facebooktwitteryoutube
Aktualności - 01 Cze, 2018
- 2 komentarze
Bukowińskie natchnienie.

30 maja 2018 roku. Wycieczka zwiadowcza do Bukowiny Sycowskiej. Kolejny raz potwierdza się moje przypuszczenie, że żadne mapy sum opadów w pełni nie odzwierciedlają sytuacji na sto procent w realu. Na Wzgórzach Twardogórskich porządnie padało w nocy z wtorku na środę, czego na mapach za bardzo nie widać. Jakże się cieszę, że bukowińska, spragniona i wysuszona ziemia otrzymała zbawienną porcję opadów.

Plan wycieczki obejmował – oprócz sprawdzenia kilku dobrych miejscówek grzybowych, nagranie 3. filmików do cyklu pereł dendroflory Wzgórz Twardogórskich, który rozpocznie się już w tym miesiącu. Plan wykonany i udany. Gdy wysiadam na stacji w Bukowinie, przenoszę się jakby do innego świata. Zgiełk, wrzask, miejski pęd gdzieś uciekają w siną dal.

Zamiast wątpliwych atrakcji mieszczańskich, otrzymuję śpiew ptaków, szum drzew, zapach pól i łąk oraz kojące widoki. I smrodek z pobliskiej chlewni. ;)) Tak od ponad 30 lat. Ile razy Bukowina nauczyła mnie rozwagi, szacunku i pokory? Czasem burzą pogoniła, czasem upałem wychłostała. Nieraz zimnem zaskoczyła lub gęstą mgłą spowiła. Ale też grzybami i jagodami obficie obdarowała, a teraz – kiedy stałem się Treehunterem pełną gębą, odkrywa przede mną najpiękniejsze okazy drzew, jakie cudem zdołały się tu zachować.

I nie byłoby może w tym wszystkim czegoś specjalnego czy niesamowitego, gdyby nie to, że nie potrafię spojrzeć na Bukowinę obiektywnie. Że to jedna z tysięcy podobnych wsi na terenie naszego kraju. Jak każda – z sołtysem, mieszkańcami, polami, domami i lasami. Nie potrafię przyjechać tu o tak po prostu. Na kolejną wycieczkę.

Każdy przyjazd do Bukowiny to święto, ezoteryczno-duchowa uczta i poczucie jedności z przyrodą, którą człowiek co raz bardziej niszczy i zaśmieca. Chociaż uwielbiam chodzić po wszelkich lasach – od Borów Dolnośląskich po Kotlinę Kłodzką. Od Puszczy Rzepińskiej do Mazur. To jednak moje korzenie są tu. W Bukowinie. I gdybym stanął przed wyborem spędzenia ostatnich dni w dowolnym miejscu, wybrałbym Bukowinę.

Bukowina jest jak najpiękniejsza baśń, której nigdy do końca nie odkryjesz, ale przez całe życie będziesz odkrywać. Jakiś czas temu mój znajomy przejeżdżał przez Bukowinę i napisał do mnie, że „to całkiem miła i ładna wioska”. Bukowina rzuca czar stopniowo, latami. Wiele ludzi nigdy go nie doświadczyło. I nie doświadczy. Tylko otwarcie duszy i emocji na piękno Bukowiny i jej magiczne „to coś”, otworzy drzwi do nieskończoności jej oblicza.

Bukowina to dla mnie natchnienie i podróż pomiędzy snem a jawą. Miejsce medytacji, wyciszenia i osiągnięcia wewnętrznego spokoju. To tutaj rodzą się pomysły na kręcenie filmów z drzewami i doborem do nich muzyki. Gdy wchodzę w „trans”, staram się zrozumieć drzewa i ich życie, tajemnice i niezwykłość. Jakże dziwnym stworzeniem jestem w oczach wielu ludzi. ;))

To, co było kiedyś normalne, teraz odbierane jest za dziwactwo i nienormalne. Kiedyś harmonia człowieka z naturą była podstawą funkcjonowania społeczności. Teraz grabimy, niszczymy i śmiejemy się z tych, którzy widzą piękno w przyrodzie. Są jeszcze wyjątki, patrzące na Matkę Naturę jak właśnie na Matkę. I w nich jest nadzieja, żeby otworzyć otwarte, ale lodowate oczy ludzi.

Tylko czy zdołają poskromić nieujarzmioną chciwość i ludzkie wykolejenie? Nie jestem w tej kwestii optymistą. Bukowina dla mnie to ostoja piękna, wspaniałej przyrody, miejscami wygładzonej przez człowieka, miejscami dzikiej i zarośniętej. Kraina niewielka powierzchnią, ale ogromna duchem i klimatem, wraz z przylegającym Międzyborzem, Ose, Golą Wielką, Królewską Wolą czy Goszczem.

Podczas mojej ostatniej w maju wycieczki, Bukowina nie dała mi grzybów przez suchotę ostatnich tygodni. Ale za to otrzymałem dzban wrażeń, beczkę duchowego natchnienia i hektolitry piękna, wylewającego się z każdej strony lasów. Obrałem kierunek na Twardogórę, przechodząc częściowo przez bukowe lasy, w których drzewa tańczą w cieniu swoich koron.

