryka wędkarska jest na tyle ciekawa i miejscami niezrozumiała, że trzeba skorzystać ze słowniczka. ;)) 

Głuchy świt i brutalnie budzi Ciebie pukanie w okno. Nie, już nie śpisz, dopijasz szybko mleko. Bierzesz pajdę chleba w kieszeń na drugie śniadanie i hajda nad rzekę. Sprawdzasz czy zabrałaś manerkę)* (słowniczek wyrazów trudniejszych znajdziesz na końcu tekstu) na robaki, których trzeba było nagrzebać nad rzeką. Równie ważne było pudełeczko po zapałkach to na pstrykozy)*. Uzbrojona w przynętę mierzysz się z wyzwaniem wielkiej rzeki. Nie trwa długo jak masz kilka kiełbi w kance. Zmieniacie miejsce. Dla odmiany łowisz płotki na kulki z miękiszu chleba. Nagle podcinasz coś wielkiego ciągniesz ile sił i masz na brzegu wielkiego glenia)*. No tak ze 25 cm.

Znowu zmieniacie miejsce. Tym razem łowisz na wspomniane pstrykozy. Puszczasz po prostu swobodnie przynętę z prądem rzeki. Łowisz w ten sposób iglasy)*. Rybki biorą aż miło. Idziecie dalej. Dzisiaj masz oprócz swojego żelaznego zestawu czyli wędki wyciętej z leszczyny, nowoczesną bambusową szczupakówkę ”pożyczoną” od wujka, który jest w pracy. Troszkę głupio wygląda ośmioletni brzdąc z pięcio i pół metrową bambusową wędką, ale co tam, łowi się. Zarzucasz w spokojną toń zatoczki rzecznej blisko liści grążeli. Długo nawet nie czekasz. Widzisz jak spławik gwałtownie znika pod wodą. Robisz się czerwona jak rak z emocji, ciśnienie sięga wartości 150/300, oczami wyobraźni już widzisz szczupaka.

Teraz dylemat czy już ciąć czy jeszcze czekać, nie, nie wytrzymujesz ciśnienia, podcinasz energicznie. W wodzie rwetes, chlapanie i wyciągasz swojego pierwszego w życiu kozielca)*. Jest wielki co tam wielki, ogromny. Ma co najmniej pół kilograma. Cieszysz się ze zdobyczy do tego stopnia, że wykonujesz jakiś indiański taniec wokół szczupaczka, aż kolega patrzy się na Ciebie z jakąś troską, ale tam nic nie jest ważne oprócz trofeum. Nawet nie czujesz, jak uwalniając rybkę z haczyka tniesz sobie skórę o ostre szczupacze zęby. Kiedy opadają nieco emocje wrzucasz szczupakówkę ponownie i nie wierzysz swojemu szczęściu.

Znowu branie!!! Tym razem łowisz garbusa)* troszkę większego niż dłoń, jesteś nieco zawiedziona ale jednak to jest coś. Znowu kiełbik wraz z zestawem szczupakowym wędruje do rzeki. Ale tym razem jakoś nic nie chce wziąć. Bierzesz więc swoją leszczynę wchodzisz do rzeki i na płyciźnie łowisz „nieśmiertelne” kiełbie. Ale, ale to jest Twój dzień. Wyciągasz kilka ursusów)* i… nawet nie zauważyłaś jak zapada zmierzch. Czas do domu. Trudno. Ale wiesz, że wrócisz tutaj jutro i pojutrze i jeszcze później. W domu po cichu odkładasz ciężką wędkę na miejsce i z dumą prezentujesz swój połów. Wujek spojrzał tylko na Twój połów i od razu wystartował z zapytaniem a kto pozwolił brać moją wędkę, ona nie jest dla Ciebie (dobrze sama to wiesz, delikatnie mówiąc jest za ciężka).

Tłumaczysz się nieśmiało, wiesz, że wujek bardzo Ciebie lubi i specjalnie nie będzie krzyczał. Masz rację. Mało tego wujek obiecuje Ci zrobić dla wędkę bardziej nadającą się dla Ciebie. Zaraz na następny dzień lecisz do pobliskiego lasu po materiał na wędkę. Część dolna z jesionu, środek z leszczyny, szczytówka z jałowca (kłuje franca dotkliwie ale któż by zwracał uwagę na takie drobiazgi), przecież to jest jałowiec na Twoją wędkę. Drewno wprawdzie powinno schnąć przynajmniej z rok ale któż by czekał tak długo! Razem z wujkiem kupujecie mosiężne skuwki oraz przelotki. Montujesz osprzęt no wprawdzie robi to wujek jako bardziej doświadczony wędkarz a Ty troszkę pomagasz.

Jeszcze tylko zakupiona w „Papierni” bo tak nazywa się sklepik, gdzie można m. innymi dostać sprzęt wędkarski , żyłka tęczówka produkcji zakładów „Stilon” w Gorzowie Wlkp. Słuszne haczyki i sprzęt gotowy. Oj nie, jeszcze trzeba było „poprosić” gęsi o kilka piór no i zwędzić ze trzy korki z zapasów babci no i sprzęt gotowy. A efekty? Jak zwykle różnie to bywało. Najgorsze, że kozielce się zupełnie zbiesiły i żaden nie chciał skonsumować serwowanego przez Ciebie kiełbika na zimno nadziewanego hakiem nr 3 a może nawet był to nr 1 kto by to zapamiętał.

Z wielkim sentymentem wracasz do tamtych lat. Odwiedzasz tą piękną rzekę po dziś dzień jak tylko pozwolą Ci czas i obowiązki. Masz nowoczesny sprzęt, ale z przysłowiową łzą w oku wspominasz swoje pierwsze wędzisko z leszczyny i łowione na nie kiełbie, iglasy, okonki.

i cdn nastąpi…

Słowniczek wyrazów trudniejszych:

manerka – puszka najczęściej po konserwach używana jako pojemnik na robaki

iglas – jelec niewielka rybka dorastająca do około 30-35 cm długości żerująca często przy powierzchni wody, polując na owady

pstrykoza – konik polny doskonała przynęta na iglasy

gleń – kleń duża ryba z rodziny karpiowatych dorastająca do kilku kilogramów wagi, łowiona na w zasadzie wszystkie przynęty

ursus – duży kiełb taki 15-20 cm długości

kozielec – mały szczupaczek długości powiedzmy 30-40 cm czy nawet mniejszy.

garbus – okoń piękna drapieżna ryba dorastająca do 2-2,5 kg wagi, zwana garbusem z racji swojego charakterystycznego kształtu.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz