facebooktwitteryoutube
Aktualności - 30 Lip, 2018
- 2 komentarze
Grzybowy przegląd „Bukowinarium”.

A jednak miałem rację o zbliżającym się, pierwszym wysypie grzybów. Moja propaganda nie poszła na marne. ;)) Przecież takie piękne deszcze musiały coś „wykurzyć” z podziemi. Dobra, ale od początku. Sobotnia wycieczka zaczęła się ze sporym opóźnieniem. Wszystko przez piątkowe zaćmienie Księżyca, które oglądałem od początku do końca na nadodrzańskich łąkach we Wrocławiu. Zanim poszedłem spać, wybiła godz. 1:15. Do lasu musiałbym się szykować o godz. 3:00. Tym razem odpuściłem i pojechałem znacznie później.  

Sobota była wyjątkowo ciężkim pogodowo dniem. Wysoka wilgotność powietrza, ponad 30. kresek na termometrze i mnóstwo Słońca. Już od pierwszych kroków po lesie, czułem się jak w saunie. We wrocławskim ZOO mamy „terrarium”, „afrykarium”, a ja wybrałem się do „Bukowinarium”. ;)) Jak na razie był to najcięższy do wycieczki dzień w tym roku. Przynajmniej dla mnie.

Na wierzchnich warstwach ściółki jest już bardzo sucho, ale w miejscach mocno zacienionych, miejscami można nawet przejechać się na błocku. Lipcowe opady nie rozwiązały jednak najważniejszego problemu – wyrównania poziomu wód gruntowych. Większość strumieni i rowów nadal jest sucha. Kilku miesięczne niedobory opadów nie są łatwe do uzupełnienia. Tym bardziej, że ponownie mamy bardzo gorącą pogodę.

Najważniejsza sprawa – grzyby. Wreszcie i nareszcie są. Tylko pogodowa sauna storpeduje ten wysyp bardzo szybko. Pokazały się „majowe” borowiki usiatkowane, które praktycznie w całości są „posiatkowane” przez robale. Po wyrzuceniu około 30. owocników, następnych nie podnosiłem.

Tak wyglądał każdy „usiatek”. Nieważne – mały czy duży. Niektóre nawet pokryły się innym grzybem, tj. pleśnią. W moim koszu wylądował tylko jeden okaz, którego robaki nie tknęły. Niemniej widziałem jednego grzybiarza, który targał w koszu same usiatki i to przeważnie mocno wyrośnięte. Chyba wędkarz i zbierał robaki na ryby… ;))

Znalazłem też kilka borowików ceglastoporych i te były zdrowe. Ale pokazały się też pierwsze prawdziwki i byłem złej myśli, tzn. że „podzielą” los usiatkowanych kuzynów i pozostaną w lesie z robakami za pan brat. Na szczęście szlachetne – chociaż też przeważały wśród nich te nadziane – uraczyły mnie kilkoma, całkowicie zdrowymi sztukami.

Generalnie najzdrowsze prawdziwki były w mocno zacienionych miejscach. Przy drogach i na bardziej prześwietlonych stanowiskach, robaczywość ich wynosiła 95%. Ich ilość jest oczywiście nieporównywalnie mniejsza od tej, która ma miejsce podczas jesiennego wysypu grzybów. Teraz są to tzw. „wypryski”, czyli gdzieniegdzie, po kilka – na okaziciela. ;))

Trafiają się też pojedyncze kanie, ale wszystkie jakieś takie sflaczałe, bez wigoru i turgoru. Takie grzybowe padalce na długich trzonkach. Oczywiście robaczywe jak jasny gwint. Kanie lubią skraje lasów, a tam słoneczko grzeje jak w piekarniku i stąd grzybowe „kotlety” smażą się jeszcze za żywota.

Największą radość sprawiły koźlarze topolowe i czerwone. W sprawdzonych miejscówkach nie zawiodły, ale nie było tak słodko. Robaczywość ich wynosiła tak na oko 50-55%. To i tak bardzo dobry wynik w porównaniu do usiatków lub szlachetnych. Robaczywy koźlarz czerwony to tak nie za bardzo brzmi, szczególnie w młodym stadium. Gatunek ten jest przecież kojarzony jest ze zdrowotnością. Tylko co robaka to obchodzi? ;))

Mój zbiór składał się w większości właśnie z koźlarzy topolowych i czerwonych. Koźlarze szare i babki były kompletnie robaczywe. Podobnie jak usiatki – po sprawdzeniu któregoś tam owocnika i ujrzeniu dyskoteki w środku, przestałem wykręcać i pozostawiłem je na pastwie lasu. I robaków ;))