Szedłem po dywanie bukowych liści z zeszłego roku. Czy czułem się jak król? Absolutnie nie. Jestem skromnym człowiekiem, który z dystansem i pokorą podchodzi do samego siebie. Chociaż nie jestem królem (i bardzo dobrze bo to niewdzięczna funkcja) ;)), miałem królewskie widoki i monumentalną, duchową aurę lasu wokół. Przechodziłem przez królewski dwór przyrody, gdzie strażnikami były mrówki a rycerzami drzewa.

Trafiłem na wyryte na korze buka cyfry. Pierwsza oznacza prawdopodobnie rok 1905. Druga to jakaś data – chyba 20.10.1950. Co oznaczają? Kto i kiedy je wyrył i w jakim celu? Las ma swoje tajemnice. I ludzie pozostawiają w nim część swoich. Chociaż nie miałem ze sobą żadnego pojemnika na grzyby, w razie niespodziewanego wysypu grzybów, mogłem liczyć na to, co się znajdzie w lesie. ;))

Spojrzenie na tory kolejowe. Każdy człowiek jedzie swoim pociągiem. W znane lub nieznane. Prosto lub po zakrętach. Czasami ktoś z torów wyskoczy i już na nie nie wróci. Są też tacy, co przychodzą po rozum do głowy i na nie wracają. Śmiertelny związek starości i upływu czasu każdego przerzuci na drugą stronę…

Woda w rowach. To zawsze cieszy, szczególnie, gdy patrzę na ostatnie lata – często serwujące posuchę i jej niedobór w bukowińskich terenach. Tam gdzie woda, tam i grzyby. Chociaż nie podstawczaki, ale grzyby. Wprawdzie niejadalne – i co z tego? Nie każdy wyjazd do lasu musi się koniecznie zakończyć zbiorem czegoś do spałaszowania. Czasami ducha trzeba nakarmić lasem. Często o tym zapominamy…

Trasa, którą przeszedłem była długa. Te zdjęcia to tylko echo wycieczki. Wyjątkowej bo w wyjątkowych miejscach przedreptanej. Przez moment obserwowałem „walkę” koni z muchami i bąkami. Jakże upierdliwie uprzykrzają im życie te małe żyjątka. Koń w takiej sytuacji na pewno by się nie uśmiał. ;))

Jeszcze kilka widoków przed Twardogórą, gdzie kończy się szum lasów i pól a zaczyna zgiełk i pęd, chociaż o wiele decybeli mniejszy niż ten wrocławski. Twardogóra też ma swój klimat i wspaniałe tereny wokół. Samo miasto również niczego sobie. Ja jednak wolę udać się do lasu…

Jeszcze kilka zdjęć kwitnącej katalpy czyli surmii o wielgachnych liściach, wypatrzonej gdzieś na poboczu ulicy. W zeszłym roku zakwitły ponad 3 tygodnie później. Bukowina znowu wlała we mnie natchnienie, które będzie się pomału wylewać na blogu i w cyklu pereł dendroflory. Nie potrafię być obiektywny do Bukowiny i niech tak pozostanie. ;))

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Blip
  • Blogger.com
  • Drukuj
  • email

Komentuj na FB

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • krzysiek z lasu //04 Cze 2018

    Cześć Paweł!
    „Gdy wchodzę w „trans”, staram się zrozumieć drzewa i ich życie, tajemnice i niezwykłość. Jakże dziwnym stworzeniem jestem w oczach wielu ludzi. ;))To, co było kiedyś normalne, teraz odbierane jest za dziwactwo i nienormalne. Kiedyś harmonia człowieka z naturą była podstawą funkcjonowania społeczności. Teraz grabimy, niszczymy i śmiejemy się z tych, którzy widzą piękno w przyrodzie. Są jeszcze wyjątki, patrzące na Matkę Naturę jak właśnie na Matkę. I w nich jest nadzieja, żeby otworzyć otwarte, ale lodowate oczy ludzi.”
    Paweł ten Twój cytat mówi wszystko.
    A to WSZYSTKO w brew pozorom jest bardzo proste.Wystarczy spróbować porozmawiać z drzewami. Raz, drugi, piąty… setny…
    W końcu nastąpi interakcja. A to jak uderzenie pioruna w samo serce, a może jeszcze gdzieś głębiej, i nagle wszystko staje się,…no właśnie, jakie??? Przeżyłem to wiele lat temu i do dzisiaj nie potrafię tego ani nazwać ani opisać.
    Ale jedno wiem na pewno – inaczej patrzę na drzewa, i wszystko co żywe.
    Pozdrawiam 😉

    • Paweł Lenart //06 Cze 2018

      W pewnym sensie to praktykujemy na swój sposób Shinrin-Yoku (z japońskiego – „kąpiele leśne”). Kiedyś o tym napiszę więcej. 😉