Upał robił się coraz bardziej dokuczliwy, wybiło południe, a komary i bąki dostały jakiejś „wścieklizny” i atakowały mnie nawet w pełnym Słońcu. Chodziłem bardzo wolno, a ciekło ze mnie, jakbym skąpał się w leśnym bajorku. Zapasy wody niebezpiecznie kurczyły się. Po raz pierwszy w tym roku, zaświtała mi myśl o „dezercji” z lasu…

Jej pierwszym symptomem była modyfikacja trasy wycieczki i to bardzo poważna. Za to grzyby zachwycały różnorodnością, w tym pierwszy w tym roku muchomor czerwony. Tradycyjnie sypnęło różnymi gołąbkami, purchawkami, niejadalnymi mleczajami i muchomorami czerwieniejącymi o robaczywości 1000%. ;))

Mój organizm lepiej znosi siarczyste mrozy w lesie niż rozbrajające upały, szczególnie te „wilgotne”, które nie muszą się charakteryzować rekordowymi temperaturami, ale „dławią” wilgotnością powietrza i brakiem wiatru. Nawet stadko dzików, które czmychnęło przez młodnik w moim pobliżu, biegło na zwolnionych obrotach.

Z grzybów, szczególne wrażenie zrobiły też koźlarze grabowe, które miejscami rosną w hurtowych ilościach. Niestety, koźlarz grabowy podatnym na robale grzybem jest i basta. Z takich „stadek”, jak to ze zdjęcia, można było wybrać maksymalnie 4-5 zdrowych grzybów. Reszta dosłownie „wiła” się w środku…

Nacieszyłem jeszcze oczy okazałym żółciakiem siarkowym, który talerzykowato wyrósł na martwym pniu dęba szypułkowego. Owocniki chyba już zbyt przerośnięte do zbioru i konsumpcji. Za to idealny model do mojego prywatnego, grzybowego archiwum fotograficznego.

W sumie, w lesie byłem tylko 5 godzin z zaplanowanych 10-ciu. Czyli 50% wycieczki poszło na dezercję z powodu uczucia kleistości i lepkości organizmu oraz panującej aury. „Bukowinarium” i tak dostarczyło mi grzybowych emocji i przepięknych widoków. Jednak upały bardzo szybko rozprawią się z wysypem. Jest jeszcze jedna, ważna sprawa. Grzyby pokazały się podczas pełni Księżyca, co po raz kolejny obala mit o braku leśnych grzybów podczas panowania „głowy łysego”. ;))

Na koniec wycieczki odwiedziłem serdecznego znajomego w Bukowinie – Czarka wraz z małżonką, gdzie wypiłem najsmaczniejsze i najbardziej orzeźwiające w tym dniu piwo na świecie. I to nie jedno ;)) Uratowało mnie ono przed syndromem „padalca”, który dopada coraz więcej grzybów. ;)) Z Czarkiem omówiliśmy m.in. sprawę bukowińskich dożynek, o których napiszę jutro i w których będę mieć swoje wystąpienie. Darz Grzyb! ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • wojek //30 Lip 2018

    Witajcie Towarzyszu Lenart:)
    A widzicie:) Wyrywaliście się do Manaus do dżungli:) A tymczasem cóż czytam dezercja z lasu z powodu upału…Jak widzicie Towarzyszu czasami trzeba posłuchać starszych Członków Partii. Ponadto trudno robić za pożywkę dla gzów i innych much wszelakich. To cholerne robactwo żrące nasze boletusy to już chyba letnia norma. Upał? Brak zim? Tak jak w zeszłym roku ślimaczki…. Mało, który grzyb był cały, chrupały zarazy równo. Zauważyłem, że w czasie silniejszych deszczy i przy niższej temperaturze robaczywych owocników jest bardzo mało. Cóż trzeba przeżyć i to. Na marginesie też trafiłem jednego czerwonego muchomora i jakąś paczkę bliżej niezidentyfikowanego towarzystwa rydzopodobnego (patrz wpis u Marka)
    Pozdrawiam serdecznie
    Darz Grzyb Przyjacielu:)

    • Paweł Lenart //10 Sie 2018

      Witajcie Towarzyszu Wojciechu! 😉
      Wasze spostrzeżenia są słuszne, ale wiesz, że ja jestem za bardzo „leśnięty”, żeby mimo wszystko chociaż kilka godzin nie pochodzić po lesie. Dobra wilgotność + średnie temperatury to przepis na zdrowe grzyby. Nie zapomnę października 2016 roku. Prawdziwki w 99% zdrowe. W wielu miejscówkach, nie odrzuciłem ani jednego owocnika. To był wspaniały miesiąc. Końcówka września 2017 roku też była wspaniała, ale było jednak trochę za sucho i grzyby nie wszędzie obrodziły (tzn. nie we wszystkich miejscówkach). Jak będzie w tym wysuszonym na razie sezonie? Zobaczymy.
      Pozdrawiam. 😉